Ostatni będą pierwszymi

Wicepremierzy Lepper i Giertych zapowiadali sukces wyborczy swoich partii na poziomie co najmniej 10 proc.. Skończyło się klapą, szczególnie dotkliwą w największych miastach.

Pierwsze po wyborach posiedzenie Sejmu zapowiadało się niezwykle pracowicie. Pięć dni wytężonej pracy, nowelizacje, głosowania. Jednak we wtorek, gdy marszałek Jurek otwiera obrady, wszyscy rozmawiają tylko o wynikach wyborów.

Reklama

- Ale udało się tym z PSL - pracownicy klubu Samoobrony nie mogą ukryć zazdrości.

W kuluarach powtarza się stare dowcipy o zjedzonych przez PiS przystawkach i kanapkach - koalicyjnych sojusznikach, których pozycja słabnie z dnia na dzień.

Jeden z parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości z wypiekami na twarzy przynosi nowy dowcip:

- Jak zakończyła się operacja wyborcza LPR? - pyta tajemniczo poseł. I zaraz odpowiada:

- Przewiezieniem z OIOM na katafalk.

Ale w Lidze dowcip nie zyskał wielkiego uznania.

Na szczęście bohaterem dnia staje się Józef Rojek, poseł PiS, który został wybrany na radnego Tarnowa. Nie wiedział, że oznacza to automatyczne wygaśnięcie poselskiego mandatu.

- Przy Rojku Kononowicz to rasowy polityk - rewanżują się PiS-owi działacze LPR.

Liga liże rany. W glorii chwały chodzi tylko Robert Strąk, który w rodzinnym Słupsku zajął trzecie miejsce.

- Uzyskałem 11,5 proc. i jest to najlepszy rezultat, jaki w wyborach na prezydenta miasta zdobył przedstawiciel naszej partii - uśmiecha się Strąk. - Ale na pewno nie mogę być zadowolony, gdyż przed czterema laty miałem 26 proc. i przegrałem dopiero w drugiej turze. Na naszym terenie PO i PiS wzajemnie się wspierały, ich działacze nie kryli, że po wyborach zamierzają współpracować w koalicji. Byliśmy więc jedyną alternatywą dla liberałów i postkomunistów, ale nie zdołaliśmy przekonać o tym wystarczającej liczby mieszkańców.

Przystawki i kanapki

W Białymstoku niekwestionowaną gwiazdą prezydenckich wyborów był Krzysztof Kononowicz, którego spoty obejrzało 3,2 miliona internautów! Tuż po zamknięciu lokali wyborczych sondaże dawały mu 3,3 proc. poparcia, podczas gdy Andrzej Fedorowicz, kandydat LPR, miał jeden procent mniej. Ostatecznie Fedorowicz zdobył niewiele ponad 1900 głosów, Kononowicz 1676.

- W Białymstoku wybory wygrały lokalne media, które od początku faworyzowały tylko kandydatów Platformy i PiS - denerwuje się Fedorowicz. - Dokładnie to wyliczyłem. Na temat tych dwóch kandydatów ukazały się 54 teksty, a wszystkich pozostałych - 7. To była gra, ale jestem realistą, dlatego porażka mnie nie zaskoczyła. Przez ostatnie cztery lata miasto było fatalnie zarządzane, ma 200 milionów długu. Na pewno byłbym dobrym prezydentem, lepszym od poprzedniego i od tego, który będzie. Ale mieszkańcy widać uznali, że jestem dobrym parlamentarzystą i kazali mi pozostać w Sejmie.

Do pokoju LPR wchodzi Tadeusz Cymański wiceprzewodniczący klubu parlamentarnego PiS.

- Niektórzy myślą, że można nas zjeść, że nadajemy się tylko na przystawkę - śmieje się Fedorowicz. - Ale ostrzegam, jesteśmy niestrawni i możemy zaszkodzić!

- Nie jestem żadnym rekinem czy modliszką, nikogo nie pożeram - odpowiada z uśmiechem Cymański. - Powiem więcej, jestem politykiem sentymentalnym i ubolewam nad słabszym wynikiem LPR i Samoobrony. Mało tego, wiele starszych osób, zwłaszcza pań w moherowych beretach, myśli, że jestem posłem z LPR. Ale w polityce nie ma zmiłuj, liczy się wynik, liczy się skuteczność. Jednak trzeba zachować czujność. Dlatego moim kolegom w PiS, którzy nie smucą się z uzyskania gorszego wyniku naszych koalicjantów, przypominam stare przysłowie: nie ciesz się dziadku z cudzego wypadku...

W wyborach na prezydenta stolicy Wojciech Wierzejski (typowany na nowego przewodniczącego Klubu Parlamentarnego LPR) zyskał 2500, co stanowiło 0,3 proc. wszystkich głosów.

- To i tak więcej, niż dostała pani Nowicka, główna aborcjonistka kraju, czy kandydat Samoobrony - wyjaśnia Wierzejski. - Niektórzy dziennikarze pytają mnie, jak się czuję po przegranej z panem Frydrychem (Komitet Wyborczy "Krasnoludki i gamonie" - przyp. autora)? Czuję się normalnie. Dlaczego mam nie szanować ludzi, którzy na niego głosowali? Przecież Frydrych to inteligentny facet. Liga potrzebowała kogoś, kto poprowadzi kampanie w jej imieniu w Warszawie. Nie mam nazwiska równie sławnego co Marcinkiewicz czy Gronkiewicz-Waltz, więc spodziewałem się wyniku na poziomie 1 proc.. Do tego doszła trwająca dwa tygodnie zmowa mediów. Gdy w poniedziałek TVN 24 zaprosiło mnie do studia na piątek, to już następnego dnia zaproszenie zostało cofnięte. Ale to niejedyny taki skandal. W TVP w Programie Trzecim już byłem na Woronicza, już przypudrowano mi nos przed wejściem do studia, i wówczas dowiedziałem się, że nie będę występował ze wszystkimi kandydatami, tylko z... "majorem" Frydrychem, za co oczywiście serdecznie podziękowałem. Ale ci, co teraz się z nas śmieją, gorzko się zawiodą. Także dzięki mojej kampanii zdobyliśmy w sejmiku wojewódzkim 4 mandaty i prawdopodobnie będziemy współrządzić na Mazowszu, a ci, co wygrali te wybory (PO - przyp. autora), rządzić nie będą.

Ryszard Zwycięzca

W czwartek marszałek zarządza wybór wicemarszałka Sejmu. O stanowisko opuszczone przez Marka Kotlinowskiego (został sędzią Trybunału Konstytucyjnego) ubiega się tylko jeden kandydat: Janusz Dobrosz z LPR.

Marek Jurek zarządza głosowanie. Okazuje się, że Dobrosza poparła prawie cała sala.

Za nim głosowało 359 posłów, przeciw było 7, 6 wstrzymało się od głosu.

Cztery dni wcześniej Janusz Dobrosz startował w wyborach na prezydenta Wrocławia. Zajął wysokie drugie miejsce na liście, lecz liczba oddanych na niego głosów nie była już tak imponująca - zaledwie 7,5 proc.. Wszystkich znokautował dotychczasowy prezydent Rafał Dutkiewicz, który uzyskał 84,5 proc. głosów.

- Osiągnąłem niezły wynik, bo przecież jeszcze na tydzień przed wyborami media pomijały mnie w sondażach, twierdząc, że uzyskam mniej głosów niż judoka Rafał Kubacki, Ursus z "Quo vadis" - wyznaje Dobrosz. - Przyznaję, Wrocław pod prezydenturą Dutkiewicza ma spore osiągnięcia. Dlatego przez pewien czas w Lidze zastanawialiśmy się nawet, czy nie udzielić mu poparcia. Zdecydowałem się wystartować z jednego powodu: zbytnia otwartość Wrocławia na inwestycje, zwłaszcza te niemieckie, może w przyszłości rodzić duże zagrożenia. Dobrze pamiętam, co się stało z ELWRO, gdy kupił je Siemens. Niemcy celowo doprowadzili do upadku firmę, która miała przed sobą - nie waham się tego powiedzieć - gigantyczną przyszłość. Stale rosnące ceny nieruchomości mogą sprawić, że w okolicach rynku właścicielami kamienic będą wyłącznie cudzoziemcy. Nie mogę też pogodzić się z polityką obecnych władz, które zupełnie pomijają odniesienia do piastowskiej historii miasta. A do tego wszystkiego dzisiejszy Wrocław ma lepsze połączenia z Dreznem i Pragą niż z Warszawą, co oczywiście nie jest winą Dutkiewcza. To wszystko chciałem zmienić.

O fotel prezydenta Wrocławia ubiegał się też reprezentujący Samoobronę eurodeputowany Ryszard Czarnecki.

- Uzyskałem 90 proc. głosów, to chyba niezły wynik! - mówi z naciskiem eurodeputowany. - Jak to możliwe? Na 9 dni przed wyborami zrezygnowałem na rzecz Rafała Dutkiewicza, który uzyskał 90 proc. poparcia (w rzeczywistości 84,5 - przyp. autora). I to był największy samorządowy sukces Samoobrony.

Agenci Gronkiewicz-Waltz

Na czwartkową noc zaplanowano wybory do Trybunału Konstytucyjnego. Po północy rozpoczyna się głosowanie. O trzy miejsca ubiega się czterech kandydatów. Już w pierwszym głosowaniu przechodzi rekomendowany przez PiS prof. Zbigniew Cieślak. Kolejne trzy tury nie dają rozstrzygnięcia, gdyż żaden z kandydatów nie uzyskał wymaganej liczby głosów. O 1.30 wszyscy idą spać.

W piątek w Sejmie większość posłów odsypia ostatnią noc.

W Samoobronie już zapomniano o wyborach. Teraz liczy się koalicja.

Tylko eurodeputowany Marek Czarnecki (Samoobrona), który ubiegał się o fotel prezydenta Warszawy, nadal żyje niedawną kampanią.

- Nie znam dokładnie swojego wyniku, ale chyba nie przekroczyłem 1 proc. - wyjaśnia europoseł. - Ubolewam jednak nad tym, że moja partia prowadziła fatalną kampanię medialną. Nie miałem żadnego spotu, gdyż tak zadecydował komitet Samoobrony. Bez telewizji nie ma mowy o wygraniu jakichkolwiek wyborów. Nie mogę też zrozumieć, dlaczego Lepper całkowicie zdystansował się od tej kampanii. Nie wziął udziału w żadnym wyborczym spotkaniu. A do tego byliśmy bojkotowani przez telewizję publiczną. Zaproszono mnie tylko do jednego programu, w którym miała wziąć udział jedynie część kandydatów. Ponieważ było to nieuczciwe, więc podziękowałem za występ. Za ten tragiczny wynik wyborczy musimy się uderzyć we własne piersi. Mam zamiar poruszyć te sprawy podczas zebrania Klubu Parlamentarnego. Teraz pozostaje mi tylko kibicować Kazimierzowi Marcinkiewiczowi.

Poseł Mateusz Piskorski był kandydatem Samoobrony w wyborach na prezydenta Szczecina. Mimo to, na dzień przed ciszą wyborczą wycofał swoją kandydaturę.

- Czemu to zrobiłem? Doszedłem do wniosku, że moje głosy bardziej przydadzą się kandydatce PiS, byłej minister finansów Teresie Lubińskiej - mówi Piskorski. - Niestety, chociaż zdobyła 23% głosów, nie weszła do drugiej tury. Lepiej poszło nam w wyborach do sejmiku województwa, gdzie zdobyliśmy 3 mandaty. Ale nie narzekam. Udało mi się nagłośnić mój program, który był na tyle atrakcyjny, że być może przyszły prezydent kilka jego punktów zdecyduje się zrealizować.

Paweł Frankowski, biznesmen i lokalny szef Samoobrony, startował w wyborach na prezydenta Łodzi. Wiele nie zwojował, zdobył 2600, czyli niewiele ponad 1 proc. głosów. Przegrał nie tylko z urzędującym prezydentem, ale nawet byłym partyjnym kolegą, posłem Misztalem.

- No cóż, Misztal to jedyny kandydat, który obiecywał, że jak wygra, to nie będzie pobierał pensji - wyjaśnia Frankowski. - Nie miałem wielkiej pomocy ze strony władz partii. Jeden raz na Bałuckim Rynku za moją kandydaturą agitował Andrzej Lepper. Tuż przed wyborami poseł Stanisław Łyżwiński zorganizował konferencję, której celem było poparcie mojej kandydatury, a tak naprawdę mówił tylko o sobie. Teraz pozostaje mi mieć nadzieję, że wybory wygra Jerzy Kropiwnicki.

Po godzinie 14 w Warszawie gaśnie światło. W wyniku awarii brakuje prądu w Śródmieściu, na Mokotowie i Woli. Zaczyna się horror. Stają tramwaje, gaśnie sygnalizacja. W Pałacu Kultury i Nauki zatrzymują się windy. Większość posłów jest już wtedy w drodze do domu. Niektórzy jednak pozostają nadal w Sejmie. Kilku w drodze na lotnisko traci cenne minuty w korkach. Poseł Grad (PO) ledwo dostaje się na Centralny. Gdy na peronie czeka na ekspres do Krakowa, gasną wszystkie światła. Jest tak ciemno, że nie widać własnej ręki. Ludzie krzyczą, mocniej chwytają bagaż, pilnują torebek i portfeli. Poseł pozostaje spokojny i niewzruszony.

Tymczasem w Sejmie pomału życie wraca do normy.

- To wszystko przez tego Marcinkiewicza - narzekają dziennikarze.

- To nie wina Marcinkiewicza, to sabotaż ludzi Gronkiewicz-Waltz - wyjaśnia idący korytarzem mężczyzna. - Oczywiście to żart, ale proszę go nie powtarzać, bo w PiS nie znają się na żartach.

Krzysztof Różycki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy