Zdrojewski: Idiotyczne referendum. Obronimy się, albo powalczymy o niską frekwencję

​Referendum jest idiotyczne, a jego autorzy popełnili błąd stawiając trzy pytania zamiast jednego. Opozycja bywa zjednoczona, ale nie dziś. Brakuje dyscypliny. Obronimy się przed referendum, a jeśli referendum dziś przejdzie, będziemy walczyć o niską w nim frekwencję - zapowiada Bogdan Zdrojewski w Kontrwywiadzie RMF FM.

Konrad Piasecki: To dzień, w którym pęknie większość?

Reklama

Bogdan Zdrojewski: Nie, nie pęknie.

Obronicie się przed referendum?

  - Obronimy.

Nie będzie czegoś, co przesądzi o losach koalicji, rządu i parlamentu? I o tym, że trzeba będzie pójść w rozsypkę?

  - Nie sądzę. Wydaje mi się, że autorzy referendum popełnili poważny błąd stawiając trzy pytania, a nie jedno.

Pięć nawet.

- Nawet pięć, ale myślę o tych trzech głównych. Takich, które właściwie dyskwalifikują możliwość przeprowadzenia w sposób sensowny tego referendum.

Ale opozycja jest wyjątkowo zjednoczona w tej sprawie, a w dodatku cały plankton sejmowy też, wobec czego jest problem.

  - Opozycja bywa zjednoczona, jednak nie sądzę, żeby rzeczywiście była dzisiaj. W najbliższej perspektywie brakuje też pewnej dyscypliny no i w samej opozycji są osoby, i to wcale nie jest rzadkość, które wiedzą, że referendum jest idiotyczne.

I na nie liczycie.

  - Na nich też liczymy.

A jeśli nie, jeśli się nie uda, to trzeba będzie pomyśleć o rozwiązaniu Sejmu?

  - Też myślę, że to nie jest to głosowanie, które taką kwestię by przesądzało.

Wie pan, że problem z referendum jest taki, że tutaj nie ma żadnych ubezpieczycieli - nie ma Senatu, nie ma prezydenta. Jak Sejm zdecyduje o referendum - nie ma przebacz, trzeba iść do urn.

  - To prawda, wtedy będzie druga walka o niską frekwencję. Wydaje się, że kampania, która pokazywałaby,  do czego referendum prowadzi, nie byłaby zbyt trudna, by uświadomić większości obywatelom, że odpowiedź pozytywna na przynajmniej część pytań prowadziłaby donikąd.

To, co dzieje się dziś wokół referendum nie jest jednym z argumentów, że minister edukacja powinna zostać odwołana?

  - Decyzję podejmuje premier.

Dobre decyzje, wyłącznie.

  - Dobre decyzje.

Bo rekonstrukcja rządu...

  - ...Zbliża się.

Pan nie tylko pod skórą czuje, że zbliża się wielkimi krokami.

  - Jeżeli chodzi o moją osobę, to w ogóle tego nie odczuwam, bo mam taką zasadę, żeby nie zwracać uwagi na takie zagrożenia, bo one przeszkadzają w pracy. Muszę powiedzieć, że w moim przypadku perspektywa długa jest zawsze perspektywą dominującą.

Ale ministrowie mają jakąkolwiek wiedzę na temat tej rekonstrukcji?

  - Nie, nie mają.

Nic wam premier nie mówi?

  - Nie mówi.

Nie przyszedł do pana i nie powiedział: "Bogdan, bądź spokojny, ciebie akurat nie odwołam"?

  - Ja miałem rozmowy, z premierem także, w tych kwestiach, tzn. tych rolach takich perspektywicznych, natomiast nie w odniesieniu do tego, czy w rekonstrukcji tej, czy tamtej będę miał propozycję zmiany stanowiska, czy będę odchodzić.

Ale perspektywę zarysował przed panem jako ministrem kultury, czy w zupełnie innym resorcie?

Ja nie wiem, jak wyglądają rozmowy z innymi resortami, z innymi ministrami, z kolegami, koleżankami ministrami. Natomiast wiem, że premier za każdym razem, jak podejmuje taką decyzję, to daje jednak jakieś sygnały swoim ministrom.

Czyli pan się czuje spokojny?

  - Czuję się spokojny.

A patrząc od środka na rząd uważa pan, tak jak wielu innych, że ta rekonstrukcja powinna być szeroka, głęboka i najlepiej strukturalna?

  - Prawdę mówiąc nie wiem, bo wydaje mi się, że jeżeli nawet sami państwo - dziennikarze - mówią o 10 ostatnio ministrach, którzy mogą być spokojni, tzn. że o większości mówimy, iż nie jest zagrożona. I te nazwiska padają, czyli raczej dotyczy to mniejszości, niż większości z punktu widzenia takiej perspektywy zewnętrznej. Natomiast to co jest istotne i ważne, to to aby była wysoka motywacja, taki wysoki poziom odpowiedzialności i de facto ostatnie projekty, ostatnie pomysły na ostatnie dwa lata, bo ten czas dwuletni jest - według mojej oceny - już dość krótki.

Ale głosuje pan za głęboką rekonstrukcją, czy za płyciutka i malutką?

  - W ogóle nie głosuję, bo nie mam takiego prawa.

Ale premier może zapytać pana o zdanie...

  - To wtedy mu powiem...

Wstyd panu za przypadki dolnośląskiej Platformy - panu, politykowi z Dolnego Śląska?

  - Tak, zdecydowanie tak!

Skąd wzięły się te pęczki działaczy Platformy w KGHM i jej "spółeczkach-córeczkach"?

  - Myślę, że to jest długa historia zaczynająca się od 1945 roku, a nie od '89...

Przyszliście wy - Platforma - na Ziemie Odzyskane i od razu się wzięliście za KGHM?

  - Nie, zdecydowanie nie! Proszę zwrócić uwagę, że uzyskiwanie pracy w Polsce odbywa się poprzez różnego rodzaju poręczenia: sąsiad - sąsiadowi, ojciec - synowi, znajomy - znajomemu z pracy itd.

W KGHM to rozkwitło do poziomów kwiatów wielkich, pięknych i strasznych...

  - Podzielam pana opinię.

Kto za to wszystko odpowiada?

  - Wiele osób, ale ja największy żal mam do osoby, którą cenię w chwili obecnej - do prezesa, bo prezes powinien być blokerem w takich sytuacjach, to on powinien stawiać tamę, a jak się pojawiają takie propozycje, to powinien zgłaszać to swojemu szefowi, czyli radzie nadzorczej i bezpośrednio ministrowi skarbu.

Dolnośląski szef Platformy był blokerem czy "napędzaczem"?

  - Tego nie wiem.

Jak to pan nie wie? Przecież widzi pan to z bliska.

 - Tego nie wiem i mówię to z pełnym przekonaniem. Jestem trochę oddalony od działalności czysto partyjnej. Nie pełnię w partii żadnych funkcji. Zajmuję się tym, czym się zajmuję. W związku z tym moja obserwacja i moje oceny mogą być w tej materii fałszywe.

Ale uważa pan, że to jest tylko kamyczek do ogródka Grzegorza Schetyny czy kamień do jego szyi?

 - To jest sporo kamyczków.

Do ogródka Grzegorza Schetyny?

 - Do kilku ogródków, nie tylko do Grzegorza Schetyny.

A jeśli chodzi o ogródek Grzegorza Schetyny, to on jest tak wypełniony kamieniami, że to jest koniec jego jako kluczowego gracza w Platformie?

 - Nie, nie sądzę.

Nie?

 - Nie.

Nie myśli pan, że zostanie odcięty od wszystkich funkcji?

 - Myślę, że Grzegorz Schetyna, bez względu na to, jakie w chwili obecnej pojawiają się oceny polityczne, ma swoje zasługi w Platformie, jest w Platformie ceniony przez pewną grupę. Wydaje mi się, że nie może być traktowany jako osoba, która przychodzi i odchodzi z Platformy, przechodzi przez Platformę. Natomiast faktem jest, że sporo ze swojej atrakcyjności stracił.

I serio pan wierzy, że Tusk go zaproponuje na wiceprzewodniczącego partii?

 - Nie, nie sądzę, ale to jest moja opinia.

A zagłosowałby pan za czy przeciw, gdyby go zgłosił?


 - Gdyby Donald Tusk zgłosił Grzegorza Schetynę jako członka zarządu czy wiceprzewodniczącego - pewnie bym zagłosował.

Ale nie ma pan wrażenia, żeby zgłosił.

 - Teraz mnie pan pyta o intencje. Nie wiem, jakie w chwili obecnej są intencje szefa. Natomiast trzeba pamiętać, że układając zarząd partii, układa się go według pewnych parytetów. Musi być ktoś z Dolnego Śląska, musi być ktoś z Pomorza, musi być ktoś z Sejmu, z osób młodszych, starszych.

Kobieta, mężczyzna.

 - Troszkę tak jest. W związku z tym to jest pewna układanka.

Czyli Schetyna w tym zarządzie się nie znajdzie.

 - Nie wiem.

Ale ocenia pan, że znajdzie się czy nie?

 - Pytał pan najpierw, czy premier zaproponuje go na stanowisko wiceprzewodniczącego partii. Według mojej oceni nie zaproponuje. Natomiast czy się znajdzie w zarządzie partii - tego nie wiem.

Jakie są szanse na to, że wśród tego półtora tysiąca obrazów zrabowanych przez hitlerowców i odnalezionych nagle w Niemczech, znajdzie się coś polskiego?

  - Prawdopodobieństwo, że będzie to obraz z kolekcji muzealnej obecnych muzeów w granicach państwa polskiego jest bliskie zeru.

Jeśli coś będzie, to będzie co?

  - To będzie własność rodzin zamieszkujących obecne granice państwa polskiego. W chwili obecnej mamy sygnały, iż mogą być to obrazy pochodzące od rodzin żydowskich pochodzących z Wrocławia, Szczecina lub Bytomia. Są to na razie sygnały niepotwierdzone, podkreślam i co jest dla nas ważne- bardzo małe prawdopodobieństwo tego, iż wśród tej kolekcji blisko tysiąca pięciuset obrazów, znajdują się obrazy pochodzące z rabunku, zawłaszczenia, kradzieży po 1939 roku.

Szczecin, Wrocław - czy to są obrazy, do których mielibyśmy jakiekolwiek prawo? My, jako państwo?

  - Wszystko zależy od tego, jaki status był tych obrazów, ale prawdopodobieństwo tego, że będą to obrazy, do których roszczenia państwa polskiego mogą być zasadne też jest nikłe.

Czy ma pan wątpliwości, że nagi mężczyzna przytulający się do figury Chrystusa rani uczucia religijne?

  - Może tak być.

Kardynał Nycz pisze o tym, co się dzieje w Centrum Sztuki Współczesnej: "to drastyczne przekroczenie granic wyrazu artystycznego i elementarnych norm etycznych". Co pan z tym zrobi?

  - Nic nie zrobię. Odmówiłem finansowania tej wystawy, dodatkowego finansowania. Wystawa pomimo tego jest realizowana. Natomiast ja zdaję sobie sprawę z tego, że będą osoby, które będą zwracać uwagę, że tego typu przedsięwzięcia artystyczne nie mają prawa ranić i będą osoby, które będą mówiły, że to ich rani. Nie oceniam dzieł sztuki, bo jako szef resortu nie mam do tego prawa.

Ale zwróci się pan do dyrekcji Centrum Sztuki Współczesnej, żeby ten eksponat wyizolowała?

  - Jak pojawiły się pierwsze informacje dotyczące stosunku niektórych osób do tego przedsięwzięcia artystycznego - nie wiem czy to jest dzieło, to też nie jest moje zadanie - to natychmiast poprosiłem kuratorów o opinię w tej sprawie. Okazało się, że po pierwsze, jak wiemy, ta instalacja pochodzi sprzed 20 lat, ma charakter historyczny, wtedy i dziś wywołuje kontrowersje. Wydaje mi się, że artyście chodziło o te kontrowersje. Ja nie jestem zwolennikiem ani sojusznikiem takich kontrowersyjnych przedsięwzięć artystycznych.

Ale pan coś zrobi w sprawie tego eksponatu czy nie?

  - Zrobiłem tyle, że odmówiłem dofinansowania całego przedsięwzięcia.

I na tym koniec?

  - Na tym koniec.




Dowiedz się więcej na temat: Bogdan Zdrojewski | 6-latki | głosowanie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje