Węgierska hrabina Marica w Tczewie

I znowu Poznań, i znowu Teatr Muzyczny! Wszystkie tczewskie męczydusze z rechotem uzupełniają swoje kajety z "hakami" na dyr. Tadeusza Żmijewskiego o kolejny wpis, zaś ci, którzy i tym razem dali poznańskiej ekipie szansę, absolutnie nie mieli powodów, aby narzekać z powodu wydanych 35 zł.

Po wystawionej w styczniu na scenie Centrum Kultury i Sztuki "Zemście Nietoperza", dyr. Żmijewski zaserwował kolejną operetkę - tym razem tczewianie mieli okazję zobaczyć "Hrabinę Maricę".

Reklama

Skoczną, przebojową muzykę Emmericha Kálmána, a także zgrabnie skrojone i dowcipne libretto Juliusa Brammera oraz Alfreda Grünwalda - w wykonaniu poznańskich artystów - publiczność przyjęła burzą oklasków i obietnicami, że nie zabraknie ich na kolejnych propozycjach znajomych z Teatru Muzycznego w Poznaniu.

Monolit nieporozumień

Libretto opowiada historię młodego, zubożałego hrabiego Tassilo, który incognito zostaje rządcą w majątku bogatej hrabiny Maricy (w ten sposób zamierza zarobić pieniądze na posag dla swojej siostry Lizy).

Kiedy wraca hrabina, aby przy akompaniamencie cygańskiej muzyki (granej na żywo przez orkiestrę) odbyć zaręczyny z narzeczonym? który jednak nie przybywa, sprawy zaczynają się komplikować. Zamiast narzeczonego przybywa baron Żupan, który przekonany jest, że to on będzie narzeczonym Maricy?

Nieporozumienie za nieporozumieniem! Ale czy nie jest tak, że im wyższy monolit powstały z piętrzących się pomyłek, tym ciekawiej?

Hrabina Marica zakochuje się (z wzajemnością) w Tassilo, lecz na hrabiego pada - a jakże! - podejrzenie, iż nie o miłość mu chodzi, a o pieniądze. Hrabina zrywa z rządcą, jednak - "a jakże!" po raz drugi - wszystko kończy się dobrze: chwiejący się pod własnym ciężarem monolit nieporozumień upada, Marica i Tassilo wracają do siebie, Liza wiąże się z baronem Żupanem (rozwiązując przy okazji swoje problemy finansowe), a ciotka Tassilo spłaca jego dług. Czego chcieć więcej?

Nie słyszę, mów głośniej

Okazuje się, że jednak można chcieć więcej. Np. lepszej realizacji technicznej. W kryzysowych momentach - podczas galopady sekcji instrumentalnej, której towarzyszył śpiew aktorów - trudno było chwilami cokolwiek z tej kanonady dźwięków wyłapać.

Ginęły słowa, a przez to i fragmenty scenariusza. Kilku widzom się to nie spodobało, jednak większość samodzielnie dopowiedziała sobie brakujące linijki wyśpiewanych dialogów.

- Ze zrozumieniem fabuły nie miałem problemów do samego końca - przyznał jeden z widzów. - Jednak nie wyłapałem momentu, kiedy hrabina zrozumiała swoją pomyłkę, że zwolniła (a może wypędziła?) rządcę.

"Więcej grzechów nie pamiętam?" - mógłby powiedzieć Tadeusz Żmijewski, który po raz kolejny sprawił doskonały prezent miłośnikom tego typu rozrywki. Co dalej? Może "Phantom" na podstawie "Upiora w operze", na którego wystawianie Teatr Muzyczny uzyskał licencję? Zainteresowanych - sądząc po frekwencji na "Hrabinie?" - na pewno nie zabraknie.

Autor: Krzysztof Dulny

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje