Radziwiłł: Personel szpitala w Białogardzie działał dla bezpieczeństwa dziecka

Personel szpitala w Białogardzie działał zgodnie z procedurami opartymi na aktualnej wiedzy medycznej, na rzecz bezpieczeństwo dziecka, ktorego życie mogło byc zagrożone - mówil minister zdrowia o przypadku wcześniaka, którego rodzice nie zgodzili się na zabiegi pielęgnacyjne i medyczne.

Konstanty Radziwiłł w Polsat News zastrzegał, że nie ma jeszcze pełnych wyników kontroli, jaką zlecił w białogardzkim szpitalu, ale na podstawie dotychczas uzyskanej wiedzy ocenia, że lekarze zachowali się zgodnie ze standardami medycznymi i wiedzą naukową.

Reklama

"Z tego, co sie dowiedziałem, choć kontrola jeszcze trwa, to rodzice odmowili wykonywania w zasadzie wszystkich czynności pielęgnacyjnych, diagnostycznych i leczniczych u wcześniaka z niską wagą urodzeniową, a to jest jest sytuacja zupełnie niedopuszczalna, która potencjalnie  musi być postrzegana jako zagrożenie dla życia i zdrowia dziecka" - powiedzial Radziwiłł.

Jak dodał, podnoszona przy tej okazji sprawa odmowy szczepień była tam sprawą najmniej istotną.  "Rodzice nie życzyli sobie, by z tym dzieckiem robić cokolwiek, a wydaje się, że to jest przekroczenie jakiejs granicy" - zaznaczył.

Jak tłumaczył, szpital przede wszytkim chciał podać witaminę K, którą zgodnie z wytycznymi  wcześniakom podaje się obowiązkowo, ponieważ niepodanie tej witaminy - zapobiegającej krwawieniom wewnętrznym - to poważne ryzyko i poważny błąd w sztuce lekarskiej.

Minister zdrowia podkreślił, że zaufanie do peronelu medycznego jest sprawą fundamentalną, ale oczywiste jest, że obowiązki są też po stronie personelu - poza stosowaniem zasad aktualnej wiedzy medycznej dobre traktowanie pacjentów obejmuje także dobre relacje; tymczasem w takich sytuacjach często widać brak umiejętności komunikacyjnych.

Przyznał, że "stało się coś niepokojącego", bo doszło do kryzysu zaufania, ale podkreślił, że "jest tez splot wielu rzeczy, które były sygnalizowane w tym przypadku, a które nie są zgodne z prawdą". Przestrzegał też, że "posługiwanie się całkowitym brakiem zaufania albo niby-wiedzą jest poważnym błędm, który zagraża samym pacjentom".

"Prsonel ma obowiazek informowania, a rodzice - w granicach rozsądku i bezpieczeństwa dziecka - mają prawo odmowy różnych rzeczy" - podkreślił Radziwiłł.

Jak zaznaczył, nie dziwi się, że w tej sytuacji lekarz zwrócił się do sądu o uznanie, że pewne czynności medyczne moga być wykonane wbrew rodzicom. "Nie doszło do pozbawienia praw, tylko do zawieszenia prawa rodziców do wyrażania zgody na niektóre zabiegi, potrzebne dla ratowania zdrowia i życia dziecka" - podkreślił.

Chodzi o sprawę dziewczynki, która - w 36. tygodniu ciąży - urodziła się w czwartek w białogardzkim szpitalu. Według ordynatora oddziału, rodzice nie wyrażali zgody na podejmowanie wobec noworodka podstawowych czynności medycznych. Zawiadomiony został sąd rodzinny i na terenie szpitala przeprowadzono rozprawę; sąd orzekł o częściowym ograniczeniu rodzicom władzy rodzicielskiej, w zakresie udzielanych świadczeń medycznych. Gdy pracownik sądu dostarczył do szpitala pismo z postanowieniem sądu, rodzice z dzieckiem opuścili placówkę.

W środę sąd w Białogardzie uchylił postanowienie o ustanowieniu kuratora wobec rodziców dziecka, którzy nie zgodzili się na zabiegi medyczne, cofnął też decyzję o ograniczeniu władzy rodzicielskiej w zakresie opieki okołoporodowej.

Prokuratura Okręgowa w Koszalinie prowadzi śledztwo w tej sprawie. Prokuratorzy zbadają, czy postępowanie rodziców mogło narazić dziecko na niebezpieczeństwo.

Po tym, gdy w środę sąd uchylił postanowienie o kuratorze i częściowym ograniczeniu praw rodziców, ci złożyli do prokuratury zawiadomienie dotyczące podejrzenia popełnienia przestępstwa przez lekarzy. Rodzina żąda zadośćuczynienia w wysokości 500 tys. zł.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje