Gdański paradoks opłaty miejscowej

Podczas Euro 2012 Gdańsk zarobił na turystach mniej niż w czerwcu 2011 roku. Dochód z opłaty miejscowej był niższy o ponad 10 tysięcy złotych - mimo, że przed sezonem podwyższono opłatę, a miasto odwiedziła rekordowa liczba gości.

Urzędnicy są mocno zaskoczeni tak niskim dochodem z tego tytułu. Jednocześnie rozkładają ręce, bo niewiele mogą zrobić, aby poprawić słaby wynik.

Reklama

Jak mówią, część właścicieli hoteli czy pensjonatów po prostu unika rozliczenia się z opłaty, a brakuje prawnych rozwiązań, by ich do tego zmusić.

- Ta opłata jest teoretycznie obowiązkowa, ale jak to bywa w Polsce z niektórymi prawami pisanymi, jest to prawo po części martwe. Brak jest instrumentów prawnych, aby opłatę miejscową wyegzekwować. Są tacy, którzy uczciwe płacą. Stąd ciągle są wpływy do budżetu miasta. Jednak wiele osób wciąż tego nie egzekwuje, wiele osób obchodzi prawo. Na przykład zgłaszając osoby, które przyjechały tu w celach służbowych. A jeśli są tutaj w celach służbowych, to już płacić nie muszą - mówi Dariusz Wołodźko z Urzędu Miejskiego w Gdańsku.

Powinni pobierać opłatę

Inkasentami opłaty są właściciele obiektów oferujących noclegi. Powinni pobierać ją od każdego nocującego gościa. Według urzędników, nie przywiązują jednak wagi do tego obowiązku. - Jeśli nie została pobrana opłata, to od właścicieli hoteli nie możemy jej już żądać. Postępowanie podatkowe musimy prowadzić w stosunku do turysty, który był w Gdańsku, a nie uiścił tej opłaty, bo hotelarz nie wymagał tego od niego. Technicznie to jest bardzo trudne do wykonania - mówi Jolanta Ostaszewska, dyrektor Wydziału Finansowego Urzędu Miejskiego w Gdańsku.

Hotelarze muszą udostępnić dane

Obecnie w gdańskich pensjonatach i hotelach przeprowadzana jest kontrola. Ma uświadomić, jakie są skutki niepobierania opłaty przez wyznaczone do tego osoby. Na życzenie urzędników hotelarze muszą też udostępnić dane swoich gości. Trudno jednak przypuszczać, że urzędnicy zaczną teraz ścigać tych, z których hotelarze opłaty nie ściągnęli. Do tej pory takiej procedury nie prowadzono, bo jest ona po prostu nie opłacalna. - W tym roku opłata miejscowa to 2 zł za dzień. Samo wezwanie podatnika, ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru to już 8,80 zł. Trudno się tutaj doszukiwać opłacalności w rachunku ekonomicznym - mówi Ostaszewska. W takiej sytuacji trudno też jednak uniknąć wrażenia, że wszyscy, którzy uczciwie uiścili opłatę miejscową, wyszli na "naiwnych".

Podczas zeszłorocznego sezonu Gdańsk odwiedziły nieco ponad dwa miliony turystów. W tym roku niemalże trzy. Urzędnicy zakładali, że wpływy do budżetu miasta z tytułu opłaty miejscowej sięgną miliona złotych. Wiadomo, że kwota będzie niższa o mniej więcej 20-30%.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje