Polowanie na Kaczyńskich

Jarosław Kaczyński otarł się o śmierć w wyniku wypadku samochodowego spowodowanego przez nieznanych sprawców. Lecha Kaczyńskiego zastraszała mafia pruszkowska.

Prokuratura prowadziła przeciwko obecnemu liderowi Prawa i Sprawiedliwości trzy sfingowane sprawy. Brukowiec wydrukował jego sfałszowaną lojalkę ze stanu wojennego, TVP zaś wyprodukowała szkalujący braci film. Robiono z nich homoseksualistów i przysposobione przez rodziców dzieci lumpów. Arsenał środków, jakich układ rządzący III RP użył, by raz na zawsze wyeliminować Kaczyńskich z polityki, pokazuje skalę patologii w polskim życiu publicznym.

Reklama

Nakłuć na oponach samochodu Jarosława Kaczyńskiego dokonano specjalnym narzędziem. Z wielką precyzją. W każdym kole po dziesięć. W taki sposób, żeby przy większej prędkości musiały pęknąć. Był 1993 r. i odbywający dużą liczbę spotkań w kraju Kaczyński jeździł szybko. Takie działania wobec Kaczyńskiego i jego współpracowników powtarzały się.

W 1996 r. Jarosław Kaczyński o mało nie zginął. Jechał w okolicach Mławy swym oplem vectrą. - Samochód wypadł z drogi przy szybkości 160 km na godzinę - wspomina. - Byliśmy o włos od śmierci, policjanci powiedzieli nam, że przeżyliśmy tylko dlatego, że to niemiecki solidny wóz. Po drodze wyrwaliśmy drzewo z korzeniami. Jak się okazało, ktoś lekko poluzował zawór w kole, by powietrze powoli uchodziło.

Sprawdzić, czy Jarosław Kaczyński miał narzeczoną i dlaczego się z nią rozstał, albo czy nie jest homoseksualistą - taka dyrektywa pojawia się w papierach tzw. zespołu Lesiaka, który w czasie inwigilacji prawicy miał doprowadzić do eliminacji lub - jeśli się nie uda - marginalizacji politycznego środowiska Kaczyńskich. Obelżywą, kłamliwą plotkę o rzekomym homoseksualizmie obecnego lidera PiS ludzie Urzędu Ochrony Państwa kolportowali w ramach służbowych obowiązków. Podobnie jak pracownicy białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki, którego propaganda głosi, że homoseksualistami są działacze demokratycznej opozycji.

Choć Kaczyńscy bywali zwalczani metodami zbliżonymi do tych, jakie wobec opozycji stosuje białoruski reżim, w III RP rzadko mogli liczyć na obronę ze strony mediów i autorytetów. A duża część wręcz brała w atakach udział.

Lojalka, czyli fałszywka służb specjalnych

3 czerwca 1993 r. "Oświadczam, że będę przestrzegał przepisów stanu wojennego" - taki dokument podpisany rzekomo przez Jarosława Kaczyńskiego 17 grudnia 1981 r. drukuje będący u szczytu popularności tygodnik "Nie".

Kaczyński odpowiada, że wydrukowana lojalka to ordynarna fałszywka. - Powycinano litery z pisma, w którym podpisania lojalki odmówiłem. Dostarczono też sfałszowaną notatkę o rzekomym podpisaniu przez mnie lojalki ze sfałszowanymi podpisami nieżyjących oficerów - mówi dziś "GP".

Proces wytoczony przez Kaczyńskiego gazecie Jerzego Urbana trwał 6 lat. Jeszcze w 1996 r. Marek Barański dostarczył do sądu nowe dokumenty. Dopiero w 1997 roku oświadczył, że on i jego pismo padli ofiarą prowokacji, gdyż ktoś dostarczył im sfałszowany dokument. Ostatecznie sąd skazał Barańskiego na 10 tys. zł grzywny.

Kopia fałszywki odnalazła się w szafie płk. Jana Lesiaka, odpowiadającego za inwigilację prawicy. Znaleziono tam też próbki pisma Kaczyńskiego, którymi próbowano uprawdopodobnić autentyczność dokumentu.

To nie jedyna prowokacja "Nie" wobec Kaczyńskich. W gazecie ukazał się też fotoreportaż "Jeden dzień z życia Jarosława K. - Na zdjęciu w "Nie" pokazano kogoś podobnego z postury do mnie. Miał zainteresowania z pogranicza sex-shopów i pedofilii - wspomina Jarosław Kaczyński.

Kaczyński klaszcze z playbacku

Ale podobne metody stosują wobec Kaczyńskiego nie tylko brukowce. Czerwiec 1990 r. Podczas posiedzenia Komitetu Obywatelskiego Lech Wałęsa w obcesowym tonie wypowiada się o będącym w podeszłym wieku Jerzym Turowiczu. "Panie Turowicz, Polska czeka na pańskie pretensje do Wałęsy i do demokracji" - nawołuje. Zachowanie Wałęsy jest powszechnie potępiane.

W mediach pojawia się informacja, że jedynym, który klaskał po niestosownym zachowaniu Wałęsy był Jarosław Kaczyński. - Potem TVP zmontowała nawet materiał, w którym pokazano, jak biję brawo. Rzecz w tym, że tego dnia zaspałem i w tym momencie na sali w ogóle mnie nie było - wyjaśnia sam zainteresowany.

Podobnie traktowany był obecny prezydent. W 1991 r. "Kurier Polski" oskarżył Lecha Kaczyńskiego o to, że będąc w Waszyngtonie podjął rozmowy mające ułatwić amerykańską akceptację dla odwołania Leszka Balcerowicza. Lech Kaczyński nie był wtedy w Waszyngtonie ani w ogóle w Stanach Zjednoczonych.

Jak z Mrożka

Powodem brutalnych ataków na Kaczyńskich jest konflikt z najsilniejszymi na scenie politycznej siłami. Nie tylko komunistami, ale także z tymi środowiskami z dawnej "Solidarności", które poszły z nimi na układy.

27 września 1989 r. Lech Wałęsa podejmuje decyzję o tym, że to Jarosław Kaczyński będzie redaktorem naczelnym "Tygodnika Solidarność". Rozpoczyna się frontalny atak mediów oburzonych, że gazeta wymyka się z rąk ludzi Unii Demokratycznej. Z "Tygodnika Solidarność" odchodzi większość podbuntowanych przeciwko Kaczyńskiemu dziennikarzy. To wydarzenie jest prawdziwym początkiem "wojny na górze". Ataki wzmagają się, gdy Kaczyński zakłada Porozumienie Centrum, które wysuwa kandydaturę Wałęsy na prezydenta.

Kaczyński jest głównym twórcą programu Wałęsy i Porozumienia Centrum. Wkrótce po wygraniu wyborów Wałęsa rezygnuje z jego głównych postulatów. Kaczyński, który odszedł od Wałęsy, wkrótce potem, stara się doprowadzić do realizacji programu. Postulaty takie jak dekomunizacja, lustracja, rozbicie postkomunistycznych układów na styku państwa i biznesu czy - początkowo - nasze wstąpienie do NATO i sojusz z Ameryką, pozostają w sprzeczności z interesami układu.

W czasach PC powszechnie stosowaną przeciw Kaczyńskim metodą były rozsiewane przez służby specjalne plotki. - Rozpowszechniano plotkę, że jesteśmy przysposobionymi przez rodziców dziećmi jakichś lumpów - wspomina Jarosław Kaczyński.

Niestworzone rzeczy opowiadano o majątku zgromadzonym przez ówczesnego lidera PC. Miał być właścicielem masarni, fabryki i banku. W tym samym czasie mieszkał w jednym mieszkaniu z rodzicami. Chwilami przypominało to sceny z Mrożka. Do Kaczyńskiego dzwoniono ze skargami, że samochody jego firmy zakłócają rano ludziom spokój. Polityk tłumaczył, że nie ma żadnej firmy. Po jakimś czasie dotarły do niego podziękowania, że samochody już nie hałasują.

Rozbić i zniszczyć

Najostrzejsze działania przeciwko Kaczyńskim i ich politycznym sojusznikom podjęte zostały w czasie tzw. inwigilacji prawicy po obaleniu wspieranego przez PC rządu Jana Olszewskiego. Określenie "inwigilacja" nie do końca oddaje jednak charakter tych działań. - To było coś więcej niż inwigilacja czy obserwowanie. Grupa Lesiaka działała po to, żeby nas rozbić i zniszczyć - mówi Kaczyński.

W latach 1991-1997 w gabinecie szefa UOP działała grupa pod nazwą Zespół Inspekcyjno-Operacyjny. Szefem zespołu był Jan Lesiak, były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Lesiak od drugiej połowy lat 70. pracował w Departamencie III Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zajmującym się działalnością opozycji. Rozpracowywał Komitet Obrony Robotników. W 1990 r. został negatywnie zweryfikowany, jednak uwzględniono jego odwołanie. Byłymi funkcjonariuszami SB byli także najbliżsi współpracownicy Lesiaka.

Według pokrzywdzonych, którzy widzieli akta inwigilacji prawicy, jej inspiratorami byli ludzie związani z kancelarią Wałęsy i z wszechwładnym Mieczysławem Wachowskim.

Dziennikarstwo inspirowane

Sprawę inwigilacji prawicy nagłośnił w 1997 r. Zbigniew Siemiątkowski, eseldowski koordynator ds. służb specjalnych. Jak ujawnił, ludzie Lesiaka analizowali, jak skutecznie skłócić liderów tych partii. Podjęli też działania mające na celu ich kompromitację. Plan dotyczący Jarosława Kaczyńskiego liczył około 30 punktów.

UOP korzystał z agentów ulokowanych w otoczeniu kierownictw inwigilowanych ugrupowań. Niektórzy agenci działali od czasów PRL. Nierzadko w III RP mieli inwigilować tych samych polityków, na których donosili w latach 80.

Gdy inspirowana przez Belweder grupa Lesiaka rozpowszechniała plotki na ten temat homoseksualizmu Kaczyńskiego, Wałęsa zapraszał do Belwederu "Lecha z żoną i Jarka z mężem". UOP wszczął też postępowanie przeciwko sekretarce Jarosława Kaczyńskiego, którą podejrzewać miano o nadużycia finansowe. Według Kaczyńskiego, prowadzenie śledztwa w sprawie sekretarki umożliwiało zainstalowanie legalnego podsłuchu w siedzibie PC.

Akta inwigilacji prawicy dowodzą także, że artykuły w prasie dotyczące Kaczyńskich były inspirowane przez służby. Znaleziono nawet gotowe szkice artykułów. Grupa Lesiaka miała swoich ludzi w "Kurierze Polskim", "Rzeczpospolitej", "Życiu Warszawy", "Polityce", "Wprost" i telewizji.

W marcu 1993 r. Jarosław Kaczyński ujawnił tajną instrukcję UOP nr 0015/92 wydaną w październiku 1992 r., przewidującą inwigilację członków partii politycznych i pozyskanie płatnych informatorów. Ujawnienie tajnej instrukcji spowodowało wytoczenie Kaczyńskiemu sprawy prokuratorskiej.

Była to jedna z trzech spraw karnych prowadzonych przez prokuraturę wobec Kaczyńskiego. Podejrzewała go ona także o pomówienie Wachowskiego oraz nieprawidłowości w Fundacji Prasowej "Solidarności". Wszystkie sprawy skończyły się na niczym.

Gdy rzecznik Lecha Wałęsy Andrzej Drzycimski oskarżył polityków PC o ostrzeżenie właścicieli firmy Art B o czekającym ich aresztowaniu, Kaczyńscy wytoczyli mu proces. Jak wspomina Jarosław Kaczyński, sądy przetrzymywały sprawę tak długo, aż ulegała przedawnieniu.

Ampułki z gazem jako argument w sporze

Wypadek samochodowy Jarosława Kaczyńskiego nie był jedynym. Podobne historie przeżyło wielu ówczesnych jego sojuszników. Samochód Jana Parysa wpadł do rowu po przecięciu przewodów hamulcowych. Przewody hamulcowe przecięte zostały także w samochodach Adama Glapińskiego, Piotra Jedlińskiego, szefa oficyny Editions Spotkania, która wydała książkę "Lewy czerwcowy" i Andrzeja Gelberga, redaktora naczelnego "Tygodnika Solidarność". W lutym 1993 r. niezidentyfikowany samochód zepchnął z drogi auto Jacka Kurskiego, współautora "Lewego czerwcowego". Cudem uniknął on śmierci.

W wielu miastach właściciele sal, w których miała odbywać się promocja "Lewego czerwcowego" byli zastraszani, pojawiały się telefony o podłożonej bombie. Do niebezpiecznego wydarzenia doszło w Elblągu. - W drzwiach umieszczono ampułki z gazem. Gdyby wybuchły, to w tak zatłoczonej sali nie obyłoby się bez ofiar śmiertelnych - wspomina Jarosław Kaczyński.

Zastraszaniu poddany był także Lech Kaczyński, w latach 1992-1995 prezes NIK. Gdy obecny prezydent jako szef NIK rozpoczął walkę ze zorganizowaną przestępczością, mafia podjęła próbę zastraszenia go. Gdy wyjeżdżał z wywiadu telewizyjnego, został otoczony. - Samochód brata obstawiły wozy ludzi z mafii pruszkowskiej. Później ustaliliśmy, że byli w nich nie szeregowi żołnierze, a znaczący gangsterzy - wspomina Jarosław Kaczyński.

Działania zespołu Lesiaka przyniosły częściowy sukces. PC znalazło się na marginesie sceny politycznej. Brakowało pieniędzy na opłacenie rachunków. Wtedy nagle znaleźli się dobroczyńcy. - Dwaj faceci z firmy paliwowej przynieśli walizkę z pieniędzmi. Miliard osiemset milionów ówczesnych złotych. Chcieli nam je przekazać rzekomo z szacunku dla nas. To była ewidentna prowokacja - wspomina Jarosław Kaczyński.

Prowokacja z Olgą Lipińską w tle

W 1997 r. Jarosław Kaczyński został wybrany posłem z listy Ruchu Odbudowy Polski. W czasie rządów Akcji Wyborczej "Solidarność" był posłem niezależnym.

Ataki rozpoczęły się na nowo po sukcesach Lecha Kaczyńskiego, który pod koniec rządów Jerzego Buzka był ministrem sprawiedliwości. Dzięki udanemu sprawowaniu urzędu nowa partia Kaczyńskich zaczęła wkrótce liczyć się w sondażach. Wtedy rządzona przez Roberta Kwiatkowskiego TVP przygotowała atakujący Kaczyńskich film. Odgrzewał on zarzuty stawiane PC w czasie inwigilacji prawicy, w tym związki z aferą FOZZ. Głównym świadkiem przeciwko Kaczyńskim miał być poszukiwany biznesmen Pineiro.

- Pineiro widziałem w życiu raz i w ogóle bym tego nie pamiętał, gdyby nie fakt, że był wychowankiem znanych aktorów - wspomina Jarosław Kaczyński. Lech Kaczyński nie widział Pineiry na oczy w ogóle.

Paszkwil potępiło m.in. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w TVP, stwierdzając, że "telewizja publiczna miała być rzetelna i bezstronna. Nigdy jeszcze w ostatnim dziesięcioleciu nie odeszliśmy od tych wartości i standardów tak daleko".

W nagłośnieniu filmu miał wziąć udział kabaret Olgi Lipińskiej. "Rzeczpospolitej" udało się zdobyć słowa piosenki z kabaretu, napisane jeszcze przed emisją filmu: "Hej, jadą z forsą wory\ Hej, a na nich kaczory\ Hej, jadą po raz drugi\ Hej, znów się forsa zgubi!".

Po Lesiaku Kunica

Zwycięskie dla PiS wybory parlamentarne i prezydenckie spowodowały, że Kaczyńscy znów znaleźli się pod ostrzałem. Lider PiS atakowany jest mocniej niż pozostali politycy tej partii. Oliwy do ognia dolał także sam niezręczną wypowiedzią o tym, że w Polsce nie ma wolnych mediów.

Wśród krytyki pojawiły się obok merytorycznych także zarzuty rodem z czasów inwigilacji prawicy. Do prowokacji pomawiających Kaczyńskiego o homoseksualizm nawiązała niedawna manipulacja Mikołaja Kunicy, dziennikarza "Wiadomości". W swym materiale Kunica pytał ministra Wojciecha Jasińskiego, czy razem z Jarosławem Kaczyńskim chodzili na piwo. "Owszem" - odpowiedział Jasiński. "Koleżanki?" - dopytywał reporter. "To akurat z Jarosławem Kaczyńskim nie".

Tymczasem w rzeczywistości wypowiedź brzmiała: "To akurat z Jarosławem Kaczyńskim nie... nie chodziłem na koleżanki. Ja zagustowałem bardzo wcześnie... moja żona obecna mieszkała w sąsiednim akademiku, tak że ja... już nie chodziłem na koleżanki, jak byłem na studiach".

Piotr Lisiewicz

Tekst pochodzi z tygodnika GAZETA POLSKA

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy