Policjant rzucił się na bezbronnego

Rosły gość w dresie i kapturze z okrzykiem "policja" rzucił się na zwykłego mężczyznę z siatkami zakupów i kwiatkiem w ręce. Podciął mu nogi, wykręcił ręce, poturbował - potraktował jak przestępcę. Był duszony, straszony...

"Ofiarą" mogłeś być ty, twój znajomy. Brzmi jak opowieść z PRL, a to wydarzyło się w mieście wojewódzkim, 27 grudnia 2007 r., w biały dzień... Przebrany za dresiarza policjant bezkarnie napada na bezbronnego człowieka?

Reklama

Oto relacja napadniętego 30-latka.

Godzina 16.00 w Gdańsku przy ul. Zaroślak wraca do domu, 30-latek. W każdej ręce trzyma po dwie siatki zakupów. W bocznej uliczce stoi zaparkowany cywilny czerwony polonez caro. Mężczyzna mija go nieświadomy następnych wydarzeń.

Po przejściu ok. 10 metrów wyskakuje z samochodu rosły mężczyzna ubrany w dres z kapturem na głowie. Krzyczy: "policja" i biegiem rzuca się w jego stronę. Instynktownie przerażony 30-latek rzuca siatki i zaczyna uciekać przed "zbirem" w kapturze w stronę swojego domu. Dzielą go od domu już tylko metry. Mężczyzna w kapturze podcina nogi uciekającemu. Ma go. Zakupy, telefon, okulary lądują na ziemi. Łapie "ofiarę" za szyje i zaczyna dusić, obrzuca go wyzwiskami. Dopiero gdy napadnięty 30-latek traci przytomność przestaje go dusić.

Bezbronny, napadnięty prosi, aby wezwać karetkę pogotowia po pomoc, gdyż czuje, że traci siły, oddech. Jednakże "napastnik" nie reaguje, nie pozwala też samemu zadzwonić. Cały czas krzyczy na złapanego, trzyma go siłą za szyję... zachowuje się jak w transie.

W pewnym momencie 30-latkowi udaje się wyswobodzić i w samej koszuli (rozdarty sweter został w rękach "zbira") wbiega do sklepu prosząc o pomoc. Jedna z ekspedientek dzwoni pod wskazany telefon do rodziny "ofiary". W tym czasie znowu dopadł go ''napastnik" w kapturze z kolegą. Wykręca mu ręce do tyłu i siłą chce go wyprowadzić ze sklepu. "Ofiara" broni się, zapiera się nogami o drzwi sklepu - jako ostatniej deski ratunku.

Przerażona matka

Po chwili zjawia się zawiadomiona przez ekspedientkę matka 30-latka. Jest przerażona. Nie ma ani karetki ani innego patrolu policyjnego.

''Napastnicy'' twierdzą, że są policjantami. Mówią matce, że chcą zabierać syna na test antynarkotykowy, na pewno coś wykaże. Matka nie zgadza się, aby syn jechał sam - chce jechać razem z nim, jednocześnie prosi, aby dać mu chociażby podarty przez policjantów sweter, bo w samej koszuli trzęsie się z zimna. Człowiek w kapturze odpuszcza, zaczyna sam się bać, być może zrozumiał swój błąd.

Propozycja nie do odrzucenia

Po około kolejnych 5 minutach wychodzi drugi cywilny "policjant" z poloneza i stwierdza, że nie ma takiego nazwiska w spisie osobowym policji podanego przez ofiarę, jednak po kolejnych 10 minutowych konsultacjach z "kimś" przez telefon okazuje, że ta osoba jest w spisie Polaków - nigdy nie karana, nie oskarżona o żadne przestępstwo. Nie wiadomo, dlaczego drugi z policjantów chce, aby matka pracownika pokazała mu dowód osobiście. Dlaczego? Idą do mieszkania "napadniętego", dowód osobisty zostaje okazany. Sprawdzają - jest prawdziwy: Policjanci mówią, że - cytat: możemy syna zabrać na komisariat..., a wtedy, wie pani sama, jak to jest".

Może mieli zły dzień...

Po około 20 minutach po złożeniu skargi do komendanta przyjeżdżają do domu pokrzywdzonego policjanci śledczy. Starają się wytłumaczyć i usprawiedliwić kolegów - "napastników", że może mieli oni zły dzień...

Pokrzywdzony 30-latek pyta, co tych "panów" nie usprawiedliwia, że:

1. Nie wezwali karetki pogotowia potrzebującemu, poturbowanemu człowiekowi

2. Nie pozwolili na wykonanie przez "napadniętego" telefonu po pomoc

3. Zaatakowali bezbronnego człowieka z zakupami

4. Nie potrafili uzyskać informacji odnośnie jego tożsamości przez 15 minut po podaniu danych osobowych

5. Spowodowali straty materialne (w wysokości kilkuset złotych), straty na zdrowiu i straty moralne (poczucie niebezpieczeństwa, przerażenie, strach)

6. Dusili, wykręcali ręce, wyzywali, straszyli, szantażowali...

Nie mówiąc już o rzeczach oczywistych jak brak okazania legitymacji policyjnej i włączenia 'koguta' na cywilnym aucie w czasie interwencji.

I pytanie otwarte (do Państwa i do "państwa prawa"):

1. Zapomnieć o sprawie, o tym, że mam się kilka krwiaków, siniaków, zdartą skórę, problemy z oddychaniem i przerażenie w oczach?

2. Że straciło się świąteczny, gwiazdkowy sweter, część zakupów, a komórka w drzazgach?

3. Jak to możliwe, aby policjant przebierał się za dresiarza i napadł bezkarnie na bezbronnego mężczyznę?!?

4. Gdzie jest prawo i sprawiedliwość, praworządność, poczucie bezpieczeństwa obywatela panie ministrze Ćwiąkalski, panie premierze Tusk?

Miał Pan "pecha"

Czy ulec prośbom o zapomnienie i wybaczenie, bo to są przecież "dobrzy gliniarze", a "Pan miał po prostu, pecha..."

30-latek szczęściem przeżył, a ktoś następny - ze słabszym sercem - gdy będzie miał podobnego "pecha" i trafi na słabszy dzień "gości w kapturach"?

Jest to relacja "ofiary" krótko po "wydarzeniu". Pokrzywdzony pyta się mnie, redaktora Portalu Pomorza/Dziennika Pomorza: I co z tym robić?

Z ostatniej chwili

PS. SMS od "ofiary": Podobno ktoś podobny do mnie w podobnej kurtce miał być ich celem. Ale kurcze, ja z zakupami, pod krawatem, z kwiatkiem w ręku wyglądam jak on, jak ich "cel"?? Brak mi słów.

Obdukcja lekarska potwierdziła urazy klatki piersiowej oraz liczne urazy obu rąk.

Autor: JD

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje