19-letni praktykant w szpitalu. "Taka głupota to rzadkość"

Policja ze Starogardu Gdańskiego wyjaśnia, w jaki sposób ciężko ranny został 19-letni uczeń szkoły zawodowej, który odbywał praktyki w warsztacie samochodowym. W zeszłym tygodniu trafił on do szpitala, gdzie przeszedł operację.

O poważnych obrażeniach wewnętrznych policję zawiadomili lekarze ze starogardzkiego szpitala. Teraz funkcjonariusze próbują ustalić, czy w jednym z warsztatów na terenie powiatu starogardzkiego doszło do wypadku przy pracy, czy też może był to efekt celowego działania jednego z pracowników.  - Ze wstępnych ustaleń wynika, że 24-letni pracownik zakładu, posługując się sprężarką, skierował strumień sprężonego powietrza w stronę innego pracownika, który jest zarazem uczniem i kontynuuje naukę w swoim zawodzie. W wyniku tego 19-latek doznał obrażeń ciała i został przewieziony do szpitala - mówi Marek Wojak ze starogardzkiej policji. Przesłuchanie 19-latka nie było możliwe. Nie pozwalał na to jego stan zdrowia.  

O sprawie zawiadomili rodzice innych uczniów Zespołu Szkół Zawodowych w Starogardzie Gdańskim. Ich zdaniem, w warsztacie samochodowym dochodzi do fali - starsi pracownicy już w przeszłości mieli znęcać się nad młodszymi. Stanowczo zaprzecza temu jednak właściciel zakładu. Jak mówi, wszelkie kontrowersyjne sytuacje wyjaśnia na bieżąco z pracownikami. O przypadku 19-latka nie chce rozmawiać do czasu zakończenia dochodzenia przez policję. Zaznacza jednak, że nie było ani wypadku, ani celowego działania. Tłumaczy, że obrażenia wewnętrzne to efekt "nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, gdy pracownicy po zakończeniu pracy czyścili się sprężarką z pyłu i kurzu".

Reklama

Dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych o sprawie dowiedział się od reportera radia RMF FM. Później informował go o niej wychowawca przebywającego w szpitalu ucznia, który sprawę zna od piątku. - Nie znam do końca szczegółów, ale taka głupota to rzadkość. Ktoś nie pomyślał, zanim to zrobił. Nauka zawodu wiąże się z wypadkami, zdarza się. Od tego są przepisy BHP, żeby ich przestrzegać. To, o czym słyszałem, nie ma nic wspólnego z przepisami BHP, ani z wypadkiem. Ktoś nie pomyślał, co może się stać. Czy nie przewidział, że coś takiego może się stać w ogóle. Będziemy to wyjaśniać, będę się starał spotkać z właścicielem zakładu, żeby dowiedzieć się, co się stało - mówi Andrzej Bona, dyrektor Zespołu Szkół Zawodowych. Zaznacza, że w jego szkole uczy się około dziesięciu młodocianych pracowników warsztatu samochodowego i że jest to jeden z najlepszych zakładów w okolicy. O przemocy i fali w tym konkretnym warsztacie nie słyszał. - Głupie żarty się zdarzają w każdym zakładzie. Ale to są rzeczy bardziej do śmiechu, a nie żeby kogoś zranić - mówi Bona. 




Dowiedz się więcej na temat: policja

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje