Lekarz nie zauważył złamanego kręgu

Lekarz w kartuskim szpitalu nie zauważył uszkodzenia kręgów szyjnych, które groziło paraliżem czteroletniej dziewczynki. Dopiero po interwencji medyków z Gdańska, Zuzi założono gips od brzucha po szyję.

Sprawa zbulwersowała mieszkańców, ale szef kartuskiego szpitala nie ma swojemu pracownikowi nic do zarzucenia.

Reklama

Dziewczynka doznała urazu podczas wypadku samochodowego, do którego doszło w połowie stycznia w Łapalicach. Seat arosa, którym podróżowały zapięte w fotelik Zuzia i jej dwuletnia siostra, a także mama i ciocia, zderzył się oplem vectrą. Cała rodzina była mocno potłuczona, matka z córkami trafiła do szpitala. Zuzia skarżyła się na ból głowy.

- Lekarz ją przebadał, skierował też na zdjęcie rentgenowskie czaszki. Na koniec stwierdził, że nic poważnego się nie stało i odesłał nas do domu - relacjonuje na łamach "Gazety" pani Ewa, mieszkanka Chmielna.

Jednak stan Zuzi się nie poprawiał - dziwnie się zachowywała, wciąż bolały ją głowa i plecy. Rodzice pojechali z nią do ośrodka zdrowia w Somoninie, gdzie lekarz jedynie założył małej pacjentce kołnierz z waty i bandaża. Jak opisuje "Gazeta", dopiero po interwencji babci dziecko otrzymało skierowanie do Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku. Tam przy pomocy rentgena i tomografu postawiono szokującą diagnozę: obustronne złamanie z przemieszczeniem kręgu szyjnego C2. W szpitalu kolejowym natychmiast założono dziecku gips aż do podbródka i stwierdzono, że uraz groził nawet paraliżem.

Zdenerwowaniu i oburzeniu matki trudno się dziwić, ale prezes Powiatowego Centrum Zdrowia w Kartuzach uważa, że szpital nie ma sobie nic do zarzucenia. W wypowiedziach prasowych tłumaczył, że lekarz przyjmujący dziewczynkę jest doświadczonym fachowcem i podobnie w tej sytuacji zachowaliby się również jego przełożeni. Gdy zdjęcie czaszki nic nie wykazało, nie chciał narażać pacjenta na szkodliwe promienie rentgenowskie i przestrzegł rodzinę, by zgłosiła się na dodatkowe badania, jeśli bóle nie ustąpią.

Innego zdania jest cytowany przez dziennik lekarz, który uważa, że skoro w Kartuzach brakuje oddziału chirurgii dziecięcej, to lekarze powinni natychmiast odesłać dziewczynkę do Gdańska. Z kolei lekarz wojewódzki Janusz Karpiński zapowiada, że gdy tylko rodzice Zuzi złożą stosowny wniosek, sprawa zostanie szczegółowo zbadana pod kątem ewentualnego błędu medycznego.

Historia ujawniona przez "Gazetę" przypomina głośne i tragiczne losy półrocznego Dawidka, który zmarł po tym, gdy nie udzielono mu pomocy w kartuskiej przychodni i szpitalu. Tym razem wszystko wskazuje na to, że Zuzia wróci do zdrowia, ale co by było gdyby...

B.C.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje