Uniewinniony b. dowódca z Nangar Khel zeznawał jako świadek

Uniewinniony od zarzutu zbrodni wojennej w Nangar Khel w 2007 r. major Olgierd C. podtrzymał w czwartek przed Wojskowym Sądem Okręgowym w Warszawie swe zapewnienia, że nie wydał rozkazu ostrzelania afgańskich wiosek.

Mjr Olgierd C., dziś 37-letni oficer wojsk specjalnych, był w czwartek przesłuchiwany jako świadek w procesie czterech jego byłych podwładnych z Afganistanu: ppor. Łukasza Bywalca, chor. Andrzeja Osieckiego, plut. rez. Tomasza Borysiewicza i szer. rez. Damiana Ligockiego (zgadzają się na podawanie ich danych), oskarżonych o zbrodnię wojenną zabójstwa cywilów i ostrzelania niebronionego cywilnego obiektu.

"Wraca cały koszmar, straciłem 5 lat życia"

Reklama

Sprawa Nangar Khel wróciła do WSO po wyroku Izby Wojskowej Sądu Najwyższego, który część orzeczenia (uniewinnienie Olgierda C. i dwóch starszych szeregowych) utrzymał w mocy, a uchylił do ponownego rozpoznania sprawy Bywalca, Osieckiego, Borysiewicza i Ligockiego.

Teraz C. zeznaje jako świadek. Z przesłuchaniem jego oraz dwóch pozostałych byłych oskarżonych SN, uchylając wyrok do ponownego rozpoznania, wiązał nadzieję na uzyskanie nowych informacji. Jak podkreślono, świadek ma obowiązek zeznawać prawdę pod groźbą kary za fałszywe zeznania, a oskarżony na swą obronę może kłamać. Również prokurator wojskowy przyznał, że być może dzięki przesłuchaniu uniewinnionych jako świadków uda się uzyskać nową wiedzę o przebiegu zdarzenia pod Nangar Khel.

- Wraca cały koszmar, straciłem 5 lat życia. Zatrzymanie, areszt, dwie instancje procesu karnego - to było dla mnie dramatycznym przeżyciem w sytuacji, gdy określono mnie mianem zbrodniarza wojennego - mówił w czwartek Olgierd C. Jak podkreślił, od początku dowodził swej niewinności, nie unikał mówienia o tym, co się stało w Afganistanie. - Długo nikt mi nie wierzył - dodał.

Zarazem C. podkreślił, że od prawomocnego uniewinnienia nie chce pamiętać tego wszystkiego, co stało się wówczas w Afganistanie, bo "trzeba zapomnieć, żeby móc normalnie żyć".

- Trudność moja polega na tym, że dzisiaj z tego zdarzenia pamiętam już pojedyncze sytuacje. Nie potrafię czasami znaleźć między nimi skojarzeń i zależności - co było przyczyną, a co skutkiem. Problemem jest również ustalenie chronologii pewnych zdarzeń - mówił C., na co zareagował obrońca Borysiewicza mec. Witold Leśniewski. Wniósł on, aby w tej sytuacji powołać na przesłuchanie majora C. biegłego psychologa, aby ocenił, w jakim stopniu świadek odtwarza zdarzenia z przeszłości.

- Zapominanie jest naturalną cechą każdego człowieka, świadek ma zeznawać, co pamięta, bez potrzeby powoływania biegłego - replikował prokurator płk Jakub Mytych. Sąd wniosku nie uwzględnił, uznając, że dotychczasowe wypowiedzi oraz zachowanie świadka nie daje podstaw do stwierdzenia, że przy jego przesłuchaniu musi być psycholog.

"Nigdy nie mówiłem o żadnym ostrzeliwaniu wioski"

Ostatecznie Olgierd C. rozpoczął zeznania. Jak powiedział, gdy stawiał zadanie plutonowi ppor. Bywalca, Osieckiego i Borysiewicza, nakazał im sprawdzenie terenu, w który mieli uciekać talibowie. - Wiadomo, gdyby doszło do kontaktu ogniowego z przeciwnikiem, ten przeciwnik miał być zniszczony - dodał.

Wcześniej, w śledztwie, C. mówił jako podejrzany, że stawiając swym podwładnym zadanie, mógł wyrazić się slangowo, że pluton Bywalca ma "opylać góry" moździerzem, ale na pewno nie "opylać wioskę". - Nigdy nie mówiłem o żadnym ostrzeliwaniu wioski. To by się kłóciło z całym sensem misji w Afganistanie - podkreślał.

C. mówił też prokuratorowi, że gdy później rozmawiał z Bywalcem o tym, co się zdarzyło w Nangar Khel, porucznik miał mu odpowiedzieć, że cele na mapie, którą widział przed wyruszeniem z bazy, były oznaczone czerwonym kółkiem. C. zauważył wtedy, że przy kółkach był dopisek NFA - Non Fire Area (czyli strefa nie do ostrzału - PAP).

Według czwartkowych zeznań majora C., gdy do centrum operacyjnego bazy "Charlie" w Afganistanie (gdzie przebywał jako dowódca tego zgrupowania) nadeszła informacja, że w terenie strzela moździerz - zapanowała tam konsternacja, bo procedura otwarcia ognia nie była przeprowadzona - Bywalec nie dzwonił do niego z prośbą o zgodę na otwarcie ognia.

- Poinformowano nas, że strzelają w stronę zabudowań, ale sytuacja jest bezpieczna, bo nie ma ludzi. Nakazałem przerwać ogień, w myśl reguły, że jak się nie wie, co się dzieje, to się działanie zatrzymuje. Kazałem jechać do wioski i sprawdzić, co się stało, jakie są skutki prowadzonego ognia. Zameldowałem o wszystkim swojemu przełożonemu, a on nakazał mi wyjechać w rejon zdarzenia - mówił świadek, przypominając, że w rzeczywistości w zabudowaniach przysiółku koło Nangar Khel byli ludzie, którzy ponieśli śmierć, byli także ranni.

C. podkreślił, że doprowadził do przeniesienia Borysiewicza i Osieckiego do innej bazy, a cały pluton Bywalca do końca misji nie uczestniczył w działaniach operacyjnych. - Uważałem, że to, co się wtedy stało, w jakiś sposób stało się przez nich, było spowodowane ich działaniem - powiedział. - Co pan chciał przez to osiągnąć? - spytał go sędzia płk Rafał Korkus. - Nie mieć ich przy sobie - brzmiała odpowiedź. Ciąg dalszy zeznań majora C. - 25 kwietnia. 

Zginęło sześć osób

16 sierpnia 2007 r. w wyniku ostrzału z broni maszynowej i moździerza wioski Nangar Khel - na miejscu zginęło sześć osób: dwie kobiety i mężczyzna - pan młody przygotowujący się do uroczystości weselnej oraz troje dzieci; dwie kolejne osoby zmarły w szpitalu. We wrześniu 2007 r. dowództwo zawarło porozumienie ze starszyzną wioski. Poszkodowanej rodzinie wypłacono odszkodowania, a ranne kobiety trafiły na leczenie do Polski. Żołnierze po powrocie do kraju byli przez pewien czas aresztowani.

Dowiedz się więcej na temat: sprawa Nangar Khel | ostrzał | wioska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje