1964. Rok nieodnalezionych skarbów...

W lipcu 1964 roku, gdy ekipa czechosłowackiej telewizji przy pomocy płetwonurków Svazarmu wydobywała z Jeziora Czarnego na Szumawach (pogranicze CSRS, RFN i Austrii) tajemnicze skrzynie z nazistowskim archiwum, do podobnej akcji szykowano się w Polsce. Zbieg okoliczności sprawił, że w starorzeczu Bugu, nieopodal miejscowości Brzostowa w okolicach Broku na Mazowszu, odbyły się niemal identyczne poszukiwania. Co więcej, jedne z wielu przeprowadzonych tego roku na terenie naszego kraju...

Zaprezentowana przed miesiącem akcja wydobycia w Czechosłowacji skrzyń, zawierających tajną dokumentację Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA), jest ewidentnym przykładem zamierzonej manipulacji komunistycznych służb specjalnych (StB, STASI, KGB). Założeniem jej pomysłodawców, było przede wszystkim wykorzystanie autentycznych materiałów archiwalnych, przechowywanych od zakończenia wojny w archiwach radzieckich, czechosłowackich i enerdowskich, w celu skompromitowania zachodnioniemieckich oraz austriackich elit politycznych, gospodarczych i wojskowych, wśród których nadal funkcje urzędowe pełnili byli członkowie partii nazistowskiej.

Były to działania operacyjne mieszczące się w przyjętej w państwach bloku sowieckiego strategii działań służb specjalnych, wymierzonych przeciwko Zachodowi, w ramach tzw. środków aktywnych - dezinformacji, propagandy i manipulacji mediami. Stanowiło to jednak najściślej chronioną tajemnicę. Oficjalnie znalezisko posłużyło jako oręż w toczonej wówczas batalii o niedopuszczenie do przedawnienia ścigania zbrodni hitlerowskich, które miało, zgodnie z niemieckim prawem, nastąpić w maju 1965 roku.

Reklama

W Polsce batalia ta miała szczególny wymiar i - jak się za chwilę przekonamy - prowadzona była nie tylko przy pomocy specjalnego ustawodawstwa wstrzymującego bieg przedawnienia w stosunku do sprawców najcięższych zbrodni...

W starorzeczu Bugu

Historia ta rozpoczęła się dokładnie 22 V 1964 roku. Tego dnia na łamach "Życia Warszawy", w dziale "Do Redaktora Życia", został opublikowany list anonimowego czytelnika kryjącego się za inicjałem "I. K.", zatytułowany "Co zatopili hitlerowcy w starym korycie Bugu?". Autor korespondencji, opierając się na zasłyszanej relacji bezpośredniego świadka, opisał intrygującą sytuację, jaka miała miejsce pod koniec II wojny światowej:

"Latem 1944, w czasie ofensywy Armii Radzieckiej, mostem przez Bug w kierunku Broku pospiesznie przejechało kilka samochodów ciężarowych z Treblinki, w asyście kilkudziesięciu SS-manów. Samochody te po pół godzinie zawróciły w kierunku Wyszkowa (droga była zajęta przez oddziały Armii Radzieckiej) i skierowały się w kierunku starego, głębokiego koryta rzeki Bug w pobliżu Broku. W ciągu kilkudziesięciu minut z kilku znajdujących się w pobliżu tego miejsca zagród chłopskich wypędzono do lasu wszystkich mężczyzn, kobiety i dzieci. Lecz ten gospodarz zdążył ukryć się na strychu swego domu, i widział, jak samochody kolejno podjeżdżały na sam brzeg rzeki, a z nich pospiesznie zrzucano do wody ciężkie, żelazne skrzynie. Po zrzuceniu ładunku samochody udały się leśną drogą wzdłuż Bugu w kierunku Wyszkowa... Jak opowiadał ten gospodarz, prawie wszyscy SS-mani zostali zabici lub rozjechani czołgami radzieckimi, i tylko nielicznym udało się przedrzeć przez pierścień okrążenia (...)". Intencją autora listu była próba zainteresowania "tą sprawą czynników zajmujących się sprawami badania zbrodni hitlerowskich w Polsce", gdyż wg niego "mogły tam być dokumenty obciążające hitlerowców, które chciano ukryć przed światem".

W obliczu całkiem realnego przedawnienia ścigania zbrodni hitlerowskich, mającego zgodnie z zapowiedziami zachodnioniemieckiego Ministerstwa Sprawiedliwości nastąpić w maju 1965 roku, odzyskanie ukrytych materiałów archiwalnych, potencjalnie mogących stanowić świadectwo zbrodni dokonywanych w pobliskim obozie zagłady, było działaniem wartym co najmniej weryfikacji. Jedyną zaś instytucją, mogącą podjąć się tego zadania, była reaktywowana kilka miesięcy wcześniej Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, której zresztą uwadze redakcja "Życia Warszawy" polecała opublikowaną treść artykułu oraz, w razie zainteresowania, proponowała kontakt z jej autorem.

Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Już kolejnego dnia artykuł z "Życia Warszawy" trafił na biurko dyrektora GKBZHwP Janusza Gumkowskiego. Po krótkich konsultacjach sprawa została przedstawiona pełniącemu nadzór nad Komisją Ministrowi Sprawiedliwości Marianowi Rybickiemu, który zadecydował, by zająć się jej weryfikacją.

Pierwszym zadaniem było zidentyfikowanie autora listu i kontakt z nim w celu uzupełnienia relacji. Redakcja "Życia Warszawy", zgodnie z deklaracją, udostępniła jego dane osobowe i adresowe, co umożliwiło bezpośredni kontakt z niejakim ppłk. Janem Kozickim, zapewne oficerem Wojska Polskiego (w materiałach brakuje szerszych informacji na ten temat). Jego zawód, stopień oraz typowa dla żołnierzy rzeczowość, wzbudziły z miejsca zaufanie Komisji, która uzyskała obszerne uzupełnienie wcześniejszej relacji.

Co więcej, podpułkownik zgodził się na udział w rekonesansie terenowym na miejscu oraz przekazanie Komisji namiarów na bezpośredniego świadka opisanych wydarzeń. Uzyskane informacje pozwoliły na zorganizowanie, już na początku czerwca 1964 roku, wstępnego rozpoznania wskazanych zbiorników wodnych, które prowadzone miało być przez Sekcję Nurków Speleoklubu Warszawskiego PTTK - współpracującą z Komisją.

Po przybyciu na miejsce nurków pojawiły się jednak pierwsze problemy. Najpoważniejszym z nich była próba kontaktu ze wskazanym przez podpułkownika świadkiem, niejakim Smolarzem, zakończona niepowodzeniem. W związku z tym, że gospodarstwo, którego Smolarz był właścicielem, uległo kilka tygodni wcześniej spaleniu, członkom Komisji nie udało się ustalić aktualnego miejsca jego pobytu.

Przeprowadzona wcześniej kwerenda archiwalna, pod kątem toczonych w okolicy działań wojennych, w konfrontacji z informacjami przekazanymi przez ppłk. Kozickiego oraz rozpoznaniem terenu, pozwoliły jednak opisany w relacji scenariusz wydarzeń przyjąć za wielce prawdopodobny. Członkowie Speleoklubu przeprowadzili wówczas kilka nurkowań sondażowych, chcąc zapoznać się z warunkami panującymi pod wodą - ukształtowaniem dna, a także stopniem jego zamulenia. Całość działań pozwoliła na szczegółowe zaplanowanie przyszłej akcji, określenie jej wstępnych kosztów oraz zgromadzenie niezbędnego wyposażenia.

Starorzecze Bugu w rejonie Broku. Lipiec 1964 roku

Kilkakrotnie przekładany termin poszukiwań ostatecznie ustalony został na 3-6 lipca 1964 roku. Ekspedycja wyruszyła z Warszawy udostępnionymi przez Szefostwo Służby Samochodowej MON-u dwoma wojskowymi ciężarówkami terenowymi, na które udało się załadować niezbędne wyposażenie i członków niemałej ekipy. Niestety, po przybyciu na miejsce, mimo letniej pory, całkowicie załamała się pogoda, a obfite opady i znaczne ochłodzenie utrudniły skuteczne przeprowadzenie akcji. W efekcie, z natury podmokły obszar starorzecza Bugu stał się praktycznie nieprzejezdny. Ciężkie auta grzęzły w błocie, zaś nurkowie w strugach deszczu, brodząc po kolana w mule musieli o własnych siłach transportować ciężki sprzęt ku niestabilnym, porośniętych gęstym sitowiem, brzegom i obsuwającym się skarpom wytypowanych do eksploracji akwenów.

Niewątpliwym atutem, zwiększającym szanse odnalezienia skrzyń z dokumentami SS, był wypożyczony przez Katedrę Minerstwa Wojskowej Akademii Technicznej podwodny detektor metalu. Jednak "(...) 16-godzinna akcja, prowadzona przy użyciu specjalnego sprzętu do wykrywania min pod wodą, nie dała pozytywnych wyników. Podwodne detektory udostępnione przez WAT są urządzeniami prototypowymi i posiadają jeszcze szereg usterek technicznych, jak np. słabe uszczelnienie, zanik dźwięku przy głębokościach poniżej 2 m itp. W trakcie prac okazało się również, że tego typu detektorem nie można zlokalizować metalowego przedmiotu ukrytego pod warstwą mułu grubości ok. 2 m".

Wobec braku możliwości efektywnego wykorzystania detektora 5-osobowy zespół nurków przystąpił do trwających ponad 20 godzin nurkowań, które objęły "jezioro przyległe do wsi Brzostowa", "mały staw w pobliży leśniczówki Brzostowa" i "płn. część jeziora Głuchego".

Cóż, również i te działania nie przyniosły spodziewanych efektów. Mimo że w trakcie trwania ekspedycji udało się dodatkowo przesłuchać kilku świadków, nie wnieśli oni już do sprawy istotnych uzupełnień. Tym samym akcja w starorzeczu Bugu dobiegła końca. Najwyraźniej uznano, że temat nie jest wart kontynuacji, zwłaszcza że czekały już następne. W dokumentacji niestety brakuje konkretnych przyczyn dość nagłego porzucenia interesującego skądinąd tropu ppłk. Kozickiego. Być może zadecydowały o tym niezwykle trudne warunki terenowe, brak odpowiedniego sprzętu oraz rozległość badanego obszaru.

Nie zakończyła się jednak dla GKBZHwP, a zwłaszcza dla kierownika opisanej ekspedycji - Jacka Wilczura. Dla niego było to zaledwie preludium do szeregu kolejnych wypraw i śledztw, jakie przeprowadzone zostały w ciągu kolejnych miesięcy. Kilka z nich przejdzie do swoistego kanonu krajowej eksploracji.

Z pewnością należy do niego przeprowadzona kilka tygodni później (23-29 VII 1964) wyprawa w Góry Sowie. Zaledwie tygodniowa penetracja tamtejszych kompleksów, dzięki szeroko opisującym ją mediom, późniejszym publikacjom prasowym, książkowym, autorstwa samego Jacka Wilczura, oraz udzielanym przez niego wywiadom, wpłyną w największym chyba stopniu na rozwój legendy "Riese". Legendy uzupełnianej o nowe, zaskakujące treści.

Po kilku dekadach, w wydanych w 1997 roku wspomnieniach "Ojczyzna nie udziela urlopów" oraz w ich 13 lat późniejszym wznowieniu "Raport Wilczura", pojawia się wyraźny wątek poszukiwań w Górach Sowich... Bursztynowej Komnaty, towarzyszących wyprawie agentów obcego wywiadu czy też niewyjaśnionego i dość nagłego polecenia przerwania badań.

Na próżno szukać tego typu sensacji w oficjalnych raportach Jacka Wilczura z lat 70., gdyż - poproszony przez ówczesne kierownictwo GKBZHwP o opinie na temat prowadzonych przez siebie poszukiwań z lat 1964-1965 - odpowiadał w sposób niezwykle wyważony i rzeczowy: "W Górach Sowich poszukiwania nie obejmowały żadnych konkretnych rzeczy lub przedmiotów. Szukaliśmy w różnych miejscach podziemnego systemu wykutego w górach przez więźniów i jeńców obozów hitlerowskich, wszelkich śladów, dowodów nieujawnionych dotąd zbrodni, a również ewentualnie ukrytych dokumentów, zrabowanych dzieł sztuki itp.".

Nie ma ani jednego słowa o bezcennym skarbie zrabowanym przez Niemców z Carskiego Sioła. Być może dlatego, że faktycznie takie poszukiwania Jacek Wilczur prowadził przez dwa sierpniowe (16-17 VIII) dni 1964 roku, lecz... zupełnie gdzie indziej.

"W Lidzbarku Warmińskim szukaliśmy śladów Bursztynowej Komnaty, zrabowanej w Związku Radzieckim przez hitlerowców, a ukrytej przez SS przy pomocy Ericha Kocha, nadprezydenta Prus Wschodnich i Rejencji Ciechanowskiej. /Komnata Bursztynowa nie została dotąd odnaleziona/. W Kutach, w powiecie Węgorzewo, szukaliśmy rzekomo ukrytego tu Archiwum Warmińskiego". Również bez rezultatu.

Kolejnym kultowym do dziś tematem, jaki począwszy od 1964 roku (IX i XI) zdobył wielką popularność, jest tajemnica Twierdzy Srebrnogórskiej, która - choć przez kolejne dekady znacznie ewoluowała (tajemnica, nie twierdza) - nadal opiera się na utartym wówczas schemacie:

"W Srebrnej Górze szukaliśmy ofiar zbrodni dokonanych przez hitlerowców, ukrytych dzieł sztuki i innych przedmiotów - ukrytych, zgodnie z legendą, przez hitlerowców w lecie 1944, gdzieś na terenie olbrzymich fortyfikacji jeszcze z okresu Fryderyka Wielkiego. W sprawie Srebrnej Góry przesłuchano jednego tylko świadka Józefa Wachowicza, autochtona, który w latach władzy niemieckiej pełnił w Srebrnej Górze funkcję Dorfführera, a po wojnie był sołtysem tej samej miejscowości. Jak dotąd nie słyszałem, aby ktokolwiek poza nim lub spoza jego rodziny, potwierdził wersję o kolumnie ciężarówek, która zawoziła do fortu jakieś niezidentyfikowane ładunki w celu ukrycia ich".

Na zakończenie intensywnego roku 1964 sprawa, która kontynuowana była również w roku kolejnym (9-10 X 1964, 7 I 1965, 11 V 1965, 14 VI 1965):

"W Chełmnie nad Nerem szukaliśmy rzekomo ukrytych przez ostatnich żyjących Żydów z obsługi pieców krematoryjnych - dokumentów niemieckiego komanda, które w Chełmnie nad Nerem przeprowadzało akcję zagłady Żydów i Polaków. Ponadto poszukiwaliśmy domniemanego skarbu, jednego z byłych członków załogi Kulmhofu. W tej sprawie istnieje pewien zasób wiedzy i odtworzony plan skrytki". Materialne efekty prowadzonych wówczas poszukiwań były znikome, co sam Jacek Wilczur przyznawał kilka lat po ich zakończeniu: "Zaledwie jedna z akcji, mianowicie w Sowich Górach, a ściśle w Walimiu, pozwoliła ujawnić na terenie osady wielki zespół zbiorowych mogił, a znalezione w mogiłach, przy szczątkach kostnych przedmioty, pozwalają przyjąć, że pochowano tu obywateli radzieckich. Udało się również odnaleźć oryginalną listę sporządzoną przez niemieckie władze, a zawierającą nazwiska obywateli radzieckich, francuskich i włoskich, zatrudnionych przymusowo na obszarze Sowich Gór /Eulengebiet/".

Ostateczny wynik: jeden do pięciu, to w świecie poszukiwań naprawdę spory sukces. Jednak jego wymiar był znacznie szerszy. Niewspółmiernie bardziej wartościowa była wiedza, jaką J. Wilczur pozyskał w trakcie swych poszukiwań. Wiedza niezwykle istotna, gdyż pochodząca od bezpośrednich, wówczas wciąż żyjących świadków. Co więcej, została ona opracowana i udokumentowana w postaci raportów przesłuchań, stanowiących często jedyne dostępne źródło w danym temacie, jak w przypadku choćby podziemi Gór Sowich czy fortów Srebrnej Góry.

Do tematów tych jeszcze wrócimy, by przyjrzeć się ich swoistej genezie. Tym ciekawszej, że opartej na przechowywanej w Instytucie Pamięci Narodowej dokumentacji tychże spraw prowadzonych przez GKBZHwP. Miejmy nadzieję, że dzięki tym materiałom uda się niektóre tematy co najmniej uzupełnić, jeżeli nie odkryć na nowo.

Polskie tropy KGB

Poszukiwania prowadzone przez GKBZHwP nie były w owym czasie jedynymi, jakie miały miejsce w naszym kraju. Specyficzne działania oscylujące wokół tematyki tak skarbowej, jak i związanej z tajemnicami II wojny światowej, inicjowały u nas także radzieckie służby specjalne. W tym samym 1964 roku KGB zwracało się do polskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o pomoc, zapewne braterską, w wielu sprawach. Nam udało się natrafić na trop trzech szczególnie interesujących. Pierwsza dotyczyła prośby o przeprowadzenie kwerend w polskich archiwach w poszukiwaniu materiałów "(...) mogących posłużyć do skompromitowania von Brauna i innych niemieckich specjalistów".

Historia ta została szczegółowo opisana na naszych łamach już 4 lata temu ("Kosmiczna przygoda MSW", "Odkrywca" nr 4/2009). Przypomnijmy ją jednak pokrótce.

Odnoszący w latach 60. wielkie sukcesy niemiecki konstruktor rakiet był jednym z filarów amerykańskiego programu kosmicznego, zapewniając Stanom Zjednoczonym przewagę technologiczną nad Związkiem Radzieckim, który ten specyficzny wyścig zaczął wówczas przegrywać. Sowieci szukali więc na hitlerowskiego inżyniera haka, świadczącego o jego zbrodniczej działalności w czasie wojny w podległych mu ośrodkach. W rezultacie, mimo zakrojonych na szeroką skalę kwerend, nie udało się odnaleźć w naszym kraju jakichkolwiek przydatnych Rosjanom materiałów.

W tym samym roku doszło również do jedynego dobrze udokumentowanego spotkania Ericha Kocha z Rosjanami w sprawie ujawnienia miejsca ukrycia Bursztynowej Komnaty. Próby negocjacji z byłym gauleiterem prowadzone początkowo przez prof. Olderogge, a następnie pracownika ambasady radzieckiej Bałachwałowa, zakończyły się całkowitym fiaskiem. Do tego stopnia, że nigdy później już Rosjanie nie byli zainteresowani jakimkolwiek kontaktem z Erichem Kochem, najwyraźniej uznając, że nie posiada on już żadnych interesujących ich informacji ("Cel: Erich Koch" "Odkrywca" nr 5/2011).

Na koniec intrygująca i jeszcze nieopisana w interesującym nas kontekście sprawa. Dość dobrze jednak znana, dzięki m.in. publikowanym przed laty na naszych łamach artykułom Damiana Czerniewicza. MSW zostało poinformowane (złośliwie chyba 17 września 1964 roku), że do siedziby KGB w Mińsku zgłosił się pewien mieszkaniec ZSRR, o polskich korzeniach, który "oświadczył, że na terytorium PRL w rejonie wsi Lipiny, powiat augustowski, koło mogiły żołnierza armii rosyjskiej, na której jest pomnik z napisem »zginął za wiarę«, zakopany jest sejf /kasa/ z dużą ilością złotych przedmiotów. Jak wyjaśnił (...), na głębokości jednego metra był zakopany koń, od którego prowadził łańcuch do sejfu. Sejf jakoby został zakopany w 1914-1916 r., w czasie cofania się 20. Korpusu armii rosyjskiej generała Samsonowa. O skarbie (...) dowiedział się od swojego ojca, któremu w 1920 r. powiedział były żołnierz 20. Korpusu, który brał udział w ukrywaniu sejfu".

Pomimo, iż przekazana informacja była dość enigmatyczna, zgłoszenie potraktowano całkiem poważnie. Wkrótce też podsunięty trop został poddany weryfikacji. W październiku 1964 roku kierownik Samodzielnej Sekcji Ogólno-Organizacyjnej SB informował Naczelnika Wydziału Zagranicznego Gabinetu Ministra Spraw Wewnętrznych, że podjęte "przez grupę oficerów Służby Bezpieczeństwa, przy udziale saperów z miejscowej jednostki KBW, poszukiwania we wskazanym w notatce miejscu, nie dały pozytywnych rezultatów". Jedyne co udało się Polakom potwierdzić, to fakt, że wśród okolicznych mieszkańców podobna historia krążyła od końca lat 30. XX wieku. Tradycyjnie więc, sprawa nie miała dalszego ciągu poza tym, że tzw. skarb, tudzież tzw. kasa gen. Samsonowa, do dziś jest jednym ze sztandarowych celów (i kolejnym nigdy nie odnalezionym skarbem) mazurskich, i nie tylko, poszukiwaczy (więcej na ten temat: "Odkrywca" nr 3/2012). Być może jest to też jeden z najstarszych przekazów dotyczących tego tematu...

Jak mogliśmy się przekonać, rok 1964 był niezwykle aktywnym czasem, jeżeli chodzi o akcje poszukiwawcze. Możemy oczywiście przyjąć, że w naszym przypadku działania te niekoniecznie były inspirowane przez służby specjalne, które choć obecne w temacie, na pewno nie przedsięwzięły, nawet w przybliżeniu, podobnej inicjatywy do czechosłowackiej StB. Również wpływ KGB był dość symboliczny, ograniczony raczej do kurtuazyjnych przysług, niż zakrojonych na szeroką skalę operacji. Chyba że wręcz przeciwnie... że na terenie naszego kraju miała miejsce akcja równie spektakularna - jak w Czechosłowacji -  lecz doskonale zakamuflowana, która nigdy nie wyszła na jaw.

To oczywiście wersja dla nieprzekonanych. Tym bardziej, że prawda o skrzyniach wydobytych z Jeziora Czarnego została ujawniona przez przypadek w latach 70. Dopiero wówczas wyszło na jaw, że akcja została skrupulatnie zaaranżowana przez czechosłowacką Służbę Bezpieczeństwa. Wcześniej nikomu nie przyszło nawet do głowy, że odnalezione dokumenty RSHA pochodziły z zasobów przejętych po wojnie i przechowywanych w zasobach KGB, STASI, czy StB.

Odnalezienie w Czechosłowacji nazistowskiego archiwum niewątpliwie wywołało modę na tropienie tajemnic II wojny światowej, poszukiwanie dokumentów czy hitlerowskich skarbów. W Polsce jednak czyniono to od dawna ze sporą intensywnością, zaś od 1964 roku przez jakiś czas działania tego typu prowadziła wyspecjalizowana Komisja. Zbieżność więc czasu i charakteru poszukiwań na Szumawach i w starorzeczu Bugu, co prawda zastanawiająca, nie pozwala jednak na rozwinięcie jakiejkolwiek konkretnej tezy, choć państwo oczywiście możecie to uczynić we własnym zakresie.

Wkrótce zajmiemy się genezą skarbowych tajemnic Srebrnej Góry...

Piotr Maszkowski

Dowiedz się więcej na temat: historia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje