"W Asseco Prokom Gdynia muszą być wzmocnienia"

W okienku transferowym Tauron Basket Ligi, między 1 a 15 lutego, w składzie Asseco Prokom Gdynia dojdzie do roszad. - Zmiany muszą być. Potrzebujemy graczy o stabilnej formie - powiedział PAP litewski trener mistrza Polski Tomas Pacesas.

Asseco obecnie zajmuje w tabeli dziewiąte miejsce, ale rozegrało cztery mecze mniej niż reszta zespołów. W Eurolidze gdyńskiej drużynie nie udało się awansować do TOP 16. Ma też tylko teoretyczne szanse na udział w turnieju finałowym ligi VTB.

Reklama

PAP: Jak ocenia pan pierwszą część sezonu w wykonaniu Asseco Prokomu?

Tomas Pacesas: - Po występach w Eurolidze czuję pewien niesmak. W rundzie rewanżowej graliśmy bardzo dobrze, ale w wielu meczach nie potrafiliśmy postawić kropki nad "i". Nienajlepiej funkcjonowali rozgrywający, podobnie jak skrzydłowi; po kontuzji był Ronnie Burrell, a Jan-Hendrik Jagla nie grał tak, jak oczekiwałem.

Dodatkowym obciążeniem występy w lidze VTB, która ma mocną obsadę. Czy to się opłaca pana klubowi?

- Na pewno zwiększyły się wymagania wobec zawodników, ale i nas trenerów czy zarządzających klubem. Polska koszykówka, by robić postępy, musi mieć jak najwięcej kontaktów z silnymi rywalami. Mniejsze czy większe sukcesy na ligowym podwórku nie wystarczą. Niezależnie od wyników w VTB uważam, że rywalizacja z mocnymi klubami, jak Chimki Moskwa czy Żalgiris Kowno, to nie był czas stracony.

Wyniki Asseco są jednak znacznie gorsze niż w minionym sezonie, kiedy drużyna - po raz pierwszy w historii - awansowała do ćwierćfinału Euroligi...

- Przez całe lato władze PLK zapewniały nas, że będziemy zwolnieni z pierwszej fazy ligi i dopiero w ostatniej chwili okazało się, że zmieniono koncepcję. Nie mogliśmy w tej sytuacji wycofać się z Euroligi i VTB, bo wszystko było już potwierdzone. Musieliśmy zmienić budowany skład. Nietrafione transfery nie pomogły w konsolidacji drużyny. Ciągle szukamy stabilizacji. Ratko Varda miał dobre spotkania w Eurolidze, teraz jest bez formy, ale wierzę, że się odbuduje, bo to dobry koszykarz. Nie będziemy podejmować żadnych gwałtownych ruchów na pozycji środkowego. Bardziej martwią mnie gracze na innych pozycjach.

Czyli będą wzmocnienia, zmiany w składzie...?

- Muszą być. Polską ligę możemy wygrać dobrą obroną, np. taką, jak w spotkaniu w Warszawie, gdy w sobotę pozwoliliśmy Polonii zdobyć 40 punktów. Defensywa jest naszą wizytówką, ale w Europie, gdy brakuje talentu w ataku, samą defensywą nie zajdzie się daleko. W decydującej fazie TBL potrzebujemy stabilności, musimy się poczuć pewnie. Nie może być tak, że raz ktoś zagra lepiej, a za chwilę gorzej.

Na jakich pozycjach będę wzmocnienia? Czy można spodziewać się powrotu gwiazdy poprzedniego sezonu Qyntela Woodsa, który nie potrafił się zaaklimatyzować w Samarze?

- Na razie nie chcę mówić o nazwiskach. Jak ktoś przyjdzie, to ktoś inny odejdzie. Potrzebujemy wzmocnień na dwóch pozycjach. Obcokrajowcy są w zespole po to, by robić różnicę, by "ciągnąć" grę. Muszą być lepsi od Polaków, jeśli tak nie jest, to nie ma sensu ich trzymać.

W ostatnich meczach ligowych miał pan wiele pretensji praktycznie do każdego zawodnika. Czy to normalne, by w środku sezonu gracze popełniali tak wiele błędów?

- Nie może być tak, że koszykarz, który gra u nas trzeci sezon, wychodzi na parkiet i nie wie, jaką mamy zagrywkę. Wymagam perfekcji w prostych rzeczach, koncentracji w każdym spotkaniu. Jeśli tak nie jest, to ochrzaniam. Taka moja rola, ale i natura. Spotkania w Eurolidze pokazały, jak ważne są szczegóły, jak jedna mała, nieodpowiedzialna decyzja i to wcale nie w końcówce, ale w środku spotkania, może zmienić losy meczu. Asseco Prokom to marka. Pracowaliśmy na to przez lata i wszyscy muszą wiedzieć, że trzeba o to dbać. Nie można tego schrzanić, przekreślić przez jeden fatalny mecz czy sezon.

Pana recepta na sukcesy?

- Kiedyś zapytałem Arvydasa Sabonisa jak to robi, że zawsze, no może prawie zawsze, wygrywa. Był wtedy w wielkiej formie, miał sukcesy klubowe, wygrał mistrzostwo olimpijskie. Jego odpowiedź była prosta - 99 procent ciężkiej pracy i jeden procent szczęścia. Podpisuję się pod tą maksymą. Obie rzeczy są niezbędne, by osiągnąć najwyższe cele.

Rozmawiała: Olga Miriam Przybyłowicz - PAP

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje