Szekspirowskie niespodzianki

XI Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski obfitował w liczne niespodzianki. Z jednej strony z powodu zmniejszonego budżetu było mniej festiwalowych spektakli, z drugiej sprowadzony "Król Lear" Lwa Dodina pobił kosztem nawet produkcję Petera Brooka.

"Komedia omyłek"(Teatr Wybrzeże, Gdańsk) była dość posępna jak na ten gatunek a "Romeo i Julia"(Teatr Aquila, USA), bardziej bawił, niż wzruszał. Nazwiska reżyserów tegorocznej edycji miały gwarantować ucztę dla koneserów teatru a jednak nie do końca tak się stało...

Reklama

Lew Dodin najwyraźniej "skazany" na swą rosyjskość emanował Czechowem. Niespiesznie i skrupulatnie rozbierał na cząstki relacje rodzinne i więzy międzyludzkie. Biel, czerń i szarość kostiumów - aktorów kipiących emocjami - kontrastowała z minimalizmem scenografii. A jeden jej element - pozabijane ściany deskami - sprawiał wrażenie, jakby mistrz nie wierzył, iż da się kiedykolwiek przewietrzyć i rozwiać gęstniejąca atmosferę rozkładu. Przejrzysty ruch na scenie tworzył plastyczne obrazy, zmieniające się przy akompaniamencie muzyki królewskiego błazna. Znalazły się w tym spektaklu elementy - choćby burza - zbyt naiwne jak na tak wielkiego reżysera. Trwające ponad trzy godziny przedstawienie trochę znużyło... A może to przyzwyczajenie do codziennego pośpiechu uczyniło nas widzem powierzchownym i niecierpliwym?

Robert Sturua - jeden z najwybitniejszych inscenizatorów Szekspira - miał chyba za dużo pomysłów jak na jednego "Hamleta". Królowa Gertruda to piękna femme fatale z początku ubiegłego wieku, której towarzyszy równie młody i urodziwy Klaudiusz. Zaś Hamlet jest zdziecinniałym ponad czterdziestolatkiem. Poza tymi postaciami reszta odtwórców ubrana jest w kolorowe, patchworkowate łachmany. Mamy na scenie reprodukcje bohaterów z elżbietańskiej epoki pocięte na fragmenty, kolorowe szyby z pleksiglasu, drabiny- wózki... i ogromne ptaszyska (z chyba nieprzypadkowo pozaklejanymi dziobami?) Taki sam kogel - mogel dotyczy gry: trochę kabaretu, commedii dell'arte, akcji odbywającej się w zwolnionym tempie, groteskowo przerysowanych póz... Muzyka poddana była podobnym zabiegom. A wszystko razem tworzyło wrażenie nieznośnego przesytu. Ale były też w tej inscenizacji błyskotliwe rozwiązania jak scena słynnego - tu maksymalnie okrojonego - "To be or not to be", czy zdublowana "Pułapka na myszy".

Roberto Ciulli swym "Królem Learem" jak zwykle zadziwił i wzbudził spore emocje. Podzielił publiczność na tę zachwyconą i tę ostentacyjnie opuszczającą widownię. Na scenie, w zamkniętym jarzeniówkami kwadracie przez cały czas pozostawała dziesięcioosobowa obsada. W tym spektaklu byli również dodatkowi i równie ważni aktorzy: mrok, cisza i bezruch. Postacie - wszystkie ślepe - w miarę potrzeb akcji budziły się na chwilę i poruszały, jak nakręcone mechaniczne lalki. Po beznamiętnym wypowiedzeniu kwestii, nie wchodząc w zbędną interakcję z pozostałymi bohaterami zamierały, czekając na kolejną swą wypowiedź. W niemieckim Learze część wypowiedzi została odtwarzana z playbacku. To i puszczany w ruch od czasu do czasu bączek sugerowały powtarzalność zdarzeń i niemoc wyrwania się z zaklętego kręgu. Trzech bohaterów wyraźnie odróżniała się od reszty: Lear, Błazen - Kornelia (w jednej osobie) i Gloucester. Aktorzy pod koniec wypadają ze swych ról. Tymczasem Błazen przynosi papkę, którą Gloucester karmi króla. A on karmiony nadal próbuje skończyć swój ważki monolog. Nastaje ciemność, cisza i tylko płomień jednej świeczki oświetla twarz Leara. To bardzo posępna wypowiedź Ciulliego o samotności, zagubieniu i wyobcowaniu współczesnego człowieka.

- Jak coś się wszystkim podoba, to staje się biesiadne i to jest z reguły nijakie - powiedział Jerzy Limon prezes Theatrum Gedanense, które zorganizowało festiwal. I racja!

BB

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje