Obudzić godność i poczucie wolności

Laureat tegorocznej Nagrody Znaku i Hestii im. ks. Józefa Tischnera. Współtwórca Stowarzyszenia "Betlejem". Budzi nadzieje tam, gdzie wydaje się, że nie ma na nią już miejsca – z księdzem Mirosławem Toszą rozmawia Joanna Bercal.

Niedawno odebrał nagrodę w kategorii inicjatyw duszpasterskich i społecznych współtworzących "polski kształt dialogu Kościoła i świata" za działalność na rzecz ubogich i odrzuconych. Na co dzień mieszka w Jaworznie, w ponad stuletnim budynku byłej szkoły podstawowej. Razem z wolontariuszami i mieszkańcami stara się go remontować i dostosować do potrzeb Wspólnoty "Betlejem".To dzięki niemu dom przy ulicy Długiej jest miejscem, w którym doświadczeni przez życie i nałogi ludzie, nie tylko znajdują schronienie, ale przede wszystkim, poprzez wspólną pracę, terapię i formację duchową, odnajdują cel i sens życia. Ksiądz znany jest także z niebanalnych pomysłów (zorganizował m.in. pielgrzymkę na mini-traktorach do Lisieux). A poza tym to niesłychanie ciepły i zabawny człowiek.
Z księdzem Toszą rozmawialiśmy kilka dni po odebraniu nagrody.

Reklama

Joanna Bercal: Czym dla księdza jest ta nagroda?

Ksiądz Mirosław Tosza: Na pewno ta nagroda to wielki zaszczyt. Po pierwsze, jak sobie człowiek uświadomi czyjego jest imienia to dochodzi do niego, jak wielki to honor. Po drugie to radość, że nasza praca została zauważona i doceniona. Taka konkretna forma pracy z ubogimi. A po trzecie jest to "wiatr w żagle"! Po takiej nagrodzie człowiek wie, że nie może spocząć na laurach, ale musi jeszcze bardziej zakasać rękawy i wziąć się do pracy.

Tym bardziej, że reakcje publiczności na działalność i słowa księdza były bardzo pozytywne. Wielkie brawa i to nie jeden raz. Opowiadał ksiądz podczas gali o zajęciach z księdzem Tischnerem. Kim zatem on jest dla księdza? Czerpie ksiądz z jego nauki?

- Myślę, że do tekstów Tischnera i do jego dziedzictwa dorasta się w czasie. U mnie były różne etapy. Pierwszy - seminaryjny, gdy słuchałem wykładów z filozofii człowieka. Część z nich rozumiałem, a część była dla mnie fascynująca i kompletnie niezrozumiała (śmiech). To jest trochę tak jak z tajemnicami. Wiesz, że człowiek staje przed czymś fascynującym, a jednocześnie niepojętym dla siebie. No więc taki to był pierwszy etap -  seminaryjny. Następny, nieco bardziej prywatny - 1993 rok, Białka Tatrzańska. Ksiądz Tischner przyjechał na doroczne spotkanie z góralami, a przez to, że kilka dni wcześniej zmarł proboszcz tamtejszej parafii - to ja zostałem poproszony o towarzyszenie mu w tym dniu. I tak, na kilka godzin zostałem "przybocznym", co dawało mi możliwość prywatnej rozmowy.Jednak bardzo ważnym impulsem, żeby wrócić do tekstów księdza Tischnera, była wizyta w Łopusznej, w muzeum jego imienia, jakieś cztery lata temu. Wyświetlano tam "Pieśń o ślebodzie", krótki film o Tischnerze, jego życiu i pogrzebie. Tam usłyszałem wypowiedź ks. Profesora, która bardzo mnie poruszyła: że najlepsze, co człowiek może zrobić dla drugiego, to obudzić w nim godność i poczucie wolności. Zdanie to zapisałem sobie zaraz po wyjściu i myślę, że świetnie definiuje, co staramy się robić w "Betlejem".

Można powiedzieć, że te słowa i ogólnie hasło tegorocznej edycji dni tischnerowskich "Inny - obcy - bliźni" idealnie wpisuje się w działalność księdza. A może Betlejem wpisuje się w te słowa?

- Jest taki stereotyp, z którym staramy się walczyć, choć słowo "walczyć’ nie jest może do końca adekwatne. Istnieje stereotyp, "podział" na ludzi, którzy potrzebują pomocy i na tych, którzy pomagają. Ja osobiście bardzo nie lubię tego słowa "potrzebujący", bo to sugeruje, że istnieją ludzie, którzy nie potrzebują pomocy, a takich nie ma. Wszyscy jesteśmy potrzebujący, choć te potrzeby mamy na różnych poziomach i różnie je wyrażamy. Ale wszyscy potrzebujemy dawać i wszyscy potrzebujemy otrzymywać. Jesteśmy powołani do wzajemności. Jeśli jednak pomagamy nieumiejętnie, to możemy osoby ubogie utwierdzić w przekonaniu, że są nic nie warte, a jedyne co mogą, to przyjmować cudzą pomoc. Budzenie godności jest związane z tym, żeby pomóc człowiekowi odnaleźć, odkryć wartość, którą w sobie nosi.

Ksiądz Boniecki określił to, co ksiądz robi, jako takie "quasi zmartwychwstania" i chyba o to chodzi w "Betlejem", że ci ludzie przychodzą i próbują się odrodzić do nowego życia. Zgadza się ksiądz z takim określeniem?

- Tak, po to przychodzą. Czasem nie wiedzą jeszcze jak to może wyglądać. W jednym z tekstów ks. Tischner powiedział, że przyglądając się swojej działalności przez te wszystkie lata, uświadomił sobie, że to była jedna wielka praca nad nadzieją. Ma takie piękne sformułowanie: "powiernictwo nadziei" - człowiek, aby zmartwychwstać musi mieć komu powierzyć swoją nadzieję. A ona zawsze związana jest z czyjąś obecnością. To widać przy ludziach bezdomnych - oni nie przychodzą tylko po chleb, po dach nad głową, ale przychodzą po nadzieję, ale żeby tę nadzieję odkryć - muszą mieć komu ją powierzyć. Św. Paweł napisał, że nadzieja jest pewna, bo "miłość Boża jest rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego, który został nam dany". Jest ktoś, kto Cię kocha, kto w miłości nie jest skąpy, kto walczy o Ciebie. Jemu możesz bez lęku powierzyć swoją nadzieję.

W "Betlejem" mieszkańcy są w różnym wieku, z różnymi doświadczeniami, a dzisiaj trudno otworzyć się na drugiego człowieka. Jak się to księdzu udaje? Szybko nawiązuje ksiądz tzw. "nić porozumienia" z nowymi mieszkańcami domu, czy nie zawsze wygląda to tak kolorowo?

- Nie zawsze. Każdy jest inny. Jedni są bardziej skłonni do otwarcia się, inni bardziej skryci, jak w życiu. Czasem otwartość myli się z wylewnością, ktoś może być bardzo wylewny, a w gruncie rzeczy nie mówić wiele o sobie. Natomiast ktoś może być skryty, a jednak być w swoisty sposób "otwarty". Każdy jest dla mnie osobną księgą, osobnym życiorysem, historią i czasami trzeba się pogodzić i przygotować na to, że jedni potrzebują na otwarcie więcej czasu, drudzy mniej, a niektórzy w ogóle nie będą chcieli tego zrobić i to też trzeba uszanować. Albo będą chcieli się otworzyć tylko w jakimś zakresie i niekoniecznie  przede mną (śmiech).

Przypominam sobie taką historię związaną z projektem Jacka Hajnosa "Różnica" - młody, utalentowany artysta portretował bezdomnych przez pięć lat. Mieszkał u nas przez trzy tygodnie i sportretował kilkunastu naszych mieszkańców. Dodatkowo rozmawiał z nimi, nagrywał i umieścił ich wypowiedzi obok swoich grafik na wystawie i w albumie. Kiedy pojechaliśmy do Zakopanego na wernisaż, pośród 77 portretów było 17 naszych chłopaków, a obok ich opowieści. Muszę przyznać, że byłem zdumiony, bo  części tych historii nigdy nie słyszałem. Przed Jackiem się otworzyli i to jest też bardzo ciekawe, dlaczego.

Jacek poświęcił im całą swoją uwagę, portretował ich, rozmawiał z nimi. Portretując, dawał im taki sygnał "jesteście warci, żeby was ktoś portretował", żeby powstało dzieło sztuki, żeby wam poświęcać czas. Jak się nad tym zastanawiałem to doszedłem do wniosku, że być może za to odpłacili szczerością. Mieli odwagę jemu powiedzieć coś, czego nawet mi nie mówili. Wydawało mi się, ze ja dobrze znam te ich historie, a tu takie zaskoczenie. I dzięki temu doszło do mnie o co chodzi w tym powiernictwie nadziei. Ważne jest, żeby oni to komukolwiek powierzyli. Żeby znaleźli człowieka, który będzie budził ich zaufanie i któremu opowiedzą swoją historię. To może, ale to niekoniecznie musi być ksiądz. Ważne, żeby to był człowiek, do którego oni to zaufanie będą mieć.

To piękne, co ksiądz mówi. Ksiądz daje z siebie bardzo dużo. A co ci ludzie dają księdzu? Tak codziennie.

- Myślę, że pozwalają mi chodzić po ziemi, a to księdzu zawsze się przyda. Oczywiście ksiądz powinien przede wszystkim interesować się sprawami królestwa niebieskiego, ale to nie znaczy, że ma unosić się w chmurach, a nie chodzić po ziemi. I oprócz wielu pięknych rzeczy, to właśnie mi dają.

O tym chyba też mówił ksiądz Boniecki, gdy z przymrużeniem oka - jak to on - zastanawiał się czy kościół nie stracił czegoś w swoich strukturach. W większości księża zajmując się życiem wiecznym, oddalają się od ludzi i nie zawsze wiadomo o co im chodzi. U księdza przeciwnie - wiadomo czym się zajmuje, jaki jest. Jak na działalność księdza reagują zwierzchnicy?

- Ja mam raczej ze swoimi zwierzchnikami dobre doświadczenia i znam też wielu moich kolegów księży, którzy całkiem nieźle łączą bliskość z Bogiem z bliskością z ludźmi. Zresztą to nie jest generalnie "działka" tylko księży, ale wszystkich chrześcijan. Muszą połączyć ze sobą życie wieczne z życiem doczesnym. Tutaj wzorem jest Chrystus, który jest zarówno Bogiem, jak i człowiekiem, i te dwie rzeczywistości w sobie łączy. Staram się "być"
w sprawach bożych, bo ksiądz jest przede wszystkim po to. Nie jest działaczem społecznym, dobroczynnym, bo to nie jest jego powołanie podstawowe, po to są inni działacze i radzą sobie często o wiele lepiej. Natomiast trzeba to umiejętnie połączyć. Dobrze obrazuje to właśnie historia przytoczona w rozmowie z księdzem Bonieckim. Mówiliśmy, że 90 procent czasu z życia Chrystusa na ziemi to było zwyczajne życie. Dopiero w wieku 30 lat rozpoczął działalność publiczna, która trwała trzy lata, z uzdrowieniami, z nauczaniem, a 30 lat prowadził normalne życie i był znany jako syn cieśli.

Powoli kończąc, chciałabym wrócić do jednej rzeczy. Traktory już były, inspiracje znamy. Co dalej? Jakie ksiądz ma plany na następne lata? Tak się sama do siebie uśmiecham, że jeśli chodzi o pomysły na pielgrzymki, to księdzu został już chyba tylko lot balonem albo jakieś paralotnie...

- (śmiech) Jeszcze na Marsa możemy, jako pionierzy.

(śmiech) Powiem księdzu, że chyba bym się nie zdziwiła. Dobrze, to jakie plany na najbliższe tygodnie, miesiące? 

- W tym roku chcielibyśmy poświęcić więcej czasu na życie domowe: na lepsze relacje, na dalszy remont i rozbudowę domu. Oczywiście te wyjazdy, pielgrzymki, one są ważne, choć są tylko jakimś małym, barwnym elementem w naszym życiu. Są po to, żeby po powrocie lepiej funkcjonować w tzw. zwyczajnym czasie. Teraz chcemy się zająć domem. To bardzo pracochłonne i kosztowne, więc musimy się trochę zmobilizować w tej sprawie. Liczymy też na pomoc innych ludzi.

Druga rzecz - ruszamy z naszą bacówką. Pięć miesięcy, do końca września, na zielonym terenie w Jaworznie, w tzw. Gródku, wypasamy owce, alpaki i osły. Teren wypasu stał się popularnym miejscem spotkań dzieci, rodzin, naszych przyjaciół i sympatyków. Co niedzielę odprawiamy tam o 15. mszę św. pasterską, palimy ognisko, rozmawiamy i śpiewamy.

Chcemy też kontynuować naszą drogę traktorami. Pierwszy poważniejszy wyjazd planujemy na Boże Ciało, dostaliśmy zaproszenie na Festiwal "Jednego Serca Jednego Ducha" w Rzeszowie. To będzie krajowa kontynuacja naszej zeszłorocznej Drogi Pojednania. Polska edycja ma nazwę "Droga Życzliwości". Mamy ze sobą manifest życzliwości, który będziemy prezentować ludziom i zachęcać do wdrażania go w życie, bo tej wzajemnej życzliwości potrzebujemy w Polsce bardzo dużo. Z kolei na przełomie sierpnia i września będziemy chcieli przejechać traktorami nieco dłuższą trasę. Dwa, może trzy tygodnie w jakimś regionie Polski. Takie plany na ten rok.

Czego mogę księdzu życzyć? Na pewno wytrwałości w podjętych działaniach i po prostu - wszystkiego dobrego - dla księdza i dla całej wspólnoty.

- Dziękuję bardzo.

*Więcej o działalności księdza Mirosława znaleźć można stronie Wspólnoty lub na oficjalnym profilu na portalu  Facebook.

Wspólnota "Betlejem" stara się utrzymywać z pracy własnych rąk, m.in. z wytwarzania i sprzedaży rękodzieła (ikony, ceramika, wyroby z drewna). Można je zobaczyć i zamówić w sklepie internetowym sklepie internetowym (jest w nim również dostępny Album "Różnica" o którym jest mowa w wywiadzie. Dochód ze sprzedaży Albumu zakupionego w sklepie Betlejem jest w całości przeznaczony na remont i rozbudowę domu). Można też oczywiście przekazać darowiznę na cele statutowe i 1 % podatku.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje