Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

"Panie Obama, nie zmieniaj pan zdania"

"Barack Obama ma niepowtarzalną okazję pokazać światu, że jest człowiekiem, który nie da się zastraszyć; dla którego ważniejszy od interesów i polityki jest sam człowiek. Ma szansę udowodnić, że jest prezydentem, który dotrzymuje obietnic. W tym momencie nie ma już odwrotu".

Czy Obama udowodni swoją "odporność na złe warunki pogodowe" w relacjach z Chinami?
Czy Obama udowodni swoją "odporność na złe warunki pogodowe" w relacjach z Chinami? /AFP

Więcej na ten temat

Te szczere słowa otrzymałem mailem od pewnego szczerego człowieka - Tenzina Tsundue - jednego z najbardziej zapalonych aktywistów i zwolenników wyzwolenia Tybetu.

Rodzice Tsundue zostali zmuszeni do opuszczenia Tybetu w 1959 roku. 35-letni dziś pisarz urodził się w Indiach. Ze swojej bazy w miasteczku Dharamsala, gdzie Dalajlama i tysiące innych Tybetańczyków żyją na wygnaniu, prowadzi pozbawioną przemocy wojnę.

Mail, który od niego otrzymałem, był odpowiedzią na pytanie o groźby Chin. Zasugerowałem, że relacje amerykańsko-chińskie zostaną poważnie nadszarpnięte, jeśli Obama spotka się z Dalajlamą. Tsundue uparcie twierdzi, że powinno dojść do konfrontacji - zgodnie z obietnicą Białego Domu.

"Spotkanie Obamy z Jego Świątobliwością i Tybetańczykami, których bliscy zmarli lub zaginęli po protestach w 2008 roku, pozwoli im poczuć, że Ameryka o nich nie zapomniała, że Ameryka wciąż popiera ich marzenia o wolności i demokracji w Tybecie i Chinach" - napisał.

"Jedną z tajemnic agresywnej, medialnej strategii Chin" - jak tłumaczy Tsundue - "jest próba wygrania sporu jeszcze przed jego rozpoczęciem przez ogłoszenie twardego stanowiska". Gdy mamy do czynienia z tak kategorycznym rozmówcą, "podstawowy plan działania powinien opierać się na opanowaniu i trzymaniu się swojego zdania. Jeśli spanikujesz, wpadniesz w zasadzkę Chin".

Tsundue - niezmordowany człowiek w czerwonej bandanie na czole - gorąco, może trochę naiwnie, apeluje do Ameryki: "Powstanie, do którego doszło w 2008 r. w Tybecie, było jednoznacznym poparciem przywództwa Dalajlamy. Tybetańczycy nie chcą żyć pod okupacją Chin. USA muszą wyjść poza symboliczne gesty - takie jak Medal Honoru, czy przyznanie honorowego obywatelstwa Dalajlamie. Nie widzę jednak, żeby byli do tego zdolni. Są zbyt skupieni na sobie. Jeśli Obama naprawdę chce zmian, ma okazję udowodnić, że zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla, wspierając działania Dalajlamy."

Antychińska demonstracja na ulicach Katmandu, Nepal (2008 r.) Antychińska demonstracja na ulicach Katmandu, Nepal (2008 r.)
/AFP

Tsundue, jak wielu Tybetańczyków, jest rozczarowany historią. USA wspierały Tybet do czasu, gdy Nixon nie zawarł przyjaźni z Chinami poprzez symboliczny uścisk dłoni z Mao. Nagle pomoc militarna, szkoleniowa i wsparcie dla Tybetu ze strony USA zostały wstrzymane. Wielu żołnierzy utknęło w wysokich Himalajach bez jedzenia i broni. "Tybetańczycy twierdzą, że zostali wykorzystani przez USA" - podkreśla.

Co Tsundue myśli o niepokojących zakusach Chin, które chcą stać się supermocarstwem?

"Wierzę, że Chiny mogą stać się zamożnym, prężnie rozwijającym się państwem, ale nie można dążyć do celu po trupach. Chińskie wsie nadal są wytapetowane Manifestem komunistycznym, a biznesmeni z Guangdong, Szanghaju i Pekinu tyrają jak niewolnicy przez 14-16 godzin dziennie. To jest tania siła robocza, na której garbie jedzie wiele międzynarodowych firm z Zachodu. To nie w porządku."

Cytat

Amerykanie muszą wyjść poza symboliczne gesty. Nie widzę jednak, żeby byli do tego zdolni. Są zbyt skupieni na sobie. Jeśli Obama naprawdę chce zmian, ma okazję udowodnić, że zasłużył na Pokojową Nagrodę Nobla, wspierając działania Dalajlamy.
Tsundue wierzy, że świat może kiedyś pokochać Chiny za ich historię i bogatą kulturę. Wierzy, że świat dostrzeże cierpienie Chińczyków. Ale dzisiaj "to jedno z najbardziej znienawidzonych państw na świecie. Jeśli naprawdę chce być postrzegane jako dostojne, prężnie rozwijające się, musi się odpowiednio zachowywać".

Co ma do powiedzenia ten nieokiełznany aktywista o chińskim incydencie z Google w roli głównej?

"Kiedy Google po raz pierwszy pojawiło się w Chinach, pozwalając rządowi na cenzurowanie wyników wyszukiwania haseł "Plac Tian'anmen", "Tybet", "Dalajlama", "Tajwan" i "życie Mao Tse-tunga", byliśmy jednymi z pierwszych, którzy zaczęli przeciwko temu protestować.

"Przez pretendowanie do roli Boga, Google wzięło na swoje barki ogromną odpowiedzialność. Firma podpisała cyrograf z dyktatorami Chin. Od kiedy internauci zostali pozbawieni tak ważnych informacji, prawda została wywrócona do góry nogami. Wielu użytkowników Google nie zna prawdy o Tian'anmen i Dalajlamie. W ten sposób Google oszukuje świat. Sposób, w jaki firma współpracuje z autorytarnym rządem, by zawładnąć rynkiem internetowym, kładzie się cieniem na historii. Przyszłe Chiny nie wybaczą tego Google. (...) Obecnie Google pokazuje wyniki wyszukiwania wszystkich drażliwych kwestii, ale kiedy chcesz kliknąć w link, okazuje się, że jest zablokowany. Czy może być coś bardziej frustrującego od świadomości, że dana strona istnieje, ale ty nie możesz jej zobaczyć?" - pisze Tsundue.

Tenzin Tsundue Tenzin Tsundue
/AFP

Jest twardy. Dziesięć lat temu "zmęczony sloganami w Indiach, potajemnie wyjechał do Tybetu, gdzie został aresztowany przez chińskich strażników granicznych".

"Zawiązano mi oczy i wrzucono do więzienia. Zostałem aresztowany za brak dokumentów, oskarżono mnie o separatyzm, pobito, a następnie głodzono. Straszono mnie każdego dnia, że zostanę zastrzelony albo, że zgniję w więzieniu, jeśli nie przyznam się do tego, że zostałem przysłany przez rząd Indii lub samego Dalajlamę."

Po trzech miesiącach w więzieniu został deportowany do Indii. Tam kontynuował walkę o Tybet - niemalże z groteskowym wigorem. W 2002 r. , z okazji wizyty premiera Chin w Bombaju, wspiął się na czternaste piętro hotelu i rozwinął gigantyczny banner z napisem "Wolny Tybet: Chiny wynocha". W 2005 r., kiedy premier Wen Jiabao odwiedzał Bangalore, wspiął się na wieżę i wymachiwał innym protybetańskim hasłem.

"Jestem mało znaczącym aktywistą" - napisał w mailu. "Poetą i pisarzem. Nie mam megafonu, więc czasami wspinam się na budynki i stamtąd krzyczę. Niełatwo jest mi przyciągnąć uwagę mediów. Jestem nikim, nie mogę zaoferować pieniędzy ani władzy. Wypożyczam więc media, które towarzyszą ważnym osobistościom."

"Moja praca jest dożywotnia. Przysięgam, że będę nosił czerwoną apaszkę, dopóki Tybet nie będzie wolny. Zdejmę ją tylko wtedy, gdy moje państwo zostanie wyzwolone spod okupacji Chin."

Tunku Varadarajan/The Daily Beast

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

ródło informacji: New York Times Syndicate

więcej o:
świat,
USA,
Google,
Barack Obama,
Tybet,
Chiny

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 56%
  • nie 44%
Ocen: 64
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe