Pan, który przekroczył granice rozmowy z posłem

Upał, a może władza? Kto zgadnie, co zaszkodziło Elżbiecie Jakubiak (42 l.)? Posłance najwyraźniej odbiło, bo zrobiła awanturę sejmowemu dyspozytorowi tylko dlatego, że ten miał wątpliwości, czy dać jej służbowe auto na zakupy - donosi "Super Express".

- Samochód należy mi się jak psu zupa - miała wrzeszczeć posłanka PiS. Dyspozytor już nie pracuje. Miał dość arogancji posłów.- Sama bym go zwolniła. Nie miał prawa tak się zachowywać - tłumaczy posłanka, wściekła, że ktoś śmiał zwrócić jej uwagę.

Reklama

Pan Piotr M., sejmowy dyspozytor, całą sprawę opisał w liście do marszałka. Według naszych informacji po awanturze, jaką zrobiła mu posłanka, był roztrzęsiony i długo nie mógł dojść do siebie.

- Piotrek bardzo to przeżył. W liście napisał, że na samą myśl o tej awanturze cały się trzęsie - mówi nam jeden ze znajomych dyspozytora.

Współpracownicy Bronisława Komorowskiego (56 l.) o całej sprawie mówią niewiele. - Nie komentujemy tego. Mogę tylko potwierdzić, że trafiło do nas pismo od dyspozytora - mówi nam Jerzy Smoliński, rzecznik marszałka Sejmu.

Jak udało nam się ustalić, całe zajście wyglądało tak: rano Jakubiak zamówiła sejmowe auto. Kierowca czekał prawie godzinę, ale pani poseł nie przyszła. Przed godz. 12 zadzwoniła ponownie, prosząc o auto, które zawiezie ją pod centrum handlowe, gdzie ma odebrać... sukienkę. Dyspozytor zapytał, czy wyjazd na pewno jest służbowy. Wówczas pani poseł puściły nerwy.

Zapytana przez nas o całą sprawę bez skrępowania wypala: - Ten pan przekroczył granice rozmowy z posłem. Jak śmiał mnie o to pytać! Nie jest moim spowiednikiem i łaski mi nie robi. Dobrze, że rozmawialiśmy tylko przez telefon, bo pewnie na słowach by się nie skończyło - grzmi była współpracownica prezydenta, tłumacząc, że zakup sukienki to była ironia.

- Jestem szefową komisji, a on podległym pracownikiem. Nie życzę sobie, by ktoś traktował mnie jak potencjalnego oszusta. Samochód to żaden luksus, tylko mój warsztat pracy. Po co kancelaria chce wiedzieć, gdzie jadę? Przecież to jest inwigilacja! - denerwuje się posłanka PiS. Zapewnia, że od początku kadencji zamawiała sejmowe auto tylko kilka razy.

- To nie jest tanie państwo, ale dziadostwo. Nieraz musiałam się wstydzić. Pamiętam, jak do ambasady austriackiej drałowałam na piechotę. A jak ostatnio odbierałam delegację z Bundestagu, to samochód ledwo zipał, a klimatyzacja prawie nie działała - ucina.

Jakubiak nie przejmuje się, że dyspozytor zrezygnował z pracy. - Sama bym go zwolniła, nawet gdyby był moim bratem - grzmi posłanka. Incydent z Jakubiak nie jest jedyny. Obsługa sejmowa tłumaczy, że często czuje się, jakby była między młotem a kowadłem. - Marszałek wprowadza oszczędności, a posłowie są przyzwyczajeni do luksusów. Jak to pogodzić? - mówi nasz rozmówca. Jak się dowiedzieliśmy, marszałek Komorowski zapytał Jakubiak o zajście z dyspozytorem. Rozmowa była krótka i nieprzyjemna. - Odpowiedziałam, że nie życzę sobie takich rozmówi i że obsługa sejmowa ma dbać o to, by nam było wygodnie - relacjonuje posłanka PiS. - Ciekawa jestem, jak zachowałby się marszałek, gdyby na moim miejscu był jakiś poseł PO - ucina. To nie pan, tylko sługa. Jakubiak miała prawo zamówić samochód sejmowy.

To jeden z wielu poselskich przywilejów w naszym kraju (parlamentarzyści mają też darmową komunikację, w tym przeloty samolotem). Dyspozytor miał też jednak prawo zapytać o charakter podróży. - Na Zachodzie istnieje bardzo jasny rozdział między tym, co publiczne, a tym, co prywatne. Ten incydent pokazuje prawdziwą bolączkę polskiego życia politycznego. Otóż nasi politycy lubią żyć na koszt obywateli, uważając, że sam fakt ich wyboru obciąża społeczeństwo kosztami ich aktywności. Posłowie zapominają również, że Sejm nie jest ich prywatnym przedsiębiorstwem. Oni nie są tu panami, ale są na służbie - wyjaśnia politolog prof. Kazimierz Kik.

INTERIA.PL/Super Express
Dowiedz się więcej na temat: Prawo i Sprawiedliwość | auto | posłowie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje