Policja bada sprawę fałszywych alarmów bombowych

Policja ustala osobę lub osoby, które w piątek wysłały do pięciu resortów maile z informacją o podłożeniu bomby. Przez kilka godzin ministerstwa, z których ewakuowano kilka tysięcy osób, były sprawdzane przez pirotechników. Okazało się, że alarmy były fałszywe.

Wiadomości trafiły pocztą elektroniczną do ministerstw: infrastruktury i rozwoju, obrony, gospodarki, kultury oraz zdrowia. Z pierwszych czterech ewakuowano w sumie ponad 4 tys. osób - poinformował rzecznik komendanta stołecznego policji Mariusz Mrozek.

Gmach MON sprawdzili funkcjonariusze Żandarmerii Wojskowej, a pozostałe ministerstwa policyjni pirotechnicy. Po kilku godzinach urzędnicy mogli wrócić do pracy.

Reklama

Policyjni eksperci z zakresu informatyki sprawdzają m.in. skąd fałszywa wiadomość została wysłana. - Wszystko wskazuje na to, że jest to głupi żart. Policjanci pracują nad tą sprawą. Będziemy starali się dotrzeć do osoby lub osób, które mogły wysyłać takie informacje - powiedział Krzysztof Hajdas z Komendy Głównej Policji.

Zgodnie z kodeksem karnym, fałszywy alarm jest traktowany jako poważne przestępstwo. Grozi za to od 6 miesięcy do 8 lat więzienia. Sąd może też nałożyć na sprawcę nakaz pokrycia kosztów akcji - ewakuacji, sprawdzenia pirotechnicznego, a także strat firm.

Dowiedz się więcej na temat: policja | alarm | ministerstwa

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje