Winę za trudne do zrealizowania obietnice prezydenta ponosi konstytucja. Zostanie zmieniona?

W czasie kampanii prezydenckiej Andrzej Duda złożył obietnice, których prezydent nie ma szans samodzielnie zrealizować, bo nie dysponuje odpowiednimi kompetencjami. Ale kandydat, który nic nie obieca, nie zdobędzie mandatu. Przyczyna takiej sytuacji tkwi w konstytucji. Eksperci od lat apelują o korektę regulacji dotyczących pozycji głowy państwa. Domaga się też tego Andrzej Duda. Jeśli jednak dojdzie do debaty nad zmianami w ustawie zasadniczej, górę wezmą partyjne interesy.

Obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn, 500 zł na drugie dziecko w każdej rodzinie, a w tych najuboższych nawet na pierwsze, oraz zwiększenie kwoty wolnej od podatku - to trzy najważniejsze obietnice Andrzeja Dudy złożone w trakcie kampanii wyborczej. Obietnice, które rozbudziły nadzieje sporej grupy Polaków. Obietnice, których prezydent, choćby chciał, samodzielnie nie może zrealizować. Dlaczego więc tak głośno wybrzmiały?

Silny mandat nie współgra z kompetencjami

Reklama

Od dawna konstytucjonaliści zwracają uwagę na wadliwą konstrukcję  polskiego ustroju: prezydent wybierany przez naród w wyborach powszechnych dysponuje bardzo silnym mandatem, z którym nie współgra liczba funkcji i kompetencji, w które został wyposażony.

Na "pęknięcie" w obrębie władzy wykonawczej zwracał uwagę kilka dni temu w rozmowie z Interią prof. Antoni Dudek, politolog z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. 

Kto zrealizuje obietnice?

W obecnym kształcie ustroju trudności w relacjach na linii prezydent-rząd, gdy te ośrodki wywodzą się z przeciwnych środowisk politycznych, są nieuniknione.

Kilka dni po zaprzysiężeniu Andrzej Duda zaapelował do rządu o zajęcie się jego flagowym pomysłem z czasów kampanii, czyli wprowadzeniem pomocy finansowej dla rodzin. W wywiadzie dla "Faktu" prezydent wyznaczył radzie ministrów czas na zajęcie się projektem do końca roku. Wiadomo już, że rząd nie podejmie się zadania nałożonego na niego przez prezydenta. Premier Ewa Kopacz, zapytana przez dziennikarzy, czy jej ministrowie przygotują ustawę, powiedziała, że w budżecie na rok 2016 nie ma środków finansowych na ten cel.

Przy istniejącym porządku konstytucyjnym do realizacji obietnic prezydenta niezbędni są życzliwi sprzymierzeńcy w Sejmie i ścisła współpraca z rządem.

Na to drugie, przynajmniej do jesiennych wyborów parlamentarnych, nie ma co liczyć. Przepychanki w sprawie pomocy rodzinom, które mają miejsce od dnia zaprzysiężenia, to pierwsza poważna rysa na relacjach Andrzeja Dudy i Ewy Kopacz, która nie rokuje dobrze, jeśli chodzi  o ewentualną współpracę polityków. A będzie ich więcej. Wydaje się, że konflikt jest nieunikniony.

Być może nie doszłoby do niego, gdyby kandydaci na prezydenta dobierali obietnice realnie do możliwości realizacji. W takim razie, po co obiecują coś, na co nie mają wpływu?

Kandydat, który nie obiecuje, nie zdobędzie mandatu

Zdaniem prof. Marka Bankowicza z Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalisty ds. ustrojów politycznych, przyczyna leży właśnie w wadliwie unormowanej pozycji prezydenta. Skoro wybieramy go w wyborach powszechnych, to kandydaci muszą przedłożyć jakiś program. Niemożliwe do zrealizowania obietnice wymusza na kandydatach konstytucja.

- Kandydat na prezydenta nie może pójść do wyborców i powiedzieć: "Drodzy państwo, proszę sobie przeczytać konstytucję, ja niewiele mogę zrobić, więc co ja wam tu będę zawracał głowę. Tylko obiecam, że maksymalnie rzetelnie będę robił to, co konstytucja mi nakazuje, ale to nie jest dużo. Natomiast obiecać nic nie mogę: żadnej polityki społecznej, ekonomicznej czy tym bardziej takiej czystej polityki. Nie mogę obiecać, że coś tutaj zainicjuję, przeprowadzę czy zmienię, bo to jest domena rządu".

- Wiadomo, co by wyborcy zrobili z takim kandydatem. Powiedzieliby, że to człowiek, który chce objąć urząd i nic nie robić, więc oni takiego kandydata nie wybiorą. Zagłosują na jego konkurenta, który mówi, co on to nie zrobi. Tylko że to są tylko słowa, a możliwości realizacyjne programu są bardzo ograniczone, żeby nie powiedzieć  żadne - tłumaczy w rozmowie z Interią prof. Bankowicz.

Taki punkt widzenia przynajmniej częściowo tłumaczy zachowanie Andrzeja Dudy w trakcie kampanii wyborczej. Polacy, niezadowoleni z biernej prezydentury Bronisława Komorowskiego, oczekiwali kandydata, który coś dla nich zrobi. Obietnice Andrzeja Dudy trafiły na podatny grunt, a teraz musi on znaleźć wyjście z niefortunnego położenia. Z tej perspektywy zrozumiałe wydają się próby przerzucania odpowiedzialności na rząd. Jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji i jak uniknąć podobnych problemów na przyszłość?

Prezydent chce więcej

Zdaniem specjalistów, pomóc może korekta ustroju. Co na to partie i sam prezydent?

Andrzej Duda zgadza się z ekspertami. Ma już nawet zarysowaną nową wizję prezydentury. W pierwszym po zaprzysiężeniu wywiadzie, udzielonym tygodnikowi "W Sieci", prezydent mówi o wzmocnieniu swojej pozycji. Chodzi o większy wpływ na kwestie związane z obronnością: silniejsze zwierzchnictwo nad armią, a może nawet współdecydowanie przy wyborze szefa Ministerstwa Obrony Narodowej. Prezydent chciałby mieć także większe pole do popisu jeśli chodzi o politykę zagraniczną oraz szersze kompetencje w obszarze władzy sądowniczej. 


Zmiana pozycji ustrojowej prezydenta nie jest już tak oczywista dla partii działających w tej chwili na polskiej scenie politycznej. Ile ugrupowań, tyle stanowisk w sprawie - od bezwarunkowej akceptacji, po kategoryczny sprzeciw.

Nietrudno się domyślić, że z postulatami prezydenta zgadzają się czlonkowie Prawa i Sprawiedliwości.  Poglądy prezydenta zdecydowanie podziela poseł PiS Stanisław Pięta. - Prezydent powinien ponosić większą odpowiedzialność przede wszystkim za politykę międzynarodową oraz sprawy związane z obronnością. W ostatnich latach zaniedbano nasze Siły Zbrojne, widzimy systematyczną degradację pozycji Polski na arenie międzynarodowej. Troska prezydenta o wzmocnienie polityki prowadzonej przez rząd z pewnością poprawi naszą sytuację w Europie i na świecie - mówi w rozmowie z Interią poseł Pięta. 

Z dużą ostrożnością do ewentualnej zmiany uprawnień prezydenta podchodzi za to Platforma Obywatelska. - Wydaje mi się, że konstytucja z 1997 r., która wprowadziła obecny podział władzy, jest dobrym rozwiązaniem, a przede wszystkim sprawdzonym. Konstytucja to nie zwykła ustawa, którą można nowelizować co rok. To jest dokument, który potrzebuje też czasu, żeby się ułożyć - mówi w rozmowie z Interią poseł PO Robert Maciaszek.

Dyskusja nie zaszkodzi

Zdaniem Maciaszka, gdyby miało dojść do zmiany, to musiałaby ona pójść albo w kierunku systemu amerykańskiego, czyli rezygnacji  z premiera na rzecz silnego prezydenta, który wtedy rządzi krajem, albo w kierunku systemu niemieckiego, gdzie głowa państwa jest wybierana przez zgromadzenie narodowe, a jej kompetencje są niewielkie.

- Jeżeli to miałoby iść w stronę wzmocnienia kompetencji prezydenta, to można to zrobić tylko osłabiając kompetencje rządu, gdyż nie może być tak, że będziemy mieć dwa ośrodki władzy wykonawczej o takich samych kompetencjach. Taka sytuacja mogłaby doprowadzić do paraliżu instytucji państwa. Dzisiaj rząd z premierem na czele kreuje politykę i ponosi za to odpowiedzialność przed parlamentem. Prezydent jest oficjalnie głową państwa, reprezentuje nasz kraj na arenie międzynarodowej i jest najwyższym  zwierzchnikiem sił zbrojnych. To on także desygnuje premiera. Mamy dzisiaj w Polsce pewien kompromis i wydaje mi się, że do tej pory działał - uważa poseł PO.

Robert Maciaszek nie zamyka się jednak na udział w dyskusji nad ewentualnymi zmianami. - Dyskusja jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła, a dzięki niej można dojść do ciekawych i mądrych wniosków. Warto ją prowadzić, bo to oznacza, że cały czas szukamy jak najlepszych rozwiązań - przekonuje.  

Ale poseł nie ma już pewności,  że wymiana argumentów doprowadzi do zmiany. - Możemy także dojść do wniosku, że nasz system jest wzorcowy i nie ma co w nim zmieniać - zauważa Robert Maciaszek.

Z kolei Stanisław Pięta chciałby, żeby do dyskusji nad  konstytucją doszło niezwłocznie, ale w jego opinii tak się nie stanie. - Obawiam się, że pani premier jest dzisiaj zbyt zajęta prowadzeniem objazdowej kampanii wyborczej, i zaglądaniem ludziom do talerzy w pociągu, i nie ma czasu na zajmowanie się sprawami ważnymi dla Polski - mówi poseł PiS. 

"Będziemy bronić konstytucji jak niepodległości"

Konieczności wprowadzania jakichkolwiek zmian do konstytucji z 1997 r. nie widzi SLD. Co więcej, partia ta uważa, że prezydentowi wcale nie chodzi o wyprostowanie ustroju, a o skumulowanie władzy w rękach Prawa i Sprawiedliwości.

- SLD nigdy nie zgodzi się na jakiekolwiek zmiany. Konstytucja przeżyła wiele bardzo trudnych momentów przez ostatnie lata i się sprawdziła . Nie może być tak, że pan prezydent chciałby zmieniać konstytucję tylko i wyłącznie dlatego, że chce mieć większe kompetencje i wpływ na obsadę chociażby stanowiska ministra obrony narodowej. Na to nie ma naszej zgody - oponuje Dariusz Joński, rzecznik prasowy SLD.

- Będziemy bronić obecnej konstytucji jak niepodległości - deklaruje w rozmowie z Interią polityk lewicy.

Zdaniem posła SLD, konfliktogenne sytuacje nie są następstwem niespójnych regulacji, tylko nietrzymania się przez panią premier i prezydenta swoich zadań. - Wchodzenie sobie w kompetencje  jest teraz domeną i pani premier, i pana prezydenta. Ewa Kopacz wchodzi w nie swoje buty, proponując Radę Gabinetową, a pan prezydent proponuje zmianę konstytucji, żeby zwiększyć swoje uprawnienia . Gdyby oboje zajęli się swoimi określonymi w konstytucji zadaniami, być może byłoby mniej konfliktów - uważa Dariusz Joński.

Zwyciężą partyjne interesy

Tak zróżnicowane nastawienie do ewentualnej zmiany pozycji prezydenta nie dziwi prof. Marka Bankowicza. - Nie mamy u nas myślenia kategoriami państwa, tylko kategoriami interesu partyjnego. Różne pomysły ustrojowe nie będą analizowane w pewnym oderwaniu od bieżącej sytuacji politycznej i przy refleksji, co naprawdę jest nam potrzebne, tylko staną się funkcją bezpośredniej rywalizacji politycznej - uważa politolog. 

Profesor przewiduje, że pomysły zgłaszane przez prezydenta Dudę będą odbierane jako postulaty stojącego za nim obozu politycznego. - Dlatego przedstawiciele innych opcji, niezależnie od tego, jakie mają pomysły ustrojowe, a nawet jeśli podobne do tego, co proponuje prezydent, to będą  przeciwko nim, bo ich interes polityczny tego wymaga - tłumaczy Bankowicz.

Profesor nie spodziewa się żadnego ponadpartyjnego konsensusu w sprawie korekty konstytucji|: - Jeśli jedna strona naszego spectrum politycznego wystąpi z jakimś pomysłem, to druga go odrzuci bez analizy zawartości merytorycznej, tylko na zasadzie najzwyklejszej politycznej kontry - mówi.

- Rywalizacja będzie bardzo ostra. Refleksja merytoryczna nad naturą ustroju i nad naturą prezydentury zejdzie na dalszy plan. Przesądzać będą bieżące interesy i aktualna siła polityczna - przewiduje w rozmowie z Interią prof. Marek Bankowicz.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje