Politycy w kapciach: Człowiek o jednej twarzy

Był wicepremierem, ministrem finansów, politykiem roku. Ma iloraz inteligencji 140 i zbiera korkociągi. Nie sypie anegdotami, ale bywa fantastycznie autoironiczny.

Marek Borowski 4 stycznia skończy 61 lat. Żonaty, ma dorosłego syna i trzech wnuków. Absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego SGPiS (dziś SGH). Był wicepremierem i ministrem finansów (1993-1994), a także marszałkiem Sejmu (2001-2004). W 2005 roku startował w wyborach prezydenckich, uzyskując poparcie ponad 1,5 mln (10,33 proc.) głosujących.

Reklama

Obecnie pełni funkcję przewodniczącego Socjaldemokracji Polskiej, a podczas ostatnich wyborów samorządowych ubiegał się o fotel prezydenta Warszawy. Dwa lata temu internauci przyznali mu tytuł Polityka Roku.

Marek Borowski ma iloraz inteligencji 140. Kilka lat temu nie zawahał się go publicznie zbadać w ogólnopolskim teście organizowanym przez TVN (tym samym, w którym Jan Rokita nie zgodził się na publikację swojego wyniku). Nic dziwnego, że szef socjaldemokratów uwielbia łamigłówki logiczne - jego zdaniem szare komórki trzeba nieustannie zmuszać do wysiłku. Polityki, której poświęcił już kilkadziesiąt lat swojego życia, za nic w świecie nie porównałby jednak do zagadek logicznych. - Łamigłówki kierują się jakimiś regułami, a polityka nie bardzo - mówi z przekonaniem. - Polityka to raczej gra w karty, gdzie po pierwsze - kształt talii nie jest dokładnie znany, po drugie - pojawiają się jakieś dziwne karty, a na dodatek niektórzy grają znaczonymi. Co gorsza - mój wpływ na bieg zdarzeń jest raczej ograniczony.

A jednak polityka upomniała się o niego na dobre w marcu 1968 roku. Wprawdzie już kilka lat wcześniej należał do założonego przez Adama Michnika Klubu Poszukiwaczy Sprzeczności - nieformalnej grupy dyskusyjnej, ale dopiero wydarzenia marcowe nadały autentyczny bieg jego politycznemu życiorysowi. Gdy na SGPiS studenci szykowali wiec, Borowskiego nie było na uczelni. W domu odebrał telefon od swojej dziewczyny (a później żony) Halinki. Niebawem dołączył do kolegów, stanął na czele studenckiego protestu. Ceną za wystąpienie przeciw polityce partii rządzącej był zakaz prowadzenia kariery naukowej i zakaz pracy w handlu zagranicznym. W rezultacie, po skończeniu studiów musiał stanąć za ladą stoiska w warszawskich Domach Centrum. Koleżanki ekspedientki długo traktowały go podejrzliwie, bo nie mogły po prostu uwierzyć, że absolwent SGPiS pracuje jako sprzedawca i nie jest czyjąś "wtyczką". W ramach sankcji za udział w marcowych protestach Borowskiego usunięto też z PZPR, ale zdecydował się wrócić w szeregi partii w 1975 roku.

Z nową lewicą, już po przełomie 1989 roku, doszedł do najwyższych stanowisk w państwie. Był wicepremierem, ministrem finansów, potem marszałkiem Sejmu. Gdy w lutym 1994 roku dowiedział się z gazet, że premier Waldemar Pawlak zwolnił jego zastępcę, wiceministra finansów Stefana Kawalca, za rzekome nadużycia przy prywatyzacji Banku Śląskiego, natychmiast podał się do dymisji. To wtedy wygłosił pamiętne zdanie: "Funkcje można sprawować różne, ale twarz ma się tylko jedną".

W czasie ubiegłorocznej kampanii prezydenckiej zarzucano mu, że mało się uśmiecha: "Uchodzę za człowieka ponurego, ale od dziś to się zmieni" - zapowiedział wtedy podczas jednego ze spotkań przedwyborczych, ale na szczęście słowa nie dotrzymał. Na szczęście, bo jego poczucie humoru jest wysmakowane i inteligentne, więc szkoda by było, gdyby zamienił się w dowcipkującego wesołka. Borowski nie sypie anegdotami i żartami, ale za to bywa fantastycznie autoironiczny, z dowcipnym dystansem do siebie i innych.

Dowiedz się więcej na temat: bieg | szczęście | iloraz inteligencji | polityka | rzeczy | politycy | karty | żona | Borowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje