Rybczyński: Zdrojewski kłamie. Jeśli pozostanie ministrem, zrzeknę się obywatelstwa

"Ujawniam olbrzymie, milionowe malwersacje. Z tego powodu jestem oskarżony, oczerniony i skopany" – mówił w radiu RMF FM Gość Krzysztofa Ziemca, Zbigniew Rybczyński – reżyser, laureat Oscara i były szef Wrocławskiego Studia Filmowego. "Bogdan Zdrojewski publicznie kłamie, próbując mnie oczernić. Jeśli będzie nadal ministrem kultury, zrzeknę się obywatelstwa" – zapowiada.

Zbigniew Rybczyński: Ja byłem zaskoczony tą całą sprawą. Powoli coraz więcej wiem, ale w dalszym ciągu to nie jest dla mnie jasne.

Reklama

Coraz więcej - czyli co pan wie?

  - Zostałem oskarżony przez ministra kultury i sztuki, mojego dyrektora generalnego w Centrum Technologii Audiowizualnych - instytucji, którą sam zakładałem. Myślę, że powodem tego jest fakt, że dwa lata temu odkryłem olbrzymie malwersacje finansowe w tej wytwórni.

Minister kultury komentując pana dymisję i to zwolnienie sugerował, że chodzi o malwersacje, za którymi pan miałby stać. Czy to samo powtórzył panu prosto w oczy?

  - Nie. Nie miał takiej okazji. Powiedział to w wywiadach telewizyjnych. Minister powołuje się na wystąpienia pokontrolne, na kontrolę, która dwa miesiące temu została zakończona. Powiedział jednocześnie, że to nie jest jakaś tajemnica, to są dokumenty publiczne. Dostałem jakiś miesiąc temu od dyrektora, który mnie wyrzucił, wyniki tej kontroli i ten dokument mam przed sobą. Ja go opublikowałem w internecie, ale jakoś mało osób ma ochotę przeczytać, co jest w tym dokumencie. Otóż nie ma tam żadnego zarzutu. Jest napisane na pierwszej stronie, że kierownikiem jednostki kontrolowanej był pan Robert Gawłowski, później pan Marek Dąbrowski, a obecnie jest pan Robert Banasiak. Na stronie trzeciej tego dokumentu jest napisane, że dyrektor jednoosobowo zaciągał zobowiązania, podpisywał umowy i realizował przelewy. Głównemu księgowemu nie przedstawiano do weryfikacji umów cywilno-prawnych z osobami fizycznymi. Na następnej stronie jest napisane, że wszystkie umowy zostały zawarte, potwierdzone pod względem realizacji oraz zatwierdzone do wypłaty jednoosobowo przez dyrektora - chodzi o pana Gawłowskiego. Ja w tym dokumencie w ogóle nie jestem wymieniony, poza wzmiankami, że np. na stronie 14. brak podpisu dyrektora programowego Wrocławskiego Studia Technologii Wizualnych na protokołach zdawczo-odbiorczych załączonych do umów o dzieło oraz podpisów wykonawców.

Jak to możliwe, że pan, który nie jest wymieniony w tej całej sprawie, padł ofiarą? Przypomnijmy, że chodzi o malwersacje rzędu pół miliona złotych z puli siedmiu milionów, które Centrum Filmowe dostało z budżetu państwa na całą inwestycję.

- Malwersacje są o wiele większe. To, co ja odkryłem, to był czubek góry lodowej. Dlaczego minister powołuje się na ten dokument, który sam podpisał? To jest dla mnie tajemnicą. Po prostu kłamie publicznie, próbując mnie oczernić.

Pan powiedział, że złoży pozew przeciwko ministrowi kultury. Zrobił to już pan czy jeszcze nie?

  - Dzisiaj chyba mija ostatni dzień - ja posłałem pismo, że żądam publicznych przeprosin w gazetach, w stacjach telewizyjnych. Posłałem taki pozew do ministra osobiście, do ministerstwa i do dyrektora, który mnie wyrzucił. Nie dostałem żadnej informacji i podaję do sądu o zniesławienie ministra, ministerstwo i pana Banasiaka.

Pan sam to wszystko, co się stało, nazywa kompromitacją. W tej sytuacji nie żałuje pan, że wrócił kilka lat temu do Polski?

 - Nie, nie żałuję. Mnie się Polska bardzo podoba. Ja przyjeżdżałem coraz częściej do Polski i widziałem wspaniałe rzeczy, widzę je nadal. Po prostu myślę, że w tym kraju można zorganizować i stworzyć niezwykłe rzeczy.

Czyli nie zrzeknie się pan obywatelstwa, nie odda w proteście Oscara?

- Proszę pana, jeśli minister zostanie i władza będzie to kontynuowała, powstanie jakiś rodzaj układu zamkniętego, to zrzeknę się obywatelstwa polskiego. Co ja mogę więcej zrobić? Jak ja mogę bardziej zaprotestować? Oczywiście oddam złoty medal Gloria Artis ministrowi. Mogę oddać wszystko, co w tym kraju dostałem, ale nie mogę tolerować takiej rzeczy. To nie chodzi o mnie, bo ja mam jakieś szanse. Mogę pojechać w każdą stronę na świecie, mam zaproszenia. Jestem obywatelem amerykańskim. Ale wyobrażam sobie Polaka, który nie ma takiej możliwości. To jest, proszę pana, zgnojenie jak w najgorszych czasach stalinowskich, zgnojenie człowieka. Za co? Za to, że ujawniam malwersacje, milionowe malwersacje. Z tego powodu jestem oskarżony, oczerniony, skopany i sam minister kultury robi te podkopy.
Panie Zbigniewie, jest pan laureatem Oscara z 1983 roku. Czy Oscar dla "Wałęsy" to jest rzecz możliwa?

- Ja nie widziałem tego filmu, więc nie mogę się wypowiedzieć. Uważam, że temat jest świetny. Dzisiaj jest ważne, by robić film o czymś ważnym, co ludzie znają na świecie. Historia Polski i sprawa samego Wałęsy ma bardzo wielką szansę jako temat filmu.

Jak ocenia pan dzisiejsze polskie kino? Jaki jest jego stan?

  - Trochę pewnie mi pan nie uwierzy, ale oglądam bardzo mało filmów, bo pracuję bardzo intensywnie. To, co widziałem, to są bardzo ciekawe realizacje. To jest rodzaj kina, który nie był nigdy obiektem moich zainteresowań. Ja jestem zainteresowany kinem efektów specjalnych. Ludzie to źle kojarzą dzisiaj, że chodzi o te potworki, a to jest dla mnie nowoczesne kino. Dzięki temu może światowa kinematografia w ogóle istnieje. To są filmy typu "Star Wars", "Titanic", "Avatar". Nie chodzi o to, że ja chcę robić takie filmy. Uważam, że mam robić mądre filmy, ale za pomocą tego typu technik. Chodzi o spektakularne rzeczy.

Skoro tak, to chyba polskie filmy, które są bardzo intymne, pozbawione tych wszystkich efektów specjalnych, nie mają szansy na przebicie się na światowe ekrany.

- W tym tradycyjnym robieniu filmów polska kinematografia nie ma specjalnych szans, ale w tych dziedzinach, o których ja mówię, ma po prostu gigantyczne szanse. To jest otwarte pole. Jak to robić? Jakiego typu światy powinny być filmowane? Mamy niezwykłe tradycję w plastyce, grafice. One udowadniają, że polskie rzeczy są wspaniałe, najwyższy poziom światowy. Film dzisiaj, tak jak cała rewolucja medialna, polega na technologii. Te arcydzieła, które wstrząsną światem, muszą być robione za pomocą nowoczesnych urządzeń. W tym jesteśmy bardzo słabi w Polsce, poza tym projektem, który realizowaliśmy we Wrocławiu. Ale decyzją ministerstwa i tajemniczej grupy ludzi zostało to zniszczone.

Panie Zbigniewie, czy w domowym archiwum ma pan jeszcze oryginalny list z "Lokomotywą" Juliana Tuwima?

- Mam. Przypadkowo wziąłem go do domu. Stoi u mnie na półce. Nie jest zamknięty w wytwórni, do której nie mam dostępu.

To jest ważne dzieło rodzinne?

- Bardzo ważne. Nie tylko niezwykły człowiek to napisał, ale to jest pierwszy list, który otrzymałem. Miałem wtedy parę miesięcy.

Przypomni pan słuchaczom, o co chodzi?

Ja się urodziłem - mam jeszcze dwóch braci - i mieszkaliśmy bardzo blisko dworca Łódź Fabryczna. Mój ojciec był wykładowcą na politechnice w Warszawie i przyjeżdżał na weekendy do domu. Mama nas wyprowadzała w wózeczkach na dworzec. W tych czasach były parowozy, które buchały dymem. Dla nas, dla chłopców to było niezwykłe wydarzenie. Mama gdzieś usłyszała, może w radio, nie wiem, utwór Tuwima "Lokomotywa", a my chcieliśmy się nauczyć tego, bo tam było "buch, jak gorąco" itd... Mama napisała list, po prostu: "Julian Tuwim, poeta, Warszawa". Nie znała jego adresu. Potem przyszedł list od Juliana Tuwima, który życzył nam wszystkiego najlepszego i przysłał maszynopis tego wiersza, zapowiadając, że wydawca obiecał mu, że na gwiazdkę ukaże się w książce. I ten list się zachował.















Dowiedz się więcej na temat: zbigniew rybczyński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje