Posadka już nie taka ciepła

Pani Zosiu, pani weźmie z biurka tę kawę, schowa gazetkę i przestanie wisieć godzinami na telefonie...

Niejedna pani Zosia musiała się już pogodzić z tym, że praca urzędnika przestała być słodkim nieróbstwem na ciepłej, spokojnej posadce. Urzędnik nie jest już panem, od którego widzimisię zależy, czy petent odchodzi zadowolony, czy też odprawiony z kwitkiem. Teraz pan czy pani "w okienku" musi być osobą kompetentną, obytą i zawsze uśmiechniętą.

Reklama

Koniec pogaduszek

Do lamusa w wielu urzędach przechodzą prywatne pogaduszki telefoniczne w pracy. W wadowickim urzędzie skarbowym uruchomiono niedawno system do nagrywania wszystkich rozmów. Naczelnik urzędu Jarosław Gorczyca w rozmowie z "Dziennikiem Polskim" nie ukrywał, że nie chodzi tylko o rejestrowanie połączeń, przydatne później w razie spornych sytuacji zgłaszanych przez petentów, ale także o zmotywowanie pracowników do jeszcze lepszej pracy. Nie wszyscy urzędnicy są jednak zadowoleni z takiego rozwiązania. Nowe zasady ograniczają bowiem możliwość wykonywania prywatnych rozmów z telefonu, który leży na ich biurku.

Urzędnik na "piątkę"

Urzędnicy są coraz bardziej kontrolowani przez swoich przełożonych. W wielkopolskich urzędach szefowie stawiają swoim pracownikom stopnie, rozsyłają anonimowe ankiety. - Groźnie brzmi to ocenianie, ale mamy czas by się z tym oswoić. Najgorsze jest to, że musimy się sami ocenić, według własnego sumienia, no i trzeba iść na rozmowę z kierownikiem, sekretarzem i starostą - mówią "Gazecie Poznańskiej" pracownicy średzkiego starostwa o nowych zasadach oceny, które wdrażane są w urzędzie.

Urzędnikom podoba się to, że ich "osiągnięcia" podsumowywane będą w sposób bardziej obiektywny i na z góry przyjętych zasadach. A do tego będzie się można jeszcze odwołać od wystawionej przez kolegów cenzurki. System ocen będzie podstawą do awansu zawodowego w administracji publicznej, a tym samym wskaże również osoby, które nie powinny w nim pracować. Pracownicy starostwa będą teraz mogli zaplanować swoją drogę do awansu, albo... policzyć, kiedy zostaną wyrzuceni z pracy.

Ocena odbywać się będzie w pięciostopniowej skali. Najlepsi urzędnicy oceniani na "piątkę" liczyć będą mogli na awanse, podwyżki, jednorazowe nagrody, zaś "jedynkowicze" i "dwójkowicze" na niższe uposażenie albo na wypowiedzenie.

Angielski, niemiecki, francuski...

Coraz większy nacisk kładzie się też na znajomość przez urzędników języków obcych . W Zachodniopomorskiem najlepiej radzą sobie z tym urzędnicy z gmin przygranicznych, donosił "Kurier Szczeciński". W Gryfinie pracownicy Biura Obsługi Interesantów w magistracie władają niemieckim, francuskim, angielskim i rosyjskim, a nawet językiem migowym.

W Urzędzie Miasta w Świnoujściu aż 60 procent pracowników zna niemiecki w stopniu umożliwiającym porozumienie się. Jedna czwarta ma certyfikaty. W urzędzie organizowane są kursy niemieckiego i angielskiego. W Stargardzie wymóg znajomości języka obcego obowiązuje w wydziale promocji, rozwoju gospodarczego, turystyki i integracji europejskiej, choć z 9-osobowej ekipy biegle niemieckim, angielskim lub holenderskim posługują się tylko trzy osoby.

Młodzi urzędnicy chodzą głównie na kursy angielskiego, bo ten język przydaje się najbardziej. Zwykle płacą połowę stawki, resztę pokrywa urząd.

Szkolenie z toastów

Urzędnicy doskonalą nie tylko znajomość języków obcych. Muszą też wiedzieć na przykład, jak posługiwać się sztućcami i wznosić toasty. Prezydent Skierniewic i jego podopieczni dowiedzieli się tego na specjalnym szkoleniu. Podczas pierwszego dnia urzędnicy szkolili się z zasad komunikacji interpersonalnej (tzn. jak obsłużyć klienta, by był zadowolony), następnego - z zasad savoir-vivre'u. Wykładowca z Ministerstwa Spraw Zagranicznych wyjaśniał, w jaki sposób należy rozkładać sztućce, jak się zachowywać przy stole, jak wznosić toasty lub jak rozsadzać oficjalnych gości przy stole. Kulisy szkolenia relacjonował "Dziennik Łódzki".

"Wydawałoby się, że to takie proste, ale tak nie jest" - mówi Małgorzata Konarska, rzecznik Urzędu Miasta w Skierniewicach. - Faux pas łatwo popełnić. Nasi urzędnicy dokładnie znali te zasady, ale przypominania nigdy dość - kwituje Konarska.

Każdy chce być urzędnikiem

Etat za biurkiem w państwowym urzędzie nęci absolwentów coraz bardziej. Jak donosiło niedawno "Metro", zaczął się boom - w urzędach całej Polski na młodych po studiach czeka kilkaset miejsc. Do obsadzenia są miejsca zwalnianie przez pracowników odchodzących na emeryturę. W szczecińskim magistracie do obsadzenia jest 15 stanowisk. O jedno miejsce ubiega się tam prawie 50 osób. Podobnie jest w Urzędzie Miasta w Radomiu. Tu stanowiskiem referenta zainteresowanych jest blisko 25 osób.

Kto tak pilnie szuka zajęcia w urzędzie? Najczęściej młodzi, wykształceni absolwenci administracji i socjologii. - Ta praca nie jest obciążona tak dużym stresem jak na przykład prowadzenie własnej działalności gospodarczej. To taki bezpieczny zawód - argumentuje Anna Turek, studentka IV roku administracji na UMCS w Lublinie, która stara się o pracę w lubelskim ratuszu.

Kandydatów na urzędników nie zniechęcają nawet niskie pensje. W Lublinie na przykład absolwent może na początku liczyć na 700-800 zł netto pensji zwykłego urzędnika. Więcej zarobi jako inspektor - ok. 1,4 tys. zł - na rękę lub kierownik - blisko 2,5 tys. zł. A dostać posadę urzędnika - nawet pomijając licznych kontrkandydatów - nie jest łatwo. Przed zatrudnieniem urzędy organizują egzaminy, rozmowy kwalifikacyjne i wielomiesięczne staże.

Praca w urzędzie daje jednak stabilność, gwarantuje niewielkie, ale stałe zarobki. Osiem godzin pracy dziennie, wyjścia do domu o regularnej godzinie, czas na to, aby zająć się domem i rodziną - te argumenty przemawiają do wielu. Kilkuletni urzędnicy przekonują, że takiej pracy nie zamieniliby na żadną inną.

INTERIA.PL/PAP
Dowiedz się więcej na temat: pracownicy | urzędnicy | Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje