Wykorzystywał seksualnie swoje dzieci. Jest decyzja sądu

Gdański sąd apelacyjny uznał we wtorek, że Robert M., który wykorzystywał seksualnie swoją córkę oraz syna i kręcił filmy pornograficzne z ich udziałem, jest osobą stwarzającą bardzo wysokie zagrożenie. Mężczyzna pozostanie w specjalnym ośrodku w Gostyninie.

Pochodzący z Kołobrzegu, mający dziś 52 lata, Robert M. w lipcu 2016 r. skończył odsiadywać 10-letni wyrok za przestępstwa seksualne popełnione na swoich dzieciach. Wówczas - prewencyjnie, do czasu merytorycznego rozpoznania sprawy - trafił do ośrodka w Gostyninie. Pozostanie tam nadal - teraz już na mocy prawomocnego postanowienia gdańskiego sądu.

Reklama

M. odsiadywał karę w Areszcie Śledczym w Starogardzie Gdańskim. Dyrektor aresztu wystąpił do sądu o uznanie mężczyzny za osobę stwarzającą zagrożenie i skierowanie go do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. W połowie kwietnia ub.r. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał mężczyznę za osobę niebezpieczną i nałożył na niego obowiązek poddania się terapii odwykowej, ale w warunkach wolnościowych.

Od tej decyzji dyrektor aresztu, a także prokuratura odwołali się do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku. W apelacji podniesiono m.in., że wydając swoje postanowienie sąd niższej instancji oparł się na opinii biegłych, która zawierała błędy a poza tym została wydana przez zespół w niewłaściwym, bo trzyosobowym, a nie - koniecznym zdaniem prokuratury w tej sprawie - czteroosobowym składzie. Sąd Apelacyjny w Gdańsku powołał nowy zespół biegłych i - opierając się na tej opinii - we wtorek uznał, iż Robert M. stwarza tak poważne zagrożenie, że powinien zostać umieszczony w ośrodku w Gostyninie.

Zaburzona osobowość i preferencje seksualne

Ogłaszając postanowienie w tej sprawie sędzia Barbara Lewandowska podkreślała, że Sąd Apelacyjny w Gdańsku podzielił opinię prokuratury, która wskazała na niewłaściwy skład zespołu biegłych. Sędzia przypomniała też, że sąd okręgowy, wydając swoje postanowienie, oparł się także na szczególnej przesłance - fakcie, iż Robert M. "bardzo poważnie niedowidzi" oraz założeniu, iż "ewentualne bodźce, które może on odbierać ze świata zewnętrznego nie są tak silne, żeby można przypuszczać, iż będzie stwarzał wysokie zagrożenie dla otoczenia".

Lewandowska wyjaśniła, że Sąd Apelacyjny postanowił skierować Roberta M. na specjalistyczne badanie wzroku. "Ustalono, że stopień niedowidzenia Roberta M. nie jest tego rodzaju, żeby pozwalał uznać go za osobę tak niedowidzącąc, iż miałaby zaburzone postrzeganie świata zewnętrznego" - poinformowała we wtorek sędzia zaznaczając, że przed pozyskaniem opinii okulistycznej Robert M. komunikował się z sądem za pomocą pisma Braille'a, a po jej wydaniu sporządzał pisma alfabetem dla osób widzących.

"Opinia okulistów była przesłanką do skierowania sprawy do biegłych z Zakładu Seksuologii Społecznej i Klinicznej Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu" - poinformowała Lewandowska, dodając, że zespół przygotował "bardzo wyczerpującą i wyjątkowo wnikliwą opinię". Sędzia poinformowała, że u Roberta M. stwierdzono m.in. "pierwotne zaburzenia osobowości o typie dyssocjalnym" oraz "zaburzenia preferencji seksualnych, na które składa się sadomasochizm i pedofilia".

Lewandowska wyjaśniła, że końcowy wniosek opinii mówi o "bardzo wysokim stopniu" prawdopodobieństwa popełnienia przez M. w przyszłości czynu zabronionego z użyciem przemocy przeciwko wolności seksualnej. Sędzia zaznaczyła, że właśnie ta opinia, w połączeniu z tym "za co Robert M. został w przeszłości skazany i za co odbył karę", zdecydowała, iż Sąd Apelacyjny zmienił postanowienie sądu niższej instancji i zdecydował o pozostawieniu mężczyzny w zamkniętym ośrodku w Gostyninie.

Przez 10 lat wykorzystywał swoje dzieci

Wrocławski sąd skazał Roberta M. za to, że przez 10 lat - od trzeciego roku życia córki - wykorzystywał ją seksualnie. Mężczyzna został ponadto uznany za winnego wykorzystywania seksualnego syna, nagrywania filmów pornograficznych z udziałem swoich dzieci i rozpowszechniania ich przez internet.

Na trop mężczyzny natrafiono w efekcie dużej ogólnopolskiej akcji wymierzonej w pedofilów. Policja namierzyła wówczas grupę osób, która m.in. wymieniała się za pośrednictwem internetu zdjęciami i filmami, zawierającymi pornografię dziecięcą. Jeden ze śladów wiódł do Roberta M. 

W śledztwie mężczyzna przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył wyjaśnienia. Nie podał motywów swojego zachowania. Ze źródeł zbliżonych do organów ścigania PAP dowiedziała się wówczas, że zatrzymany podczas przesłuchania tłumaczył, że w swoim postępowaniu nie widział niczego złego.

Anna Kisicka

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje