Psycholog o sprawie Trynkiewicza i przestępcach seksualnych

To źle, że mowa jest dziś tylko o Mariuszu Trynkiewiczu, a nie systemowych rozwiązaniach, które powinny być wdrożone i dotyczyć znacznie większej grupy przestępców seksualnych - przekonuje w rozmowie z PAP psycholog Wacław Mitoraj, który zajmował się Trynkiewiczem.

PAP: Sprawa Trynkiewicza - zabójcy czterech chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego, którego w latach 80. skazano na śmierć, a potem zamieniono karę na 25 lat więzienia - to dziś jeden z głównych tematów w mediach. Zajmował się pan nim w więzieniu w Strzelcach Opolskich kilkanaście lat temu. Jak pan reaguje dziś, gdy o nim słyszy?

Reklama

Wacław Mitoraj: - Jestem poirytowany i zniesmaczony tym, co się wokół tej sprawy rozgrywa. A także zaniepokojony tym, że mowa jest przy tej okazji tylko o Trynkiewiczu, a nie systemowych rozwiązaniach, które powinny być wdrożone i dotyczyć znacznie większej grupy przestępców seksualnych. Albo jeszcze szerzej - osób ze skłonnościami do popełniania przestępstw na tle seksualnym. To poważny problem. Kiedy pracowałem w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich i miałem dostęp do akt osób skazanych za przestępstwa przeciwko wolności seksualnej, to zauważyłem, że jest to grupa osób, w której recydywa wynosi około 80 proc.

PAP: To znaczy, że przeważająca większość po wyjściu z więzienia popełnia znów takie same przestępstwa?

W.M: - Tak, i dzieje się to zazwyczaj w czasie od kilku tygodni do kilku miesięcy od wyjścia z zakładów karnych. A warto dodać, że pierwsze popełniane przestępstwo zazwyczaj rzadko jest wykrywane. Sprawca jest ujmowany po którymś kolejnym.

PAP: Wtedy, gdy pracował pan z Trynkiewiczem, próbował pan wdrożyć program terapeutyczny kierowany do przestępców seksualnych. Z jakim skutkiem?

W.M.: - To był koniec lat 90. Z tego typu przestępcami zakłady karne miały duży kłopot. Po pierwsze - sami funkcjonariusze musieli sobie radzić z emocjonalnymi reakcjami na charakter przestępstw, jakich tacy więźniowie się dopuścili. Także ze strony innych osadzonych reakcje na tego typu osoby były gwałtowne. Trzeba zatem było, mówiąc wprost, dbać o ich życie i zdrowie. Służba więzienna ma bowiem statutowy obowiązek zapewniania bezpieczeństwa każdemu osadzonemu.

Stworzono więc wtedy nieformalną grupę i podczepiono tych więźniów do oddziału terapeutycznego dla skazanych wykazujących trudności z przystosowaniem się do życia w więzieniu. Programu formalnie wdrożyć się nie udało, bo reakcja ówczesnych centralnych władz Służby Więziennej na moje propozycje była niechętna. Tym bardziej mam satysfakcję z tego, że dziś w kraju istnieje siedem oddziałów prowadzących terapię takich skazanych.

PAP: Taka terapia w ośrodkach, o których pan mówi, wymaga zgody pacjenta czy można do niej zmusić np. wyrokiem sądu?

W.M.: - Zapewne można. Nie znam obecnych procedur, ale z pewnością, żeby taka terapia była skuteczna i sensowna, musi być wola pacjenta i jego odpowiednia motywacja. Motywowanie jest zresztą częścią tej terapii, jej początkiem - pacjent musi zrozumieć problem i widzieć korzyści, które mogą mu dać zmiany.

PAP: A Trynkiewicz też chciał się takiej terapii poddać?

W.M.: - To był trudny człowiek.

PAP: Przechodził tę terapię?

W.M.: - Moja praca z nim miała dość ograniczony zakres, bo w momencie gdy go spotkałem bardziej musiałem skupić się na tym, by pomóc mu w przystosowaniu się do odbycia kary i przetrwaniu w więzieniu. To było 12 lat przed jego planowanym wyjściem na wolność. Wtedy nie pracuje się nad problemem seksualnym - na to powinny być przeznaczone dwa-trzy ostatnie lata odbywania kary.

PAP: Podobno w ostatnich latach też nie chciał się tej terapii poddawać i odwoływał się od decyzji kolejnych organów, które kierowały go na terapię.

W.M.: - Miał do tego prawo.

PAP: A ostatecznie w niej uczestniczył?

W.M.: - Tego nie wiem. Media donoszą, że trafił do Rzeszowa, gdzie taką terapię się prowadzi. Ale czy w niej uczestniczył i jak to wyglądało - to jest objęte tajemnicą lekarską. Ta sama tajemnica obliguje i mnie do tego, by o więźniu nie mówić.

PAP: A pozostali więźniowie, którymi się pan zajmował, wykazywali szczerą wolę uczęszczania na takie zajęcia?

W.M.: - Tak, wielu naprawdę tego chciało. Warto podkreślić, że człowiek nie rodzi się seksualnym przestępcą. Nim popełni taki czyn, przechodzi długotrwały proces prowadzący do tego. Najczęściej pierwsze sygnały problemu pojawiają się w okresie dojrzewania. Badania nad seksualnością pozwalają takie symptomy wskazać, choć samo ich wskazanie niczego nie przesądza.

Na pewno osoby pobudliwe seksualnie, mające kłopot z kontrolowaniem impulsów, które ich wiodą do zaspokojenia, są bardziej narażone na to, że ostatecznie się od tego zaspakajania wręcz uzależnią, gdy skojarzy się im ono z redukowaniem napięć psychicznych, uwalnianiem od frustracji, nudy.

W miarę powtarzania cyklu "podniecenie - odprężenie" w tych skojarzeniach, potrzebne do uzyskania efektu okazać się mogą zakazane, szkodzące innym zachowania. Wyrzuty sumienia, wstyd, strach przed karą, jaki się u nich pojawia, osłabiają fałszywymi usprawiedliwieniami. Racjonalizują i pozwalają sobie na więcej, jak uzależnieni.

PAP: Skoro takie zachowania wykazują cechy uzależnienia, to sama terapia też przypomina te związane z uzależnieniami?

W.M.: - Tak, te terapie są podobne. Wielomodułowe i kompleksowe, oparte o dobre diagnozy psychologiczne, psychiatryczne i seksuologiczne. Dopiero na ich podstawie można ustalać procedurę terapeutyczną. Uczestniczyć w nich powinni fachowcy z tych trzech dziedzin. W terapii lekarz seksuolog ordynuje leki służącej obniżeniu poziomu testosteronu, bo jego wysoki poziom powoduje, że mózg jest bardziej wrażliwy na bodźce seksualne, szybciej uruchamia się popęd i trudniej go kontrolować.

PAP: To jest ta chemiczna kastracja, o której było głośno?

W.M.: - Tak, ale to zaledwie element całości. Nie może też być mowy o całkowitej kastracji, bo powoduje ona tylko okresowe obniżenie poziomu testosteronu. Kiedy przestaje się podawać leki, to jego poziom wraca do poziomu wyjściowego. To leczenie jest potrzebne - ma dać czas, by umysł osoby przejawiającej skłonności do przestępstw pracował nad zmianą. By w momencie, gdy mówimy o krzywdzonych przez niego osobach nie reagował pobudzeniem, tylko można było popracować nad jego wrażliwością. 

Trzeba pamiętać, że w naszej fizjologii seks ma pierwszeństwo nad współczuciem. Druga rzecz to włączane czasem do takiej terapii leki antydepresyjne. Badania wykazały, że wiele przestępstw na tle seksualnym popełnianych było w warunkach depresji, stresu, nudy czy monotonii. Dopiero podawanie środków farmakologicznych - obniżających popęd czy depresję - pozwala na terapię.

PAP: A ta na czym polega?

W.M.: - Między innymi na uczeniu motywacji, o której mówiłem. Uwrażliwianiu na dobro innych. Ale też na odnajdywaniu i definiowaniu konkretnych sygnałów, o których wiadomo, że poprowadzą w krótkim czasie do popełnienia przestępstwa. Pacjent analizuje swoje postępowanie i wyłapuje takie momenty, a potem wypracowuje plan postępowania, które ma nie dopuścić do popełnienia czynu zakazanego, gdy sygnał się pojawi. Seksuolog natomiast w terapii niezbędny jest do wprowadzania w nią technik związanych z regulacją pobudzenia seksualnego.

PAP: Jak długo powinna trwać taka terapia?

W.M.: - Do końca życia tego człowieka.

PAP: To znaczy, że po wyjściu z więzienia leczony w nim przestępca seksualny powinien mieć miejsce, gdzie mógłby się zgłosić na wolności?

W.M.: - Tak powinno być. W Polsce funkcjonują już nawet - na wzór amerykański - samopomocowe grupy wsparcia, Anonimowi Seksoholicy. One są najbliższe takim problemom. Do kontynuacji procesu zdrowienia potrzebne są jeszcze ambulatoryjne placówki psychologicznej i seksuologicznej korekcji sprawców. Nie ma jednak procedur kierowania do takich fachowców. 

Idealny, kompleksowy model terapii powinien wyglądać tak: najpierw rzetelna diagnoza - psychologiczna, psychiatryczna i seksuologiczna; potem sama terapia trwająca około dwóch lat, przeprowadzana tuż przed wyjściem z więzienia; po wyjściu z więzienia skierowanie na terapię ambulatoryjną, a potem nadzór, też prowadzony do końca życia.

PAP: Czy w warunkach więziennych można skutecznie leczyć przestępców seksualnych - skoro są oni odcięci od bodźców, które ich popychają do przestępstw?

W.M.: - Taki przestępca nie jest izolowany od źródła bodźców, bo one są w jego głowie. Co najwyżej izolowany fizycznie od potencjalnych ofiar. W więzieniu jest dobry czas na terapię. Mając taką osobę w zakładzie można pokazać co dzieje się w jej wyobraźni, uświadomić, że nie jest to błahostka i nauczyć mechanizmów obronnych. Terapia nie może się jednak w tym więzieniu kończyć. Przy tym trzeba dodać jeszcze jedną rzecz - w kraju jest obecnie siedem ośrodków, gdzie taką terapię się prowadzi.

Niestety, przepisy mówią o tym, że osoba, która ma być do nich skierowana, musi być wcześniej zdiagnozowana przez seksuologa, który stwierdzi zaburzenie preferencji seksualnych. A o seksuologów jest trudno, bo Służba Więzienna ich nie zatrudnia i nie ma pieniędzy na zlecanie takich diagnoz. Tymczasem bez takiej diagnozy dyrektor więzienia nie można nikogo skierować do ośrodka, nawet jeśli odbywa on karę np. za molestowanie dzieci. A przestępstwa seksualne nie muszą być skutkiem zaburzenia pre  ferencji, nawet częściej nie są.

PAP: Jak to rozwiązać?

W.M.: - Możliwie są trzy rozwiązania: badania muszą zlecać sądy w trakcie procesu - a nie zawsze to robią; owe więzienne ośrodki diagnostyczne muszą mieć swoich seksuologów albo więziennictwo powinno mieć placówkę, w której także tego typu badania będą mogły być prowadzone.

PAP: A czy sprawy choć trochę nie ułatwia fakt, że tego typu przestępcy w czasie długoletnich wyroków się starzeją i ich popęd się zmniejsza?

W.M.: - Dynamika przestępczości seksualnej jest taka, że najwięcej tych przestępstw dokonywanych jest w okresie dojrzewania. Potem, w okresie stabilizacji życiowej, ich ilość spada. Rośnie jednak znów w okresie pokwitania, gdy minimalizuje się dostępność partnera seksualnego.

PAP: Słynny ośrodek w Gostyninie może być dobrym miejscem terapii, czy raczej tylko odosobnienia?

W.M.: - Funkcję izolacyjną spełniać ma bez wątpienia. Jeśli będzie tam prowadzony program terapeutyczny, będzie wola poddania się jej ze strony kierowanych - to może to być też dobre miejsce terapii. Choć - z psychologicznego punktu widzenia - raczej nie będzie jej sprzyjać fakt, iż ośrodka mają pilnować funkcjonariusze Służby Więziennej. Człowiek, który ma się tam poddać terapii, wejdzie w warunki, z których wyszedł. Trudno mu będzie wzbudzić w sobie motywację i mówić o dowolności.

PAP: Wracając do tematu naszej rozmowy - czy społeczeństwo ma prawo czuć obawę przed Trynkiewiczem?

W.M.: - Społeczeństwo ma prawo czuć obawę przed każdą osobą ze skłonnościami do przekraczania granic i norm regulujących zachowania seksualne. Wszystkie takie osoby są zagrożeniem. Ta skłonność nie mija. Trzeba jednak pamiętać, że prócz nich jest cała grupa, która się jeszcze nie ujawniła. Brytyjczycy mówią o trzech poziomach profilaktyki, na których powinno się opierać rozwiązywanie problemów przemocy. Trzecim, ostatnim, jest zajmowanie się sprawcami.

Dużo łatwiejsze i tańsze są dwa wcześniejsze: praca nad uwrażliwieniem służb społecznych, które mogą wyłapywać wczesne sygnały o potencjalnych zagrożeniach oraz kampanie społeczne i praca nad powszechnym uświadamianiem praw i zagrożeń oraz moralnego nakazu poszukiwania pomocy.

PAP: Trynkiewicz stał się jednak twarzą całej sprawy.

W.M.: - To źle, bo po pierwsze zasłania problem, czyli fakt istnienia wielu innych osób ze skłonnościami do przestępstw seksualnych. Myślenie i działanie wielu służb oraz władz ukierunkowane jest teraz na ten jeden problem, a nie systemowe rozwiązanie, którego brakuje. Po drugie - fakt, iż jest on w centrum uwagi, może źle wpłynąć na jego postawę po wyjściu na wolność. Np. wzbudzić bunt czy chęć udowodnienia czegoś.

PAP: Taki nadzór, jaki panuje MSW, jest sensowny?

W.M.: - Jakikolwiek nadzór w tej sytuacji jest bardzo sensowny. Ludzie z tego typu problemami jak Mariusz Trynkiewicz cały czas muszą mieć w świadomości, że są zagrożeni nawrotem zakazanego procederu. Wtedy aktywizują tzw. plany ratunkowe, które opracowują w trakcie terapii, pamiętają o sygnałach, które mogą wieść do przestępstwa.

PAP: To podobno inteligentny człowiek. Dlaczego osoby, które powinny znać społeczne normy, dopuszczają się takich przestępstw?

W.M.: Pobudzenie seksualne podnosi poziom dopaminy, daje satysfakcję, energię. Jego zredukowanie powoduje uwolnienie w mózgu endogennych opioidów. To są substancje, które działają jak narkotyki. Opioidy oddziałują na te partie mózgu, na które działa heroina. Zachowania seksualne mają więc nieco narkotyczne działanie, a zatem - jak w uzależnieniach - intelekt służy tworzeniu iluzji i zaprzeczeń wciągających w pułapkę zakazanego procederu. To właśnie prowadzi do zbrodni i tragedii.

Rozmawiała Katarzyna Kownacka

Dowiedz się więcej na temat: szatan z Piotrkowa | Mariusz T.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje