"Gazeta Wyborcza": Kulisy rozmów rząd - związki górnicze

"Plan ekipy Ewy Kopacz był taki: postawić górników pod ścianą, a później ustąpić. Rząd PO-PSL przestraszył się też strajku generalnego zapowiedzianego przez Solidarność" - pisze Renata Grochal w "Gazecie Wyborczej".

Według rozmówców "GW" w rządzie i kancelarii premiera Ewa Kopacz już w grudniu miała przygotowaną taktykę rozmów z górnikami z Kompanii Węglowej. Premier od początku wiedziała, że związkowcy oprotestują restrukturyzację czterech kopalń, która jest konieczna, by Kompania upadła.

Reklama

"Kopacz uznała, że musi postawić górników pod ścianą i ogłosić plan likwidacji czterech kopalń. Od początku była jednak gotowa na pewne ustępstwa, bo celem jest nie zamknięcie kopalń, tylko ich restrukturyzacja i znalezienie inwestora" - mówi gazecie osoba zaangażowana w negocjacje z górnikami". "Gdyby zaczęła łagodnie negocjować ze związkami, to do marca nic byśmy nie ustalili. Związkowcy od roku nie chcieli się zgodzić nawet na ograniczenie deputatów węglowych".

Rozmówcy "Wyborczej" twierdzą, że w ostatnim tygodniu szansa na porozumienie pojawiła się trzy razy. Po raz pierwszy podczas poniedziałkowego spotkania Kopacz z protestującymi związkowcami, ci jednak za namową Piotra Dudy odrzucili wtedy rządowe propozycje - czytamy w "GW".

Rozmówcy gazety uważają, że zarys porozumienia był gotowy z piątku na sobotę. Mimo to Duda zorganizował w sobotę manifestację w Zabrzu, bo - jak mówią w rządzie - w przeciwieństwie do szefa śląsko-dąbrowskiej "S" Dominika Kolorza chciał przedłużać protest - pisze "GW". Zaprzecza temu rzecznik krajowej "S" Marek Lewandowski: "Bzdura. W piątek na sztabie powtarzaliśmy, że to Kolorz nadaje ton negocjacjom. To przyspieszenie prac w Sejmie spowodowało, że nie wierzyliśmy w intencje rządu".

Grochola pisze w "Wyborczej", że premier zależało na tym, by protest górników zakończył się w weekend, bo we wtorek miała zapaść decyzja o strajku generalnym, a wtedy szansa na porozumienie ze związkami oddaliłaby się o kilka miesięcy. Kopacz obawiała się też, że paraliż kraju zachwieje jej rządem, a nawet doprowadzi do jego upadku.

"Gdyby protest górników przerodził się w strajk generalny, Piotr Duda byłby na ustach całej Polski i przysłoniłby kandydata PiS na prezydenta o tym samym nazwisku. Mógłby powiedzieć PiS, że to on mu robi kampanię prezydencką, i zażądać 20 proc. miejsc na listach do parlamentu" - mówi współpracownik Kopacz.

Lewandowski zapewnia jednak, że nie było żadnego układu z PiS, a Duda do Sejmu kandydować nie zamierza.

Więcej na ten temat - na stronach "Gazety Wyborczej"


Dowiedz się więcej na temat: górnicy

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy