Tragiczny wypadek w sylwestrową noc. Umorzono śledztwo

Łódzka prokuratura umorzyła śledztwo ws. tragicznego wypadku, do którego doszło rok temu w sylwestrową noc. 67-letni kierowca przejechał wówczas pijaną 31-latkę w 9. miesiącu ciąży. Kobieta i dziecko zmarły w szpitalu. Śledczy uznali, że kierowcy nie można przypisać winy za wypadek.

Prokuratura uznała, że kierowca, którego auto zostało zaatakowane przez grupę agresywnych osób, mógł nie zauważyć, że kobieta upadła lub położyła się przed samochodem, a atak spowodował, że miał ograniczone możliwości oceny sytuacji.

Reklama

- To bardzo trudna do oceny sprawa, również w sensie prawnym. Całokształt ustaleń doprowadził jednak prokuraturę do wniosku, że nie ma podstaw, aby przedstawić kierowcy zarzuty i pociągnąć go do odpowiedzialności karnej - powiedział w czwartek rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej Krzysztof Kopania.       

Przejechał 31-letnią kobietę w 9. miesiącu ciąży

       

Do wypadku doszło w sylwestrową noc z 2013 na 2014 r. na ul. Wojska Polskiego w Łodzi. Jak ustalono, grupa agresywnie zachowujących się osób wyszła na drogę, by przywitać Nowy Rok. Zaatakowali m.in. kijami bejsbolowymi samochód, którym 67-letni kierowca toyoty wraz z żoną, córką i wnuczką wracali z pokazu fajerwerków. Kierowca, obawiając się o bezpieczeństwo, próbował odjechać z tego miejsca; był trzeźwy.

Okazało się, że przejechał 31-letnią kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży. Ranną przewieziono do szpitala, gdzie nastąpił poród. Dziecko urodziło się w stanie krytycznym. Kobieta zmarła w wyniku odniesionych ran; dziecko zmarło dwa dni później. Badanie wykazało, że ciężarna była pijana; miała ponad 2,2 promila.

Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Rejonowa Łódź-Polesie. Wśród dowodów są m.in. zeznania świadków - zarówno obiektywnych jak i uczestników zdarzenia, zapisy z kamery video zainstalowanej w samochodzie jadącym za toyotą oraz kilka opinii biegłych m.in. z zakresy medycyny sądowej, ruchu drogowego oraz psychologiczna. Kierowca został też poddany badaniom psychologicznym.

Według prokuratury troje obiektywnych świadków wypadku zeznało, że kobieta świadomie położyła się przed kołami samochodu, aby uniemożliwić dalszą jazdę.

Nie udało się ustalić mechanizmu obrażeń

Inaczej zeznają zaś osoby, które były napastnikami. Twierdzą, że zachowywali się spokojnie, nie atakowali a kobieta została potrącona. - Te zeznania nie są do końca wiarygodne, bowiem zapisy z kamery wskazują, że byli oni jednak agresywni - dodał Kopania.

Nie udało się ustalić mechanizmu obrażeń - czy nastąpiły w wyniku potrącenia, czy pchania i przejechania kobiety. Według biegłego, mogły powstać zarówno w jednym, jak i drugim przypadku. Kierowca utrzymuje, że nie wiedział i nie widział, że potrącił kobietę. Bojąc się o bezpieczeństwo swoje i rodziny próbował odjechać z miejsca, gdzie został zaatakowany. Zatrzymał się w pewnej odległości i dopiero wtedy zorientował się, co się stało. Twierdził, że miał wrażenie, iż przejechał przez garb zwalniający na ulicy.

Biegły z zakresu ruchu drogowego stwierdził, że choć kierowca jechał do przodu pomimo, że przed maską znajdowały się osoby, to jednak trzeba wziąć pod uwagę specyficzną sytuację w jakiej się znajdował.

Po zapoznaniu się z zapisami video biegły uznał, że moment, kiedy kobieta znalazła się pod kołami samochodu, niezależnie od tego czy się przewróciła, czy świadomie położyła, zbiegł się z silnym uderzeniem w szybę i bok samochodu od strony kierowcy. - To był bodziec, który mógł odwrócić uwagę kierowcy. Momentu upadku kobiety mógł nie widzieć, bo jego uwaga była skoncentrowana na lewej stronie samochodu i ataku w auto - dodał Kopania.

"Bardzo traumatyczne przeżycie"

Natomiast biegły psycholog podkreślił wysoki poziom agresji napastników, który powodował, że mężczyzna mógł czuć poważne zagrożenie dla siebie i swojej rodziny. On także podkreślił, że uwaga kierowcy mogła być odwrócona ze względu na atak.

- Ta specyficzna sytuacja doprowadziła do wniosku, że kierowca nie był w stanie prawidłowo funkcjonować pod względem sprawnego postrzegania i analizowania rzeczywistości  - dodał prokurator. Dlatego też śledczy umorzyli postępowanie. Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi kara do ośmiu lat pozbawienia wolności.

Przesłuchany kierowca zeznał, że było dla niego bardzo traumatyczne przeżycie i chce o nim jak najszybciej zapomnieć i dlatego nie złożył wniosku o ściganie napastników ws. uszkodzenia samochodu. Śledczy nie znaleźli zaś dowodów, żeby im przedstawić np. zarzuty rozboju czy wymuszenia.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje