Gdańszczanie na bruk, bo Niemcy jadą...

Przed Sądem Apelacyjnym w Gdańsku kontynuowany był dziś proces odwoławczy o przekazanie niemieckim spadkobiercom kamienicy w Gdańsku-Oliwie (niedaleko posiadłości Wałęsy), w której mieszka obecnie pięć rodzin.

Gdyby wygrał spadkobierca niemiecki, rodziny gdańszczan stracą swoje mieszkania. Władze Gdańska twierdzą, że kamienica powinna być zwrócona właścicielom. Sprawa została odroczona.

Reklama

Z ostatniej chwili - sprawa odroczona

Sąd dzisiaj nie rozstrzygnął sporu o kamienicę. Sąd odroczył sprawę, aby mieć czas na zapoznanie się z dokumentami poświadczającymi ile pieniędzy miasto wydało na remont i utrzymanie budynku. Chodzi o ustalenie ile rzekomy spadkobierca musiałby zwrócić miastu w przypadku otrzymania tej kamienicy.

Mieszkańcy budynku, obecni na rozprawie, nie kryli zadowolenia. Mają dodatkowy czas, aby dokładnie zbadać archiwa i sprawdzić, czy spadkobiercy właściciela nie zrzekli się prawa własności do budynku.

Polsko-niemiecka walka o kamienicę

Lokatorzy kamienicy przy ulicy Polanki w Gdańsku walczą o swoje mieszkania. Chodzi o budynek, który ma trafić do spadkobierców poprzedniego, niemieckiego właściciela. Mieszka w nim pięć rodzin - m.in. nauczycielka, pielęgniarka, emerytowany stoczniowiec, drobny przedsiębiorca.

Mieszkańcy zaapelowali do prezydenta Gdańska Pawła Adamowicz, aby w razie niekorzystnego dla nich wyroku zapewnił im w trybie nadzwyczajnym mieszkania zastępcze z godziwymi warunkami życia. Władze Gdańska twierdzą, że kamienica powinna być zwrócona właścicielom.

- Nie kwestionujemy, że gmina kamienicę oddać musi - tłumaczy w "Gazecie" mec. Roman Nowosielski, występujący ze strony władz miasta. - W tej sprawie chodzi o rozliczenia. Jeśli spadkobiercy chcą zwrotu nieruchomości, to muszą oddać miastu nakłady poniesione w czasie, kiedy zarządzało domem. Chodzi nam przynajmniej o te pieniądze, które wydano na remonty. O konieczności ich przeprowadzenia spadkobiercy byli informowani przez miasto. Nie kwestionowali tego. W grę wchodzić może nawet pół miliona złotych.

Żal mieszkańców do prezydenta Adamowicza

Mieszkańcy mają wsparcie ze strony gdańskich radnych Prawa i Sprawiedliwości a także senator Doroty Arciszewskiej (działającej na rzecz pokrzywdzonych przez Niemców). PiS zarzuca prezydentowi Adamowiczowi, że nienależycie troszczy się o lokatorów kamienicy. Wiceprezydent Maciej Lisicki wyjaśnia, że kamienica na Polankach nigdy nie była własnością miasta. Budynek był jedynie zarządzany przez przedsiębiorstwo miejskie.

- W tym budynku mieszkali moi dziadkowie, rodzice. Niektórzy lokatorzy mieszkają tu już ponad 50 lat - mówi Andrzej Felsztyński, jeden z mieszkańców. - Teraz mamy być wyrzuceni ze swojego mieszkania, zostaniemy skazani na bezdomność?

Mieszkańcy czują się oszukani przez władze miasta, które nie zadbały o interesy mieszkańców. Jeden z lokatorów w dobrej wierze zamienił swoje mieszkanie na lokal w tej kamienicy, teraz z rodziną zostanie z kwitkiem - może najwyżej liczyć na skierowanie do lokalu zastępczego...

W czerwcu 2007 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku nakazał wydanie Niemcom nieruchomości. Od wyroku tego odwołało się miasto Gdańsk, które od końca lat 70. przejęło kamienicę w zarząd.

Wiceprezydent Lisicki zapewnił mieszkańców budynku, że w przypadku niekorzystnego wyroku otrzymają mieszkania zastępcze w nadzwyczajnym trybie.

Nie dla wszystkich lokale...

Jednakże decyzja władz lokalnych zakłada, że mieszkania zastępcze dostaną jedynie te rodziny, którym pierwotne lokale przydzieliło miasto. Tymczasem trzy rodziny zamieszkały w tym budynku, gdy żył jeszcze August Lindhoff.

- Jeżeli zamieszkały tam na podstawie umów z tym panem, to nie możemy ich traktować jako naszych lokatorów i trudno, żebyśmy dawali im mieszkanie zastępcze - wyjaśnia wiceprezydent Lisicki.

Zaniedbana kamienica ma teraz wartość

Kamienica przy ulicy Polanki 57/58, decyzją gdańskiego sądu grodzkiego od 1946 r., przywrócona została Augustowi Lindhoffowi, który nieruchomość tę stracił tuż po wojnie. Lindhoff zmarł w Gdańsku w 1963 r. Budynek po nim odziedziczyli spadkobiercy mieszkający w Niemczech.

W 1977 r. okazało się, że administrujący kamienicą szwagier Lindhoffa nie jest w stanie jej utrzymać. Decyzją ówczesnego prezydenta Gdańska nieruchomość została przejęta w zarząd państwowy. Kilka lat temu pięciu krewnych Lindhoffa rozpoczęło starania o odzyskanie mienia.

Niemcy górą!

Podczas pierwszej rozprawy w kwietniu tego przedstawiciel gminy Gdańsk argumentował, że nieruchomość nie powinna być wydana niemieckim spadkobiercom, dopóki nie zrekompensują oni nakładów finansowych poniesionych przez władze publiczne od 1977 r.

Gdański sąd apelacyjny zajął się dziś tą sprawą. Władze miasta spodziewały się, że sąd podtrzyma wyrok sądu pierwszej instancji, który nakazał zwrot kamienicy spadkobiercom poprzedniego właściciela. Chcą jednakże od spadkobiercy rekompensaty za remonty i utrzymanie w dobrym stanie kamienicy.

Autor: DEM

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje