Tusk: Jeśli zarzuty ws. taśm się potwierdzą - będą konsekwencje

Premier Donald Tusk zapowiedział w piątek, że jeśli zarzuty wobec polityków "zaangażowanych w kwestię" dolnośląskich taśm się potwierdzą, poniosą oni konsekwencje. Nikt, kto uprawia praktyki sprzeczne z poczuciem przyzwoitości, nie znajdzie się na listach PO - oświadczył.


- Sprawa taśm dolnośląskich i całe to zamieszanie wokół wyborów na Dolnym Śląsku jest badane i jeśli czuliście się państwo zawiedzeni, że z mojej strony nie było jednoznacznej, szybkiej reakcji, to wynikało to tylko z prostego faktu - prokuratura w tej sprawie została zawiadomiona tego samego dnia, kiedy ta sprawa ujrzała światło dzienne. I równocześnie sąd koleżeński Platformy będzie badał (tę sprawę) od strony pożądanych zachowań we wspólnocie politycznej - tłumaczył premier w piątek dziennikarzom w Sejmie.

Reklama

Jak powiedział, jeśli zarzuty się potwierdzą, "politycy zaangażowani w te kwestie, (...) poniosą konsekwencje". Tusk wyraził przekonanie, że sprawa zostanie wyjaśniona szybko.

- Na pewno nikt, kto uprawia praktyki jawnie sprzeczne nawet jeśli nie z prawem, to z poczuciem przyzwoitości, z mojej rekomendacji nie znajdzie się na żadnych listach Platformy - oświadczył premier. Zastrzegł jednak, że na razie relacje polityków zaangażowanych ws. taśm "z tych przykrych zdarzeń" są różne.

Zarząd krajowy 30 października jednomyślnie zawiesił na trzy miesiące w prawach członków partii osoby, które nagrały rozmowy upublicznione przez "Newsweek", jak i te, które zostały nagrane. Zawieszeni zostali: Edward Klimka, Paweł Frost, Norbert Wojnarowski, Michał Jaros i Tomasz Borkowski.

Pod koniec października wiceszef PO Grzegorz Schetyna stracił stanowisko szefa PO na Dolnym Śląsku przegrywając w głosowaniu podczas zjazdu z europosłem Jackiem Protasiewiczem. Głosowano dwukrotnie, w pierwszym głosowaniu nikt nie uzyskał wymaganej większości, a w drugim Protasiewicz pokonał Schetynę 11 głosami. W kolejnych dniach "Newsweek" upublicznił nagranie, z którego wynika, że poseł Norbert Wojnarowski, obiecywał jednemu z delegatów, Edwardowi Klimce załatwienie stanowiska w KGHM - w zamian za oddanie głosu na Protasiewicza. Wojnarowski zaprzecza jednak, jakoby proponował pracę Klimce, powołując się na wpływy Jacka Protasiewicza. Jak twierdził, opublikowany tekst został "wyrwany z kontekstu".

W kolejnym nagraniu poseł Jaros i radny z Polkowic Tomasz Borkowski mieli namawiać delegata do głosowania na Protasiewicza, a w zamian sugerować, że działacz mógłby trafić do rady nadzorczej jednej z państwowych spółek. Według "Newsweeka" delegatem, którego namawiano do poparcia Protasiewicza, jest Paweł Frost, szef koła PO w Legnicy i tamtejszy radny, z zawodu tłumacz przysięgły, zwolennik Schetyny. Jaros zapewnia: "Nie próbowałem nikogo kupować, nic nikomu nie obiecywałem. Nie mam sobie w tej sprawie nic do zarzucenia".

Zarząd krajowy partii zawiesił wszystkich działaczy występujących w nagraniach i skierował sprawę do sądu koleżeńskiego

Dowiedz się więcej na temat: Donald Tusk | taśmy | Dolny Śląsk

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje