Zmarł Ludwik Arendt, sprawozdawca parlamentarny PAP

Ludwik Arendt, wieloletni sprawozdawca parlamentarny i szef Zespołu Politycznego PAP, członek Rady Etyki Mediów, zmarł w sobotę w Warszawie w wieku 70 lat. Całe zawodowe życie związał z Polską Agencją Prasową.

Szczupłą, wysoką postać eleganckiego mężczyzny przemierzającego sejmowe korytarze z rękami za plecami znała większość reporterów parlamentarnych. Człowiek wielkiej wiedzy i kultury, o dyskretnym poczuciu humoru. Niezrównany znawca sejmowych obyczajów i protokołu dyplomatycznego. Koledzy z PAP wspominają, że emanował spokojem w nerwowym agencyjnym dziennikarstwie.

Reklama

Dżentelmen - to określenie najczęściej pojawiało się, gdy była mowa o Ludwiku. Nie chodziło tylko o nienaganną, trochę nonszalancką, elegancję, ale i o maniery. Albo nie maniery, ale traktowanie innych - życzliwe, przyjazne, chociaż czasem krytyczne.

Absolwent filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, na jednym roku z prof. Jerzym Bralczykiem, z Maciejem Zembatym. Po ukończeniu studiów trafił do PAP i w Agencji pozostał aż do emerytury. Po praktyce w dziale warszawskim został reporterem sejmowym - jego pierwszym przydziałem była obsługa Koła Poselskiego "Znak", którego członkami byli m.in. Tadeusz Mazowiecki i Stanisław Stomma.

Obsługiwał Letnie Igrzyska Olimpijskie w Montrealu, gdzie miał okazję na własne oczy oglądać finałowy mecz polskich siatkarzy, którzy zdobyli złoty medal pokonując ekipę ZSRR. Korespondent PAP przy ONZ w Nowym Jorku. Wrócił w 1989 r.

Wracał z ojczyzny wolności i trafił na okres niebywały: wybory 1989 r., powołanie pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego, a zaraz potem zupełnie wolne wybory prezydenckie. Dostał zadanie zorganizowania zespołu parlamentarnego, który z czasem przerodził się w parlamentarno-prezydencki, wreszcie - w polityczny. Trzon stanowili młodzi dziennikarze z działu warszawskiego, kultury, ekonomii. Chociaż byli też i doświadczeni - z dawnego politycznego.

Co było wspólne dla całej ekipy? Wszystko było pierwsze - prawdziwy parlament, spory polityczne, prezydent, jego życie osobiste - jak to wszystko opisywać? Nikt nie miał recepty, trzeba było próbować, a Ludwik życzliwie tym próbom patronował i pozwalał na błędy.

Wkrótce zespół kierowany przez Ludwika Arendta stał się redakcją numer 1 w PAP, obsługującą wszystkie najważniejsze wydarzenia. W razie potrzeby ad hoc wspierali go dziennikarze z innych redakcji.

Mieliśmy sukcesy: o wielu rzeczach wiedzieliśmy jako pierwsi - powołanie premiera Waldemara Pawlaka po odwołaniu gabinetu Jana Olszewskiego, nominowanie przez Wałęsę Mieczysława Wachowskiego na ministra stanu, a de facto - na wiceprezydenta, wreszcie - niemalże monopol na rozmowy z prezydentem Wałęsą.

Ludwik nigdy się tym nie chwalił, uważał, że to po prostu nasza praca. Kiedy "Gazeta Wyborcza" przedrukowała w 1993 r. w całości nasz wywiad z Lechem Wałęsą, Ludwika wezwał do siebie ówczesny prezes PAP. Wrócił po kilku minutach. "Prezes powiedział, że to największy sukces agencji w tym roku" - zakomunikował. "I co?" - zapytałem. "I uścisnął mi dłoń" - usłyszałem w odpowiedzi... Tyle - wspomina Zbigniew Krzyżanowski.

Od 2011 r. Ludwik Arendt był członkiem Rady Etyki Mediów.

Łatwo nawiązywał kontakt z młodymi dziennikarzami PAP, których uczył nie pouczając i zawsze traktował z szacunkiem, za co oni odwdzięczali mu się opowieściami z reporterskich podróży. Ludwik Arendt zawsze słuchał ich z wielkim zainteresowaniem, nie pomijając nawet aspektów kulinarnych.

Przyjaciołom opowiadał, jak jego dziadek - kapitan przedwojennej floty wiślanej - miał zaszczyt gościć na pokładzie prezydenta Ignacego Mościckiego. Wszyscy lubili słuchać wspomnień Ludwika z obsługiwanych przez niego wydarzeń politycznych przed i po przełomie 1989 r. - konkludując, że dziś życie polityczne i życie dziennikarzy nie jest już tak barwne jak dawniej.

Był wytrawnym kinomanem i miłośnikiem literatury. W historii szczególnie fascynowała go epoka napoleońska. Kilka lat temu, po ponad 40 latach pracy w PAP, przeszedł na emeryturę, poświęcając więcej czasu rodzinie, ulubionym kotom oraz domkowi na mazowieckiej wsi nad Bugiem. Nigdy jednak nie przestał interesować się wydarzeniami z życia publicznego i zawsze żywo o nie wypytywał młodszych kolegów. Zmarł w swoim domu po ciężkiej chorobie.

Dowiedz się więcej na temat: Ludwik Arendt

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje