Cukierki dla mordercy

Chłopak miał dziewięć lat, kiedy Zdzisław Beksiński przywoził mu słodycze i prezenty. Przy każdej wizycie malarz pamiętał o prezentach, bo on już taki był. Dawał, jak ktoś potrzebował, dawał, jak ktoś poprosił. Dawał pieniądze, cukierki, a nawet swoje obrazy. Dziesięć lat później chłopak od cukierków zadźgał go nożem.

Robert K. za zabójstwo Beksińskiego został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. Jego kuzyn, 17-letni Łukasz K., dostał 5 lat za pomaganie mordercy. Co do winy Roberta sąd nie miał żadnej wątpliwości, zwłaszcza że chłopak sam kilka razy przyznał się do morderstwa. Inaczej było z Łukaszem. Wyrok w jego sprawie zapadł niejednomyślnie. Sędziowie nie potrafili jednoznacznie ustalić, czy chłopak świadomie pomagał starszemu kuzynowi, czy tylko zastraszony przez niego pomagał zacierać ślady. Ta kwestia oraz motyw zabójstwa malarza nadal pozostają zagadką.

Reklama

Zabił z premedytacją

Matki obydwu oskarżonych są na każdej rozprawie. Zwykle siadają na końcu sali. Są ciche, niemal niezauważalne. Wszystko zmienia się pod koniec procesu. Kiedy tylko prokurator Renata Zielińska rozpoczyna swoją mowę końcową, przez salę sądową przebiega ich rozdzierający płacz. Nie potrafią się uspokoić, płaczą także w czasie ogłaszania wyroku.

Prokuratura w tej sprawie miała ułatwione zadanie. Obaj sprawcy zaraz po zatrzymaniu sami opowiedzieli, jak doszło do morderstwa. 21 lutego 2005 roku wieczorem Robert K. pożyczył samochód od ojca i pojechał do mieszkania Beksińskiego. Znał go od lat, bo jego rodzice pracowali dla artysty. Twierdził, że chciał pożyczyć od niego pieniądze. Beksiński jednak odmówił, postanowił też, że o propozycji syna zawiadomi jego ojca. W chwili gdy próbował się połączyć z ojcem Roberta, ten zaatakował go nożem. Ciosów było kilkanaście. Dopiero po zabójstwie do mieszkania wszedł także Łukasz K., który stał do tej pory na klatce schodowej. Pomógł kuzynowi wynieść ciało na balkon, potem zmywał krew z podłogi. Chłopcy nie mieli czasu na przeszukanie mieszkania, bo do Beksińskiego wydzwaniał właśnie ojciec Roberta K.

- Na moim telefonie komórkowym wyświetliło się nazwisko pana Beksińskiego, nie mogłem odebrać tego połączenia, bo byłem akurat w łazience. Dlatego sam próbowałem potem dzwonić do pana Zdzisława - zeznawał w sądzie Krzysztof K., ojciec oskarżonego Roberta. - Dzwoniłem parę razy, ale on nie odbierał. Byłem pewien, że coś się stało, bo on zawsze odbierał telefony.

Wreszcie zadzwonił telefon Roberta. To był jego ojciec. Kazał mu wracać jak najszybciej.

- Potrzebuję samochodu. Muszę jechać do pana Zdzisława, bo tam się coś złego stało - powiedział do syna.

Nie miał pojęcia, że jego syn zabił właśnie malarza.

- Oskarżony Robert K. twierdzi, że nie chciał zabić, nie potrafi jednak wyjaśnić, po co zabrał ze sobą nóż - mówi prokurator Renata Zielińska. - Po zabójstwie Robert nie traci głowy, nie rzuca się do ucieczki. Zachowuje się tak, jakby wszystko miał zaplanowane. Ze względu na ponaglające telefony ojca, nie ma dużo czasu. Zabiera tylko dwa aparaty fotograficzne, dwa ręczniki i płyty CD. Życie człowieka, znanego i cenionego artysty, stanowiło dla niego cenę tych kilku przedmiotów.

Prokurator nie ma wątpliwości, że chłopak zabił z premedytacją i żąda dla niego 25 lat pozbawienia wolności.

- Wątpliwości rodzą się jedynie co do kwestii świadomości nieletniego wówczas Łukasza. Czy chłopak wiedział, po co jedzie do malarza? Twierdzi, że nie miał pojęcia. Inaczej mówi jednak Robert. I jego wyjaśnienia są bardziej wiarygodne. Bez pomocy Łukasza Robert nie dopuściłby się tej zbrodni - stwierdza prokurator Zielińska. - To, co zrobił Łukasz, można nazwać pomocnictwem psychicznym.

Uwzględniając nadzwyczajne złagodzenie kary, tym razem prokurator Zielińska zażądała 5 lat pozbawienia wolności.

Będę pomagał ludziom

Oskarżeni siedzą naprzeciw prokurator Zielińskiej. Dzieli ich zaledwie dwa, może trzy metry. Kiedy padają wysokości kar, jakich żąda, Łukasz zaczyna drżeć. Rozkleja się, gdy słyszy, że może trafić do więzienia na pięć lat. Łzy ściekają mu po policzkach. Mecenas Elżbieta Orżewska, jego obrońca, próbuje uspokoić chłopaka. Obejmuje go ramieniem. Z tyłu za nimi siedzi Robert. Chowa głowę w ramionach, ale nie płacze. Podnosi ją dopiero, kiedy słyszy głos swojego adwokata.

- Jest niezrozumiałe, dlaczego młodzi ludzie, o dobrych opiniach, dopuścili się takiej zbrodni, właściwie bez motywu - mówi mecenas Franciszek Burda i natychmiast zaczyna tłumaczyć swojego klienta. - W czasie pobytu na dyskotece Robert pożyczył od nieznanych mu osób pieniądze. Od tego czasu wierzyciele grozili mu i zastraszali go. Chłopak bał się ojca, dlatego chciał rozwiązać ten problem sam. Postanowił pożyczyć pieniądze od Zdzisława Beksińskiego. On nie planował tego zabójstwa, jego celem była pożyczka.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje