Szef Rządowego Centrum Legislacji bliski utraty pracy

Premier Ewa Kopacz jest bliska odwołania Macieja Berka, prezesa Rządowego Centrum Legislacji, za wpadkę z nieopublikowaniem na czas ustawy o rajach podatkowych. Zdaniem ekspertów, budżet państwa mógłby stracić na tym nawet 3 miliardy złotych.

Szefowa rządu uzależnia dymisję szefa rządowego centrum legislacji od tego, co dziś trafiło na jej biurko.

Reklama

O poranku premier Ewa Kopacz powinna dostać dwa raporty w sprawie tej spektakularnej wpadki: pierwszy przygotowany przez winowajcę - czyli szefa Rządowego Centrum Legislacji Macieja Berka oraz drugi - ministra finansów Mateusza Szczurka.

Praca szefa RCL wisi na włosku, bo przez niego ustawa, która miała uniemożliwić firmom uciekanie z podatkami za granicę, mogłaby wejść w życie z rocznym opóźnieniem. W ostatniej chwili dziennikarze zwrócili uwagę na jego błąd.

Opóźnieniem publikacji ustawy zajmie się też prokuratura i Najwyższa Izba Kontroli.

To już kolejna wpadka ministra Berka. Wcześniej spóźnił się z opublikowaniem tak zwanej ustawy o bestiach, mającej uniemożliwić seryjnym mordercom i pedofilom wychodzenie z więzienia.

Naprawić błąd ustawą

Żeby odkręcić wpadkę RCL Ministerstwo Finansów musiało napisać projekt ustawy korygującej błąd. Minister finansów Mateusz Szczurek zapowiedział to 3 października wieczorem.

Nowy dokument zmieni vacatio legis opóźnionej ustawy, co sprawi, że - pomimo wpadki - nowe prawo podatkowe wejdzie w życie 1 stycznia.

Poprawka w ustawie trafiła do Sejmu w poniedziałek wieczorem jako projekt poselski klubu Platformy Obywatelskiej. 

Ministerstwo Finansów nie chce oszacować ile mógł kosztować błąd RCL. Eksperci twierdzą, że to około 3 miliardów złotych.

Istotą przygotowanych przez resort finansów przepisów jest uwzględnienie w dodatkowym zeznaniu podatkowym dochodów zagranicznych kontrolowanych spółek i opodatkowanie ich 19-proc. podatkiem. Zgodnie z nowelą dochody z kontrolowanych spółek zagranicznych (tzw. CFC) byłyby opodatkowane w Polsce, jeżeli firma krajowa miałaby w podmiocie zagranicznym ponad 25 proc. udziałów. Zasadę tę stosowano by pod warunkiem, że podatek za granicą byłby niższy, o co najmniej 25 proc. niż w Polsce, a spółka nie prowadziłaby tam rzeczywistej działalności.

Za zagraniczną spółkę kontrolowaną uznany będzie ponadto każdy podmiot położony w państwie wymienionym w wykazie krajów i terytoriów stosujących szkodliwą konkurencję podatkową, publikowanym przez ministra finansów w rozporządzeniu. Za spółki tego typu będą również uznawane podmioty położone w państwie, z którym Polska nie wymienia informacji podatkowych.

Krzysztof Berenda

Dowiedz się więcej na temat: Maciej Berek

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje