Wnioski końcowe w sprawie Tomasza Lipca

W czwartek Sąd Apelacyjny w Warszawie ma ogłosić wyrok w sprawie odwołań od wyroków m.in. na b. ministra sportu w rządzie PiS Tomasza Lipca, skazanego na 3,5 roku więzienia za korupcję. We wtorek strony procesu przedstawiły swe wnioski końcowe.

Obrona chce uchylenia zeszłorocznego wyroku Sądu Okręgowego w Warszawie, skazującego Lipca (zgadza się na ujawnianie swych danych - red.), oraz członka gabinetu politycznego ministra - Arkadiusza Ż. i uniewinnienia podsądnych lub ponownego procesu przed sądem I instancji. W sprawie oskarżona jest żona ministra, której zarzucono szukanie alibi dla męża - jej adwokat walczy o to, by sąd warunkowo umorzył postępowanie wobec kobiety, zamiast orzeczonej w I instancji kary więzienia w zawieszeniu. Apelację złożyła też Prokuratura Okręgowa w Warszawie, domagając się uchylenia zapadłych w SO wyroków uniewinniających Lipca i Ż. z części korupcyjnych zarzutów.

Reklama

- Nie bronię człowieka z kryształu, co jednak nie znaczy, że ten człowiek nie jest obywatelem demokratycznego państwa prawnego, wobec którego nie stosuje się właściwych standardów. Sąd I instancji aprobując smutne dokonania prokuratury ze śledztwa, przeniósł tę sprawę do Nibylandii. To dobre, gdy czyta się bajkę "Piotruś Pan", ale nie w procesie karnym, w którym zapada kara więzienia - mówił obrońca Lipca, mec. Krzysztof Stępiński.

I on, i broniący skazanego na 3 lata więzienia Arkadiusza Ż. mec. Grzegorz Fertak w wystąpieniach na koniec procesu najwięcej miejsca poświęcili krytyce prokuratury, która - ich zdaniem - dzieląc całą sprawę rzekomej korupcji w sporcie na wiele mniejszych postępowań, utrudniła obrońcom bronienie ich klientów nie udostępniając im dowodów mogących świadczyć o niewinności podsądnych.

Grozi mu 10 lat więzienia

Prokuratura oskarżyła Lipca o przyjęcie co najmniej 270 tys. zł łapówek - za co grozi do 10 lat więzienia. Zarzucono mu, że jako minister sportu uzależniał powołanie Tadeusza M. na wiceszefa Centralnego Ośrodka Sportu od korzyści majątkowej i przyjął od niego co najmniej 70 tys. zł oraz 30 tys. zł. Ponadto, jako minister, miał polecić Tadeuszowi M. fikcyjne zatrudnienie pewnego człowieka jako osobistego kierowcy, któremu płacił więcej niż zarabia się na tym stanowisku.

Ponadto, według prokuratury, jeszcze jako szef warszawskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, Lipiec w latach 2004-2005 miał zażądać 170 tys. zł łapówki za realizację umowy na remont lodowiska na Stegnach. Kolejny zarzut dotyczył fikcyjnego zatrudnienia opiekunki do dziecka, za co wypłacono 34 tys. zł. Ponadto w latach 2006-2007 jako minister miał polecić, by zatrudnić w COS pewną osobę w dziale obsługi stadionu X-lecia, choć obiekt ten miał być zlikwidowany. Sam Lipiec przyznał, że pracującej u niego pomocy domowej płacił z publicznych pieniędzy na podstawie fikcyjnej umowy.

W kwietniu 2012 r. Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Lipca na 3,5 roku więzienia, 10-letni zakaz sprawowania funkcji w administracji publicznej i obowiązek naprawienia szkody. Uznano go za winnego czterech z pięciu zarzuconych mu przestępstw korupcyjnych. Obrona chciała uniewinnienia od większości zarzutów. Skazany został także Arkadiusz Ż. i żona Lipca.

Sąd Apelacyjny w Warszawie, zanim zamknął proces, postanowił jeszcze przesłuchać trzech świadków. Ostatecznie przesłuchał jednego, firma którego wystawiła kwestionowaną potem fakturę na 170 tys. zł. Sąd odstąpił od przesłuchania trenera piłkarskiego Dariusza K., który pracuje obecnie w Rosji, oraz jednego z kluczowych świadków w całej sprawie - Tadeusza M., który napisał do sądu, że w innej sprawie jest oskarżony i składa właśnie wyjaśnienia, więc nie może stawić się w sądzie apelacyjnym.

Właśnie zależności między Lipcem, Arkadiuszem Ż. oraz Tadeuszem M. i Krzysztofem S. - dyrektorami Centralnych Ośrodków Sportu, to osnowa całej sprawy. Prokuratura na podstawie słów M. badała, czy istniał "fundusz PiS", na którym miano rzekomo gromadzić pieniądze z przetargów i kontraktów na inwestycje sportowe. Nie potwierdzono istnienia takiego funduszu, a M. zeznawał także o tym, iż łapówki miał przyjmować Lipiec.

- W tej sprawie chodzi o to, czy świadek Tadeusz M. jest wiarygodny, i to we wszystkim co mówi. Pomówienie stało się podstawowym elementem ustaleń faktycznych, choć w sprawie brak na jego potwierdzenie innych dowodów. Mój klient miał patrzyć Tadeuszowi M. na ręce, a mimo to M. robił, co chciał. I dlatego teraz M. pomawia mego klienta o wszystko, bo dyszy do niego nienawiścią - przekonywał Fertak.

"Brałem na ministra"

- Czemu w naszej sprawie nie osądzono innych oskarżonych? Czemu nie odpowiadają tu panowie M., S. i kilku innych? Na poszatkowaniu sprawy zyskał Tadeusz M. W gruncie rzeczy jemu nic się nie stało, a pomawia inne osoby, umniejszając swoją rolę. Mówi: "brałem na ministra, mój szef domagał się łapówki", co pozwalało mu brać pieniądze dla siebie i dla tego niby ministra do podziału. Ale "brałem na ministra" to znaczy, że szef mógł nic o tym nie wiedzieć - podkreślał Stępiński.

Według niego o Tadeuszu M. można powiedzieć różne rzeczy - "że krętacz, pijak, ale nie idiota. To człowiek chytry na pieniądze. Czemu jeszcze miał się dzielić pieniędzmi z Lipcem, który był na wylocie z ministerstwa, o czym wiedziano?" - pytał adwokat.

Prok. Danuta Droessler była za oddaleniem apelacji obrońców i uwzględnieniem odwołania prokuratury. - Uzasadnienie wyroku nie jest może szczytem sztuki pisarskiej od strony składni, gramatyki, czy nawet używania wyrazów. Ale nadaje się do oceny, której dokonać powinien sąd apelacyjny - uznała.

Odrzucała zarzut adwokatów o niepotrzebnym podziale sprawy na mniejsze postępowania. - Prawo na to zezwala - podkreśliła. W jej ocenie obrońcy wyrywają z kontekstu różne zeznania i na tym budują swoje oceny.

42-letni obecnie Lipiec, były lekkoatleta, reprezentant Polski i olimpijczyk w chodzie sportowym, został powołany do rządu przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza w październiku 2005 r. 9 lipca 2007 r. złożył dymisję, przyjętą przez premiera Jarosława Kaczyńskiego. Od 2003 r. do powołania na ministra Lipiec był dyrektorem stołecznego OSiR.

Media podawały, że prok. Elżbieta Janicka, która w 2007 r. była szefową Prokuratury Okręgowej w Warszawie, miała wstrzymywać zatrzymanie Lipca (czego chciało CBA) - tak, aby nie doszło do tego przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2007 r. Jej byli podwładni informowali w notatce służbowej, a potem też przed sejmową komisją śledczą ds. nacisków na śledztwa za rządów PiS, że Janicka miała im powiedzieć: "Jak zatrzymacie Lipca, to was puknę". Sama Janicka zaprzeczała takiemu kontekstowi swej wypowiedzi.

Dowiedz się więcej na temat: tomasz lipiec

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje