Kontrola na "Langenort"

Zakończyła się kontrola celna na statku-klinice aborcyjnej "Langenort". Leki, które się tam znajdowały, zostały zaplombowane w szafie - poinformowała mecenas reprezentująca organizacje feministyczne Anna Żachowska.

Celnicy, po przeprowadzeniu około 4-godzinnej kontroli z udziałem farmakologa, nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami. - Praktycznie wszystkie leki zostały umieszczone w szafie znajdującej się na statku i zaplombowane, a panie zostały pouczone przez celników, że nie można z nich korzystać na terenie Polski - powiedziała Żachowska. Nie chciała jednak potwierdzić, czy wśród farmaceutyków były tabletki wczesnoporonne RU486.

Reklama

Znajdujący się na statku kontener-gabinet ginekologiczny, zaplombowany wczoraj przez celników, został otwarty. Dostępu do statku pilnują wynajęci przez feministki ochroniarze. "Langenort" cumuje przy nabrzeżu, do którego nie ma swobodnego dostępu. Na terenie portu "dyżurują" sprzeciwiający się wpłynięciu jednostki przedstawiciele Młodzieży Wszechpolskiej, którzy obserwują, co dzieje się na statku.

Kontrola inspektorów Port State Control (PSC) nie wykazała żadnych uchybień, holenderski statek-klinika aborcyjna jest przygotowany do żeglugi - poinformowała dzisiaj uczestnicząca w kontroli Anna Wypych-Namiotko. Jednostka nadal stoi we Władysławowie.

- Załoga posiada odpowiednie kwalifikacje, a jednostka dysponuje odpowiednim wyposażeniem, zarówno nawigacyjnym, jak i środkami ratunkowymi - powiedziała dziennikarzom.

Kontrola wykazała też, że "nie ma na statku żadnych uchybień w zakresie ochrony środowiska". Została przeprowadzona, aby sprawdzić, czy statek spełnia wszystkie wymagania obowiązujące w polskim prawie. - Kontrolerzy z PSC sprawdzą kwalifikacje załogi, wszystkie wymagane dokumenty, a także to, czy jednostka spełnia wszystkie wymagania stawiane jachtom motorowodnym - mówił wcześniej kapitan portu we Władysławowie Kazimierz Undro.

Wczoraj późnym wieczorem prokurator odstąpił od przeszukania statku, po tym jak kapitan jednostki zgodził się na zaplombowanie przez celników kontenera - gabinetu ginekologicznego, gdzie znajdowały się środki farmakologiczne. - Nie byliśmy w stanie na miejscu stwierdzić, co to za leki. Do tego potrzebna jest wizyta farmakologa - wyjaśnił prokurator rejonowy w Pucku Witold Niesiołowski.

Mecenas Andrzej Car, który reprezentuje feministki, uznał, że zaplombowanie kontenera i ściągnięcie farmakologa, to "działania zasadne".

Zgodnie z polskim prawem niedozwolone jest posiadanie środków wczesnoporonnych celem wprowadzenia ich do obrotu.

Zarówno polskie, jak i holenderskie feministki utrzymują, że statek "Langenort" przypłynął, by edukować Polki w zakresie planowania rodziny i aby promować antykoncepcję. Feministki utrzymują, że statek miał prawo wpłynąć do portu gdyż zgłaszał kłopoty z silnikiem.

PAP dowiedziała się, że kobiecie-kapitanowi statku i przebywającej na nim polskiej wolontariuszce oddano zabrane wcześniej paszporty.

Niesiołowski: "Kobiety na Falach" na razie nie popełniły przestępstwa

Na razie fundacja "Kobiety na Falach", organizator rejsu statku-klinki aborcyjnej "Langenort", nie popełniła przestępstwa - mówi RMF prokurator rejonowy w Pucku, Witold Niesiołowski.

- Polskie prawo zabrania wprowadzenia na polski obszar handlowy środków farmakologicznych, które nie są dopuszczone przez polskie prawo. Przestępstwem jest taka sytuacja, gdy ktoś wprowadza takie środki do obrotu lub posiada takie środki, ale celem wprowadzenia ich do obrotu. Sam fakt posiadania nie jest przestępstwem - mówi RMF Witold Niesiołowski.

Giertych zwrócił się do speckomisji

Wiceszef klubu Ligi Polskich Rodzin Roman Giertych zwrócił się do szefa sejmowej Komisji ds. Służb Specjalnych, by w trybie pilnym zajęła się zbadaniem informacji o tym, że prokurator odstąpił od czynności wobec kapitana holenderskiego statku-kliniki aborcyjnej po interwencji feministek "u wysoko postawionych prokuratorów".

Giertych uważa, że komisja powinna też zbadać kwestię zaangażowania się Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w sprawy związane z pobytem w Polsce tego statku.

Powodem wystąpienia Giertycha była depesza PAP nadana wczoraj wieczorem. Według informacji PAP, prokurator odstąpił wczoraj od czynności po interwencji feministek "u wysoko postawionych prokuratorów". Feministki utrzymują, że statek miał prawo wpłynąć do portu, gdyż zgłaszał kłopoty z silnikiem.

Według Giertycha, "całą tą kwestią zajmuje się również Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, gdyż była obecna podczas nieudanej próby wpłynięcia statku do portu Gdynia".

- W tej sytuacji zwróciłem się do przewodniczącego Komisji ds. Służb Specjalnych pana posła Antoniego Macierewicza o zwołanie w trybie pilnym posiedzenia komisji, tak aby przebadała kwestię informacji, którą podała Polska Agencja Prasowa, oraz zaangażowania w tę sprawę polskich służb specjalnych - powiedział Giertych na konferencji prasowej.

Według niego, komisja powinna zbadać, "kto jest tą wysoko postawioną osobą, która może interweniować w orzeczenia, działania niezawisłej władzy prokuratorskiej". Giertych podejrzewa, że informacja podana przez PAP pochodzi od prokuratora. Jak powiedział, "nie wyobraża sobie innego źródła". - Gdyby się okazało prawdą, że ktoś z władz polskich podejmuje działania zmierzające do tego, aby prokuratura nie działała tak, jak powinna zgodnie z polskim prawem, to jest to czyn przestępczy - podkreślił polityk LPR.

Poinformował też, że skieruje interpelację do ministra sprawiedliwości z "prośbą o wyjaśnienie, skąd się wzięła ta informacja i jakie jest jej źródło". Powiedział też, że szef Komisji ds. Służb Specjalnych Antoni Macierewicz zapewnił go, iż komisja się tą sprawą zajmie, choć jeszcze nie wiadomo kiedy.

Giertych przypomniał, że w związku z wpłynięciem statku-kliniki do portu we Władysławowie bez zezwolenia poseł Ligi Robert Strąk złożył wczoraj zawiadomienie o popełnieniu przez kapitana statku przestępstwa "polegającego na bezpośredniej groźbie sprowadzenia katastrofy morskiej".

Według Giertycha, Urząd Morski we Władysławowie orzekł maksymalną karę za wpłynięcie statku bez zezwolenia.

Polityk LPR powiedział, że nieoficjalnie dowiedział się, iż w protokole, który podpisała kapitan statku, nie wpisała ona żadnych zastrzeżeń, a tym samym - jak dodał - przyznała się do winy nieprzestrzegania zasad wejścia do portu. - Zgodnie z polskim prawem, jeśli ktoś przyjmuje mandat czy karę, nie wpisując żadnych zastrzeżeń, uznaje zasadność zarzutów - podkreślił Giertych. Jego zdaniem, takie przyznanie się do winy ma skutek finansowy dla armatora i skutek karny dla kapitana statku.

Dlatego - jak tłumaczył - zareagował na informację PAP. Giertych powiedział, że zaniepokoiło go też, iż "są wysoko postawieni prokuratorzy, którzy przedstawiają własne poglądy nad obowiązujące prawo".

Całą sytuację z wpłynięciem statku do polskiego portu uznał za "prowokację grup feministycznych". Według niego, "nieprzypadkowo" statek wpłynął do portu, gdy rozpoczynała się tam doroczna Msza św. rybaków. - Jest to bezczelna próba prowokacji, która ma za zadanie - w moim przekonaniu - doprowadzić do złamania kręgosłupa władzom polskim, żeby pokazać, iż można wywozić kobiety i robić aborcję poza granicami kraju i nikt tego nie będzie ścigał - uważa Giertych.

Abp Życiński: akcja holenderskiej fundacji niedopuszczalna

Abp Józef Życiński uznał za niedopuszczalną akcję holenderskiej fundacji "Kobiety na falach", której statek wpłynął do Władysławowa. Działanie fundacji nazwał "niepoważnym", "pretensjonalnym", "paternalistycznym" i "sztubackim".

- Bardzo pretensjonalna wydaje mi się interpretacja, że organizatorki wyprawy przybyły, by podjąć trud edukacji seksualnej Polek - powiedział dzisiaj w Lublinie arcybiskup Życiński.

Zdaniem metropolity, holenderska fundacja prowadzi eksperymenty zasługujące na potępienie moralne. - Wyobraźmy sobie, że następny statek holenderski kierujący się zasadami, które są przyjęte w Holandii, będzie wypływał na wody eksterytorialne, aby sympatycy miękkich narkotyków mogli korzystać z ich dobrodziejstw. Byłoby to wysoce niedopuszczalne - podkreślił.

Abp Życiński uważa, że działania tego typu są wyrazem paternalistycznego traktowania. - Wyobraźmy sobie, że grono polskich działaczy pojedzie do Holandii, by uczyć kultury politycznej, żeby Holendrzy przed wyborami nie strzelali do siebie - powiedział, nawiązując do zabójstwa prawicowego działacza holenderskiego Pima Fortuyna. - Uznalibyśmy, że jest to paternalistyczne, niepoważne, sztubackie. Za taką należy uznać przygotowaną obecnie wizytę - dodał.

Metropolita lubelski, odnosząc się do wydarzeń we Władysławowie po przypłynięciu holenderskiego statku, zaznaczył, że darzy wielkim szacunkiem obrońców życia, którzy "potrafią robić to z godnością i kulturą".

- Nie pochwalam reakcji, w których rolę dominującą odgrywają epitety czy jajka - powiedział.

RMF/PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy