Clare Hollingworth idzie na wojnę

Zmarła 10 stycznia 2017 roku Brytyjka Clare Hollingworth dożyła 105 lat, co w jej zawodzie można uznać za cud. Clare była bowiem korespondentką wojenną kilku brytyjskich i amerykańskich gazet, których redakcje wysyłały ją na pierwszą linię frontu lub tam, gdzie lała się krew. Na początku czerwca 1989 roku, w wieku 77 lat, relacjonowała na przykład masakrę studentów chińskich na placu Tiananmen w Pekinie.

W międzywojennej Polsce Clare Hollingworth pojawiła się w marcu 1939 roku. Miała wówczas 27 lat. Przyjechała do Katowic, gdzie przy centralnej ulicy 3 Maja działał konsulat Zjednoczonego Królestwa. Współpracując z organizacjami humanitarnymi, wydawała brytyjskie wizy Żydom uciekającym z Sudetenlandu, czyli tych czeskich powiatów sudeckich, które na mocy układu monachijskiego włączono do Wielkoniemieckiej Rzeszy. Po cichu pomagał jej w tym brytyjski konsul John Anthony Thwaites, kolekcjoner i krytyk sztuki, z którym Clare nawiązała romans.

Reklama

Humanitarną działalność Hollingworth przerwały władze w Londynie, zaalarmowane przez wywiad, który obawiał się, że w takiej masie niezweryfikowanych uchodźców na Wyspy przedostaną się też hitlerowscy szpiedzy. Clare wróciła więc do Londynu, gdzie przekonała redaktora naczelnego "The Daily Telegraph" Artura Wilsona, aby wysłał ją do Polski jako korespondentkę tego dziennika. Później Wilson twierdził, że przekonały go do niej nie tyle reportaże Hollingworth zamieszczane wcześniej w magazynie "New Statesman", co energia i tupet dziewczyny oraz zebrane przez nią doświadczenia z pobytu w Polsce. Clare dość dobrze poznała Górny Śląsk, gdzie już tliło się zarzewie wojny.

Hollingworth wróciła do Katowic z legitymacją korespondentki dziennika krytykującego uległy wobec Niemiec rząd Neville’a Chamberlaina i kilka dni później wybrała się w podróż, która przeszła do historii światowego dziennikarstwa. Poprosiła Thwaitesa, by pożyczył jej służbowy samochód konsulatu i wyjechała nim w nieznane. Konsula nie wtajemniczyła w swe plany, które sprowadzały się do przekroczenia granicy polsko-niemieckiej i przeprowadzenia rekonesansu w nadgranicznych powiatach Rzeszy. Liczyła, że tę podróż do jaskini lwa ułatwi jej dyplomatyczna tablica rejestracyjna samochodu i brytyjska chorągiewka na jego masce. I nie pomyliła się.

Reporterski zwiad

Polsko-niemiecka granica na Górnym Śląsku dzieliła mocno zurbanizowany i silnie uprzemysłowiony region. I tu, i tam było podobnie. Nad budynkami kopalń wystawały wieże szybów wyciągowych i wentylacyjnych, a krajobraz uzupełniały lasy kominów fabrycznych. Po obu stronach granicy czuć było smród wyziewów przemysłowych. Także tramwaje jeździły w tych samych, jasnożółtych kolorach.

Konsularny samochód prowadzony przez Clare Hollingworth granicę przejechał tylko dlatego, że dobrze był znany służbom granicznym i celnym obu państw. Przejścia były bowiem zamknięte dla normalnego ruchu lokalnego, co dotkliwie odczuwały tysiące Ślązaków z obu państw, które codziennie przekraczały granicę dzielącą nie tylko Śląsk, ale również i rodziny.

Wiemy, że tego dnia Clare odwiedziła Beuthen, Gleiwitz i Hindenburg (Bytom, Gliwice i Zabrze) - trzy główne miasta niemieckiej części Górnego Śląska. Rozbudowane i unowocześnione w kilkunastu minionych latach były swoistym oknem wystawowym Niemiec tuż nad granicą z Polską. Podobnie zresztą Polacy mocno inwestowali w rozwój choćby Katowic i Chorzowa. Stolica województwa śląskiego szczyciła się na przykład "drapaczem chmur", czyli 14-piętrowym wieżowcem biurowo-mieszkalnym Urzędu Skarbowego zbudowanym przy ulicy Żwirki i Wigury, który przez krótki czas był najwyższym budynkiem w międzywojennej Polsce.

Jeżdżąc po niemieckim Górnym Śląsku, Clare Hollingworth nie musiała szukać śladów zbliżającej się wojny. Tętniące zwykle życiem miasta sprawiały wrażenie wymarłych. Nieliczni przechodnie przemykali pod ścianami domów. Prawie puste były jeżdżące z rzadka tramwaje, pustkami świeciły również kawiarnie i sklepy. Gdy w jednym z nich, ponoć w aptece, Clare chciała kupić mydło, powiedziano jej, że cały zapas na te niespokojne dni wysłano do Berlina.

Niemcy prawdopodobnie obawiali się, że na ich atak Polacy odpowiedzą bombardowaniami miast tuż przy granicy lub wręcz wkroczeniem doń oddziałów Wojska Polskiego.

Podczas swego reporterskiego zwiadu Clare Hollingworth widziała wiele pojazdów wojskowych, a jadąc z Hindenburga do Gleiwitz na krótkim odcinku niespełna 4 kilometrów minęło ją 65 kurierów wojskowych na motocyklach. Nie widziała natomiast tysiąca czołgów, które znalazły się w tytule artykułu na czołówce "The Daily Telegraph" z 29 sierpnia 1939 roku. O tych czołgach, które czekały na rozkaz wymarszu w rejonie Mährisch Ostrau (Morawskiej Ostrawy) w Protektoracie Czech i Moraw, miała się ona - według wspomnianego artykułu - dowiedzieć od zaufanej osoby. Tymczasem w 2011 roku w wywiadzie dla tegoż "The Daily Telegraph" Clare powiedziała wprost, że czołgi te widziała.

Oto fragment wspomnień stuletniej nestorki brytyjskiego dziennikarstwa:

"Widok zasłaniały płachty brezentu rozwieszone po obu stronach jezdni. W pewnym momencie podmuch wiatru poderwał jedną z nich i zobaczyłam setki czołgów stojących w bojowym szyku. Kiedy odprowadzałam samochód do konsulatu, John [Anthony Thwaites - przyp. autora] spytał:

- Gdzie byłaś, dziewucho?

A ja na to:

- W Niemczech.

- Przestań się wygłupiać - John zmarszczył brwi.

- Wcale się nie wygłupiam. W dodatku mam niesamowitego newsa: czołgi już stoją przy granicy gotowe do ataku.

Bez słowa pobiegł na górę, żeby wysłać depeszę do Ministerstwa Spraw Zagranicznych".

Clare zaś poinformowała telefonicznie warszawskiego korespondenta "The Daily Telegraph" Hugh Carletona Greene’a o tym, co widziała podczas kilkugodzinnego rekonesansu w niemieckiej części Górnego Śląska. Jej relacja znalazła się na początku obszernej korespondencji z pogranicza polsko-niemieckiego na czołówce wydania tego brytyjskiego dziennika z 29 sierpnia. "Tysiąc czołgów zgromadzonych przy polskiej granicy" - informował "The Daily Telegraph" (patrz ramka na stronie 27 z tłumaczeniem tego fragmentu artykułu, który napisała Clare Hollingworth).

Wizyta prokuratora

Minęło kilka niespokojnych dni. Gdy 31 sierpnia 1939 roku Clare Hollingworth położyła się spać w katowickim hotelu, w niedalekich Gleiwitz dopełniał się ostatni akt dramatu, który do historii przeszedł pod nazwą "prowokacji gliwickiej". Oto grupka bojówkarzy z SS, działając z rozkazu samego Adolfa Hitlera, napadła na tamtejszą radiostację niemiecką, nadając w eter odczytany po polsku komunikat. Z powodu źle podłączonego mikrofonu, przez szumy i trzaski do słuchaczy z Gliwic mieszkających w pobliżu radiostacji przebiły się tylko następujące słowa: "Uwaga! Tu Gliwice. Rozgłośnia znajduje się w polskich rękach". Organizatorzy napadu z SD (Służby Bezpieczeństwa SS) wiedząc, że gliwicka radiostacja tylko retransmituje program wrocławski, liczyli, że uda im się odwrócić ten kierunek - nadać przez łącza wrocławskie swój komunikat odczytany w Gleiwitz. Technicznie nie było to jednak możliwe, o czym napastnicy nie wiedzieli. Liczyli, że komunikat ten - via Breslau - usłyszy niemal połowa Rzeszy, a przede wszystkim ich przełożeni w Berlinie, a tymczasem prowokacyjne słowa nie dotarły nawet do wielu gliwickich radiosłuchaczy.

Kilka godzin później, gdzieś około północy z 31 sierpnia na 1 września, przed furtką radiostacji zjawił się ktoś, kto organizatorom napadu mógł przysporzyć wielu kłopotów. Ani szef Służby Bezpieczeństwa SS obergruppenführer SS Reinhard Heydrich, ani jego przełożony Heinrich Himmler, ani szef bojówki sturmbannführer SS Alfred Helmut Naujocks nie przewidzieli, że gliwiccy radiosłuchacze zaalarmują instytucje porządku publicznego. Policja kryminalna podlegała Himmlerowi i szybko jej funkcjonariuszy spławiono. Ale oto w środku nocy przed furtką radiostacji pojawił się gliwicki prokurator. Do jego obowiązków służbowych należało zapoznanie się z miejscem napadu, zabezpieczenie dowodów i przesłuchanie świadków.

Jakież było jego zdziwienie, gdy stojący przed furtką gestapowiec nie wpuścił prokuratora na teren radiostacji. Zawezwał jednak swego przełożonego, który podtrzymał tę decyzję i, poza kilkoma ogólnikami, nie udzielił żadnych konkretnych informacji.

Na wszelki wypadek prokurator gliwicki sporządził notatkę służbową i przesłał ją do swego przełożonego w Breslau (rejencja opolska wchodziła wówczas w skład prowincji śląskiej ze stolicą we Wrocławiu), doktora Sturma. Ten na jej podstawie oraz na podstawie informacji prasowych sporządził obszerny raport, który opatrzył klauzulą "Geheim!" (Tajne) i wysłał do Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeszy. Doktor Sturm pisał między innymi:

"31 sierpnia 1939 roku o godzinie 20:00 nastąpił napad na radiostację w Gleiwitz. Według tego, co podają gazety, do radiostacji wtargnęli Polacy (polscy powstańcy), którzy widocznie znali miejscowość. Przy pomocy kastetów powalili niewielką ochronę, która pełniła służbę. Następnie odłączyli od nadajnika radiostację w Breslau, z którego w tym czasie transmitowano audycję na Gleiwitz. Następnie przy pomocy ręcznego mikrofonu, który mieli ze sobą, odczytali odezwę. Napastnicy przedstawili się jako polska rozgłośnia w Gleiwitz, po czym odczytali w języku polskim i częściowo również w języku niemieckim odezwę. W imieniu »polskiego ochotniczego górnośląskiego korpusu powstańczego« podali do wiadomości, że miasto i rozgłośnia znajduje się w rękach Polaków. Następnie po rzuceniu antyniemieckich obelg zgłosili roszczenia do »polskiego Breslau i polskiego Danzig«. Zaalarmowana przez radiosłuchaczy policja szybko nadeszła z odsieczą. W toku wymiany strzałów został zabity jeden z powstańców, podczas gdy wszyscy pozostali, jak podaje prasa, zostali uwięzieni. Gestapo (Komisariat Policji Granicznej) natychmiast podjęła śledztwo w sprawie tego zajścia. Kieruje nim radca policyjny Hauser".

Zawodowo-polityczna tajna sprawa Rzeszy

W dalszej części raportu Sturm poskarżył się na gestapo, pisząc: "Gdy prokurator w Gleiwitz, zgodnie z przysługującymi mu uprawnieniami, domagał się podania bliższych szczegółów, szef tamtejszego gestapo dając mu do zrozumienia, że ma taki rozkaz centrali w Berlinie, odmówił dalszych wyjaśnień". Hauser powiedział tylko gliwickiemu prokuratorowi, że w tym przypadku chodzi "o zawodowo-polityczną (»eine fachpolitische«) tajną sprawę Rzeszy, którą prokuratura nie powinna się zajmować".

W Ministerstwie Sprawiedliwości Rzeszy, którym wówczas kierował nie nazista, ale konserwatysta Franz Gürtner, prawdopodobnie domyślano się, na czym polegała prowokacja gliwicka i nie spieszono się z udzieleniem odpowiedzi doktorowi Sturmowi. Czekano na rozmowę z wysokiej rangi funkcjonariuszem SD, do której doszło 14 września. Na przysłanym z Breslau raporcie tego dnia pojawiła się bowiem adnotacja: "Rozmowa z panem M. D. z Urzędu III [zapewne z utworzonego właśnie Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, w którym kierowany przez Ottona Ohlendorfa Urząd III zajmował się różnymi dziedzinami życia społecznego w Niemczech, w tym również prawem - przyp. autora]. Postanowiono nie przekładać dokumentacji sekretarzowi stanu". W Ministerstwie Sprawiedliwości urząd sekretarza stanu w latach 1934-1942 zajmował fanatyczny nazista (były komunista) Roland Freisler, który w 1944 roku - jako przewodniczący Trybunału Ludowego - "zasłynął" z wyjątkowo brutalnego traktowania oskarżonych w procesach przeciwko oficerom i arystokratom powiązanym z zamachem na życie Adolfa Hitlera z 20 lipca 1944 roku.

Około połowy września 1939 roku do raportu doktora Sturma ktoś dopiął kartkę z informacją, że w Ministerstwie Sprawiedliwości Rzeszy "sprawę uznano za tajną i nie należy do niej wracać". Pod tą konstatacją jest nieczytelny podpis.

W końcu odpowiedziano również doktorowi Sturmowi. Wrocławski prokurator dowiedział się tylko, że "sprawa nie nadaje się do podjęcia w drodze postępowania sądowego" ponieważ ten "czyn popełniony został na terenie wewnętrznego obszaru operacyjnego".

Sturm zrozumiał, że niepotrzebnie się wychylił i zakazał prokuratorowi w Gleiwitz wtrącanie się do tej sprawy.

Zaczęło się!

Wróćmy jednak do tamtej ciepłej nocy z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku. Dochodziła 5:00. Sen Clare Hollingworth w katowickim hotelu zakłóciły jakieś hałasy przypominające odgłosy trzaskania drzwiami. Obudziła się i usłyszała ryk syren przeciwlotniczych. Podeszła do okna. Na niebie nad Katowicami zobaczyła samoloty i smugi ognia artylerii przeciwlotniczej.

Kilka minut wcześniej polskie posterunki obserwacyjne umieszczone na dachach Domu Powstańca i "drapacza chmur" przy ulicy Żwirki i Wigury wypatrzyły pod nisko wiszącymi nad miastem chmurami nadlatujące bombowce nurkujące Ju-87. Rozległ się pierwszy w historii Katowic alarm przeciwlotniczy, uruchomiony przez harcerza Aleksandra Drapellę. Celem stukasów z 2. Pułku Bombowców Nurkujących imienia Immelmanna było lotnisko na Muchowcu. Eksplozje niemieckich bomb uszkodziły hangary i inne budynki lotniska oraz bocznice kolejowe.

Gdy po ukończeniu 100 lat Clare Hollingworth przypominała sobie tamten poranek w katowickim hotelu, myliły się jej podstawowe fakty. Z Katowic do Warszawy nie można było wówczas zatelefonować, podnosząc słuchawkę i wykręcając numer. Połączenie przez centralę musiało trwać, zwłaszcza w warunkach wojennych. A ponadto Hollingworth nie mogła sobie przypomnieć, do kogo pierwszego zatelefonowała.

- Pamiętam - mówiła w 2011 roku - gdy dzwoniłam do Roberta Hankego, sekretarza ambasady w Warszawie, mówiąc:

- Tu Hollingworth. Zaczęło się.

- Głupstwa, oni wciąż negocjują - odpowiedział.

A ja na to: - Jak możesz tego nie słyszeć.

I wyciągnęłam słuchawkę telefonu przez okno, żeby mógł usłyszeć inwazję Niemców.

Kolejny (a może pierwszy?) telefon wykonała do warszawskiego korespondenta "The Daily Telegraph", informując Greene’a o wybuchu wojny.

Gdy jakąś godzinę później Clare wyruszyła piechotą do brytyjskiego konsulatu, naszły ją wątpliwości. Obawiała się, że u progu dziennikarskiej kariery mogła popełnić gafę życia, informując Greene’a, a za jego pośrednictwem cały świat o wybuchu wojny. Paradoksalnie odetchnęła z ulgą, gdy w konsulacie potwierdzono jej spostrzeżenia. Od kilkudziesięciu minut rzeczywiście trwała wojna polsko-niemiecka, chociaż obie strony zrzucały na przeciwnika odpowiedzialność za jej wybuch. Rozgłośnia w Breslau, której sygnał odbierano w konsulacie, informowała o licznych napadach polskich bojówek składających się głównie z dawnych powstańców śląskich i regularnych oddziałów Wojska Polskiego na niemieckie placówki graniczne, a nawet na rozgłośnię w Gleiwitz, leżącą w odległości kilku kilometrów od granicy...

Prawda o tych hitlerowskich prowokacjach została ujawniona dopiero na procesie czołowych zbrodniarzy nazistowskich przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym. Aż do 1946 roku, gdy w Norymberdze odczytano zeznania Naujocksa, świat wierzył, że to Polacy nie wytrzymali napięcia tamtych letnich dni i napadli na niemiecką radiostację, tym samym ułatwiając Niemcom agresję na Polskę i wybuch konfliktu wojennego, który z biegiem lat objął niemal cały św

Leszek Adamczewski

 - poznański dziennikarz i pisarz. Wieloletni współpracownik "Odkrywcy". Autor ponad 20 książek, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników, poświęconych tajemniczym zdarzeniom z czasów II wojny światowej. W czerwcu ubiegłego roku ukazała się "Klęska gauleitera. Sensacje z Kraju Warty". Wiosną tego roku ukazały się "Prusy w ogniu. Między Królewcem a Toruniem", a wkrótce do księgarń trafi "Tajemnicza broń Hitlera".

Fragment artykułu z dziennika "The Daily Telegraph" z wtorku, 29 sierpnia 1939 roku

1000 CZOŁGÓW ZGROMADZONYCH PRZY POLSKIEJ GRANICY. 10 DYWIZJI ZGŁOSIŁO GOTOWOŚĆ DO SZYBKIEGO ATAKU

Od naszego korespondenta. Warszawa, poniedziałek.

Wiem od zaufanego urzędnika, że Niemcy zgromadziły 10 mobilnych dywizji, w tym prawie 1000 czołgów przy polskiej granicy w pobliżu Maehrisch Ostrau. Te siły są najwidoczniej przeznaczone do nagłego ataku na północny-wschód, przeciw polskiemu Górnemu Śląskowi, ważnemu regionowi przemysłowemu, którego centrum stanowią Katowice.

Raporty o tym, że w Prusach Wschodnich ogłoszono generalną mobilizację, zostały dziś wieczorem oficjalnie potwierdzone przez władze polskie. To tylko jeden z wielu dowodów, że niemiecka machina wojenna jest gotowa do nagłej akcji.

Dziś przekraczałam granicę między polskim i niemieckim Górnym Śląskiem. Spędziłam kilka godzin w Beuthen, Hindenburg i Gleiwitz. Granica jest nadal całkowicie zamknięta dla lokalnego ruchu.

Wszędzie widziałam znaki informujące o najbardziej intensywnych działaniach wojskowych. Na odcinku dwóch mil między Hindenburg i Gleiwitz minęło mnie 65 kurierów wojskowych na motocyklach. Na ulicach poruszały się tylko samochody wojskowe.

Te trzy odwiedzone przeze mnie miasta są już kompletnie martwe, społeczność cywilna jest zaniepokojona. Ulice, sklepy i kawiarnie są puste. Chciałam kupić mydło w aptece -  powiedzieli mi, że musieli wszystkie zapasy wysłać do Berlina. Są poważne niedobory żywności.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje