"Pycha podąża przed upadkiem. Muszę być ostrożny"

Robert Biedroń /Beata Zawrzel /Reporter

"Nigdy nie czuję się pewnie, bo polityka to grząski grunt. Pokora jest ważna. Pycha, która podąża przed upadkiem, jest bardzo niebezpieczna". Z prezydentem Słupska Robertem Biedroniem rozmawiały Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska.

Reklama

Aleksandra Gieracka, Jolanta Kamińska: Przez ostatnie trzy lata Słupsk stał się lepszym miastem?

Robert Biedroń: - Słupsk jest lepszym miastem, nie musiał się nim stawać.

Reklama

Ale pan sam wskazywał w kampanii obszary, które wymagają zmiany.

- Rzeczywiście wiele zmieniło się na lepsze. Dla mnie najważniejszym wyzwaniem były problemy finansowe Słupska. Odziedziczyłem piąte najbardziej zadłużone miasto w Polsce, i musiałem dokonać takich zmian, które nie tylko ustabilizują sytuację finansową, ale doprowadzą też do tego, że Słupsk będzie gotów do absorbcji środków unijnych. Dobrze, że się udało.

Słupsk miał ogromne długi, teraz ma w budżecie nadwyżkę. Mimo to Rada Miejska nie udzieliła panu absolutorium zarzucając, że za mało pan inwestował.

- To nie tak, że mi go nie udzielono. W ogóle nie została podjęta uchwala w tej sprawie. Zrobili to bardzo sprytnie, bo wiedzieli, że nie mogę nie dostać absolutorium (przyp red. wykonanie budżetu pozytywnie zaopiniowała RIO i komisja rewizyjna). A poza tym wszystkie zaplanowane inwestycje są realizowane, więc zarzut jest chybiony. Słupsk nigdy nie miał tak dobrego budżetu. Oczywiście mógłbym szeroko wydawać pieniądze, co było praktyką wcześniejszą, ale doprowadziłoby to do tego, że splajtowałbym tak, jak ostatnio jedna z gmin, która zostanie dołączona do innej, bo zapożyczyła się w parabankach. Pamiętam dzień, kiedy przyszedłem do ratusza i parabanki się do mnie zgłosiły. Chciały, żebym dał ratusz pod zastaw. Wiedzieli dobrze, że będąc pod ścianą, mógłbym być skłonny, by się zadłużyć. Nie skorzystałem z tego.

Dlaczego radni PiS i PO są zgodni w krytyce pana działań?

- Polityka. Zbliżają się wybory samorządowe, a ja nie mam koalicji ani z PiS, ani z PO. Oni prawdopodobnie kierują się interesem partyjnym, nie patrząc na interes miasta.

To dość ciekawe, patrząc na brak jakiejkolwiek zgody między tymi partiami na poziomie centralnym.

- To dotyczy dziś wielu prezydentów miast. Taka sytuacja miała miejsce w Elblągu, w Białymstoku. W polityce bardzo rzadko liczy się racjonalność, efekty, finanse. Częściej ważniejszy jest populizm i tanie podlizywanie się wyborcom. Brak uchwały w sprawie absolutorium mnie nie martwi, bo nie ma żadnych konsekwencji finansowych. Będziemy mieć do czynienia jedynie z konsekwencjami politycznymi - PO będzie postrzegana jako sojusznik PiS. Zresztą PiS prowadzi w naszym mieście, podobnie jak w wielu innych, politykę ziemi spalonej.

To znaczy?

- Słupsk walczy na przykład o drogę S6, o halę widowiskowo-sportową, a decyzje leżą dziś po stronie rządzących. Posłowie i radni PiS niewiele zrobili, żeby nam pomóc w tej walce. To smutne.

 Czuje się pan pewnie przed kolejnymi wyborami?

- Nigdy nie czuję się pewnie, bo polityka to grząski grunt. Pamiętamy Bronisława Komorowskiego, który już witał się z gąską, a skończył jak skończył. Pokora jest ważna. Pycha, która podąża przed upadkiem, jest bardzo niebezpieczna. Muszę być bardzo ostrożny.

W ciągu tych trzech lat mieszkańcy, którzy na początku byli sceptyczni, przekonali się do pana w roli prezydenta?

- Znam tylko jedne badania przeprowadzone przez Akademię Pomorską i one pokazują, że elektorat się zwiększył.

Poparcie dla pana w tych badaniach sięga 90 proc., marzenie każdego prezydenta.

- Tylko znów trzeba na nie patrzeć z pokorą, bo wyborcy mogą szybko zmienić zdanie. Przyjdzie jakiś populista, taki PiS właśnie, który powie, że Biedroń zrobił nadwyżkę, bo nie inwestuje, więc jest nieudacznikiem. Oczywiście mógłbym te pieniądze wydać, ale później nie miałbym na wkład własny do środków unijnych.

Za obecność na Woodstocku też pana krytykowali.

- Radni populistycznie powiedzieli, że pojechałem tam na koszt miasta, co jest nieprawdą. Kłamią, bo wiedzą, że to są detale, w które nikt nie będzie wchodził, ale dziennikarze sprawdzili. Uważam, że mieszkańcy to obserwują i widzą, że Biedroń był na Woodstocku za pieniądze organizatorów, a dodatkowo Słupsk miał promocję o jakiej inne miasta mogłyby pomarzyć.  

Ile wydajecie na promocję miasta?

- Mamy zerowy budżet. Na razie to ja jestem najlepszą wizytówką Słupska. Ale jak zobaczę, że Biedroń już nie działa, to zmienię strategię i wydam pieniądze na promocję. 

Popularność pomaga otwierać drzwi i załatwiać sprawy dla miasta?

- Zdaję sobie z tego sprawę i to wykorzystuję.

Podkreśla pan, że zamierza nadal pracować dla Słupska, a tymczasem krajowa polityka upomina się o pana coraz bardziej.

- Jest sezon ogórkowy, stąd ten temat.

Kto wymyślił kandydata na prezydenta Polski Roberta Biedronia?

- Pewnie społeczeństwo. Ludzie marzą, żeby polityka wyglądała inaczej i wtedy słyszą o Słupsku. Duża część Polek i Polaków chciałaby Polski bardziej otwartej, tolerancyjnej, nowoczesnej, progresywnej, i nie widzą innych polityków oprócz Biedronia.

Pan w ogóle nie widzi się w tej roli?

- Dzisiaj na pewno nie. Poza tym to nie chodzi o Biedronia. Wolałbym rozmawiać o tym, że w polityce potrzebne są wartości, a nie nazwiska. Liderzy są ważni, ale wybieramy ich, a później się nimi rozczarowujemy. Wolałbym, żebyśmy zamiast czekać na rycerza na białym koniu, budowali społeczeństwo obywatelskie, i w nie inwestowali.

Kto więc próbuje kreować pana jako kandydata na prezydenta kraju?

- Wy, dziennikarze. Dla mnie to jest łechcące, bo kto nie lubi słuchać o swojej popularności? Ale jednocześnie czuję, że to bardzo powierzchowne, bo nie powinno chodzić o mnie, ale o pewne wartości.

Dzisiejsza polska lewica skupia się na wartościach czy na poszukiwaniu lidera?

- Wszyscy skupiają się na poszukiwaniu liderów, co jest katastrofą.

No właśnie, i co z tym fantem zrobić?

- Czas przestać poszukiwać liderów i zacząć inwestować w wartości, tak jak ja robię to w Słupsku. Mógłbym spędzić czas leżąc na sofie, ale działam, bo wiem, że to będzie procentowało. Trzeba siać, siać i jeszcze raz siać - jak mówi ojciec Rydzyk i ma rację. Zresztą to samo robi w swoim imperium. Powoli sieje i będzie zbierał plony.

Czyli buduje pan wokół siebie struktury?

- Staram się nie ograniczać tylko do zarządzania miastem, bo wiem, że mam też obywatelski obowiązek. Uważam, że powinienem nie tylko wykonywać codzienną pracę, ale wspierać społeczeństwo obywatelskie, wspierać Polskę.

Lewica ma dziś odpowiednią ofertę dla Polaków?

- Dziś największym wyzwaniem dla lewicy jest polityka, w której nikt nie jest wykluczony. Trzeba zastanowić się, jak zmienić sytuację tych, którzy z różnych względów są wykluczeni. Prof. Bauman mówił, że lewica powinna być oparta na dwóch fundamentach: myśleniu o społeczeństwie jak o łańcuchu, w którym trzeba zwracać uwagę na najsłabsze ogniwa, i niemierzeniu dobrobytu społeczeństwa średnią, bo ona zawsze wypacza. Tu lewica może odegrać dużą rolę.

Rozdrobniona lewica może skutecznie działać w tych obszarach?

- Może, i takiej właśnie lewicy kibicuję. Razem, SLD zachowują swoją tożsamość. To nie są naczynia połączone. Jedna i druga partia jest bardzo potrzebna w polskim parlamencie. XIX-wieczny koncept ideowy Razem będzie strumieniem lewicy, a bardziej pragmatyczny, postkomunistyczny SLD ma mądrość zarządzania.

A Inicjatywa Polska?

- Inicjatywa Polska jest dla mnie bardzo ważna, bo bardzo kibicuję Barbarze Nowackiej. Jestem przekonany, że Barbara będzie w przyszłym Sejmie. Nie wiem w jakiej formule, ale zmarnowanie takiego kapitału byłoby ze szkodą dla Polski.

Nie jest pan zbytnim optymistą? Z sondaży, i to nie wszystkich, wynika, że jedynie SLD przekracza próg wyborczy, Razem nie może przebić 3 proc., a Inicjatywa Polska funkcjonuje na granicy błędu.

- Nie, bo widzę, że powiększa się pole dla tego rodzaju inicjatyw. Coraz więcej osób będzie poszukiwało alternatywy. Jeżeli oni to dobrze ustawią, i nie będą koncentrowali się na wzajemnym zwalczaniu, ale będą mówili o wartościach, to wróżę tutaj duży sukces. Wiem, niestety, jak wyglądają sondaże Inicjatywy Polskiej i ubolewam nad tym, ale z kolei poparcie dla Barbary wygląda nieźle. Coś, czego znakiem firmowym będzie Barbara Nowacka może odnieść całkiem spory sukces.

Rozumiemy, że zakłada pan, że każda z lewicowych partii jest w stanie wejść do Sejmu jako niezależny byt.

- Zobaczą panie...

Każda z tych partii uzyska co najmniej 5 proc.?

- Mam nadzieję, że co najmniej. 

Przed wyborami samorządowymi pojawiają się głosy, że środowiska lewicowe powinny się dogadać.

- Nie muszą się dogadywać. W mojej ocenie, nie jest to oczekiwanie lewicowych wyborców. Wyborca Razem nigdy nie zagłosuje na coś, gdzie na pierwszym miejscu na liście będzie Leszek Miller.

Ale takie głosy płyną z samych środowisk lewicowych. Razem mówi, że z SLD się nie dogada, ale w przypadku Inicjatywy Polskiej byłoby to możliwe.  

- Jeżeli udałoby się doprowadzić do tego, że oni się zjednoczą, to byłoby super, ale uważam, że to się nie uda. Poza tym nie trzeba się na tym koncentrować. Niech wszystkie ugrupowania robią swoje, walczą o elektoraty i niech przekroczą próg wyborczy, wejdą do Sejmu i zabierają się za zarządzanie Polską, a nie zajmują się sami sobą. 

Byłby pan gotów wesprzeć któreś z tych ugrupowań?

- Wszystkie wspieram. Jestem w codziennym kontakcie z nimi wszystkimi, oczywiście największą sympatią darzę Barbarę Nowacką. Tam są moi przyjaciele, moja wrażliwość, moje wartości. Marzę właśnie o takiej Polsce, jaką oferują. Różnią ich niuanse i elektoraty i nie muszą się składać w jedną partyjną całość. Może to być drzewo oliwne, które w pewnym momencie zjednoczy się dla jakichś zadań, projektów, ale wcale nie musi się jednoczyć dzisiaj.

Środowiska lewicowe nie naciskają, by pan wrócił do polityki krajowej?

- Podobno o takich sprawach nie mówi się publicznie.

Czyli jednak?

- Nie powiedziałem tego (śmiech).

Kiedy polityk jednoznacznie nie zaprzecza, to znaczy, że coś jest na rzeczy...?

- O kuchni partyjnej lepiej nie mówić. Oni też widzą sondaże i widzą, że jestem popularny. Zależy im bym był bliżej kogoś.

Może oni czują potrzebę posiadania lidera?

- Akurat - Inicjatywa Polska i Razem, może SLD inaczej - mają tę mądrość, że wierzą w wartości, a nie w nazwiska. Może to jest też błąd, bo okazuje się, że dopiero połączenie wartości i nazwisk daje mieszankę wybuchową.

A więc poszukiwanie lidera nie jest czymś negatywnym?

- Ogólnie nie. Jest czymś złym w moim przypadku. Wszyscy o to pytają i już mnie to denerwuje, bo na razie nie mam takich planów. Muszę się skoncentrować na tym, by swoją misję w Słupsku zakończyć dobrze, w odpowiednim momencie. Najprawdopodobniej będę za rok kandydował na prezydenta tego miasta.

Czyli nie jest pan jeszcze pewien?

- Wszystko zależy od tego, czy zdołam zarejestrować komitet, czy zdołam się zorganizować. Nie ukrywam też, że jeśli sytuacja w Polsce będzie taka, że wszystko staje na ostrzu noża i zobaczę, że nie powstaje żadna alternatywa, to muszę coś zacząć robić i Słupsk to będzie za mało. Zobaczymy.

Rozmawiały: Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska

***

Zobacz również:   

Morawiecki: Kiedy rośnie pozycja ojca, rośnie pozycja syna

Scheuring-Wielgus: Im bardziej nas atakują, tym lepiej

Liroy-Marzec: Każdy powinien sobie zrobić rachunek sumienia

Śpiewak: Trzeba iść ostro

Zandberg: Bugaj i Małachowski mają mnie na sumieniu

Nowacka: Bratobójcza walka nie ma sensu

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje