​Dzień, w którym przestała istnieć 9. Dywizja Piechoty

W ciągu zaledwie trzech godzin na obszarze zamykającym się mniej więcej w jednym arkuszu wojskowej mapy topograficznej w skali 1:25 000 została unicestwiona 9. Dywizja Piechoty, a także to, co trzeciego dnia wojny zostało z Pomorskiej Brygady Kawalerii.

Po dwóch dniach nieustających bojów z przeważającymi siłami wroga 9. Dywizja Piechoty, uszczuplona o odcięty na linii Jezior Koronowskich 22. Pułk Piechoty, spłynęła w okolice miejscowości Błądzim położonej przy szosie Tuchola-Świecie. Wyglądało na to, że Dywizja jest ostatnią wielką jednostką Armii Pomorze po tej stronie Wisły. Chodziły słuchy, że Niemcy odcięli już drogę do Bydgoszczy. Jedyną szansą na wyrwanie się z worka wydawał się marsz w stronę Świecia. Dwadzieścia kilometrów dzieliło dywizję od zbawczych przepraw położonych na wysokości Chełmna.

Dywizja jeszcze w całości

Reklama

Był 3 września 1939 roku. Dniało. Promienie słońca rozświetlały szosę, na której formowały się kolumny wojska. Plutony, kompanie, dywizjony, bataliony i pułki maszerowały na południe, wzbijając tumany białego kurzu. Marszruta była prosta, dowódca dywizji pułkownik Werobej prowadził swych ludzi szosą Tuchola-Świecie ku przeprawom na Wiśle. Nie było czasu do stracenia i choć była niedziela, kapelan dywizji musiał zrezygnować z zaplanowanej mszy polowej. W awangardzie ruszyła kawaleria dywizyjna oraz zmęczone dwudniowymi bojami pułki piechoty 34 i 35, postępujące za 50 pułkiem, który w panice, niepomny nowym rozkazom wydanym przez Werobeja, spieszył śladem odwrotu swej macierzystej jednostki, 27 Dywizji Piechoty. Ta dzień wcześniej po angielsku wycofała się z worka, w jaki przeistaczał się Korytarz Pomorski. Na tyłach przemieszczały się pułki artylerii, na końcu zaś sztab, łączność i tabory.

Rozciągnięte na kilkanaście kilometrów kolumny suną nieśpiesznie. Wóz za wozem, koło za kołem, noga za nogą. Marsz opóźniają duże grupy cywilów, tłoczących się w chęci opuszczenia rejonu walk. Las na wysokości wsi Karolewo kryje makabryczne ślady po wczorajszym ataku lotniczym na kolumnę saperów mostowych z 27 Dywizji Piechoty. Rozerwane zwłoki ludzi i koni, a także potrzaskany sprzęt taborowy robi na wszystkich przygnębiające wrażenie. Zmasakrowane ciała spoczywają przy drodze jak ostrzeżenie, wlewając niepokój w serca maszerujących żołnierzy. "Porzućcie wszelką nadzieję, Wy, którzy tutaj wchodzicie". Kilkaset metrów dalej wysoki bór urywa się jak ucięty nożem i masy wojska, płynące wąską strużką szosy Tuchola-Świecie, wychodzą na otwartą przestrzeń. Głowy piechurów ocienione szerokimi okapami hełmów coraz częściej zadzierają się ku górze, gdy na bezchmurnym niebie pojawiają się sylwetki samolotów. Niepokojąca jest ta obecność. Te niewielkie, czarne kropki na błękitnym nieboskłonie wydają się niegroźne, jak muchy w upalny, letni dzień. One na coś czekają. I jakby się nad tym zastanowić, to wcale nie są wielkości much. Co jakiś czas ciszę przerywają suche trzaśnięcia strzałów, gdy bardziej nerwowi żołnierze usiłują sprawdzić czy samoloty rzeczywiście są poza zasięgiem ich karabinów. Niepokój dowódcy sięga zenitu, gdy opodal szosy ląduje polska maszyna zwiadowcza, a jej pilot ostrzega: ładujecie się prosto w zgrupowanie czołgów! Czoło gigantycznej kolumny wozów, samochodów i ludzi osiąga wysokość miejscowości Bramka, położonej na wschód od Bukowca, gdzie walczą oddziały Pomorskiej Brygady Kawalerii. Pułkownik Werobej nakazuje właśnie tam utworzyć doraźną linię obrony.

Początek szybkiego końca

Tabory i artyleria zjeżdżają z szosy, przez pola kierując się na wschód. To ostatni manewr 9 Dywizji Piechoty jako zwartej jednostki. Konie galopują na złamanie karku, wozy łamią osie, wywracają się, gubią ładunek i woźniców. Kolumny marszowe rozsypują się, w panicznym usiłowaniu ukrycia się przed krążącym w powietrzu wrogiem. Niemcy nie tracą czasu, spadając na cały ten rozgardiasz. Od tego momentu zaczyna się polowanie, gdzie nagonką jest Luftwaffe, myśliwym czołgi Panzerwaffe, a zwierzyną 9 Dywizja Piechoty. Atak lotniczy jest nastawiony na dezorganizację sił polskich. Samoloty atakują z niskiego pułapu głównie z broni maszynowej, czyniąc chaos i zamęt. Artyleria dywizyjna, w której skład wchodzi 9 Pułk Artylerii Lekkiej, 58 Dywizjon Artylerii Lekkiej oraz 9 Dywizjon Artylerii Ciężkiej, a także inne jednostki artylerii, owego krytycznego dnia znajdujące się pod komendą dowódcy 9 Dywizji Piechoty, 11 Dywizjon Artylerii Konnej i III dywizjon z 27 Pułku Artylerii Lekkiej, tracą większość zaprzęgów, a co za tym idzie dział.

Najlepiej oddaje całą sytuację relacja mjr Zbigniewa Sieniewicza, dowódcy 9 DAC: " I tu koniec z moim dywizjonem - po nalocie przejeżdżam z adiutantem - działa stoją - konie 90 proc. wybitych leży - widok okropny - łzy się cisną do oczu. Dywizja przestała istnieć - grupki ludzi pieszo i konno pędzą to w tę, to w drugą stronę - nikt nie wie gdzie (...)1".

Podobnie wyglądało to oczami porucznika rezerwy Jana Widelca z 9 PAL: "Około g. 12.00 w południe z baterii naszej zostaje tylko 1 działo i jaszcz. Reszta musiała zostać, gdyż nalot wybił nam większość koni zabił kilku ludzi."

Dobrze podsumowuje sytuację Kazimierz Wasilewski, podporucznik kompanii łączności z 9. Dywizji Piechoty: "Straty w ludziach były małe, jednak demoralizacja spowodowana tym niespodziewanym i bezkarnym nalotem była w skutkach straszna. Przepadli gdzieś dowódcy pododdziałów i dowódca całej kolumny. Ludzie rozbiegli się i trudno ich było zebrać (...)".

Dywizja nie ma już artylerii. Ataki z powietrza wydają się być zsynchronizowane z natarciem pojazdów pancernych, które następują chwilę później. Mnożą się raporty o nacierających czołgach niemieckich. Czoło dywizji tworzą spanikowane nalotem oddziały 34, 35 i 50 pułku piechoty, przemieszane z kawalerią dywizyjną i taborami. Brak im jednolitego dowództwa, bo w całym tym rozgardiaszu zaginął gdzieś pułkownik Werobej. Niemcy przełamując opór walczącej pod Bukowcem Pomorskiej Brygady Kawalerii, wykorzystują raz wywalczoną przewagę i chronieni pancerzami swych pojazdów uzyskują supremację na otwartych przestrzeniach. Siły polskie zmuszone są do rozpaczliwej obrony. Kilkakrotnie podejmowane są próby przebijania się na południe po osi szosy, jednak za każdym razem załamują się one pod ogniem Niemców. Podporucznik rezerwy Władysław Benedyktowicz, dowódca plutonu łączności III batalionu 35 Pułku Piechoty, brał udział w jednej z takich samobójczych prób przebicia się w kierunku Świecia: "(...) przyszedł ppłk. dca 50 p.p. i wydał rozkaz dcy III/35 p.p., żeby wszystkie wziąć wojsko, jakie tylko jest w lesie, i natrzeć na Przysiersk. Dca III/35 p.p. kpt Wojnarowicz Antoni wydał nam rozkaz (swoim i obcym oficerom) wygnać wojsko z lasu i natrzeć na Przysiersk. Przysiersk został zdobyty - zniszczono parę czołgów npla. Nastąpił dalszy marsz na Terespol Pomorski, lecz poza Terespol Pomorski nie można się było przesunąć, bo npl. otoczył nas dużą ilością czołgów i obłożył ogniem artylerii, tak że dalszy marsz był niemożliwy".

Jedyna szansa na wydostanie się z kotła, to przenikanie małymi grupkami, pod osłoną rowów i kęp leśnych na wschód, w stronę Grudziądza.

Porucznik Stanisław Szczepkowski ze szwadronu kolarzy 16. Pułku Ułanów relacjonuje: "(...) Po dojechaniu do szosy na m. Terespol szwadron jest zatrzymany przez ogień czołgów niemieckich znajdujących się w folwarku obok szosy na m. Terespol. Szwadron zostaje cofnięty po szosie do pobliskiego lasu. Tutaj spotykamy Dowódcę Pułku i Podpułkownika Staniszewskiego z 8 Pułku K.S.K. ze swoją resztą grupy i resztą taboru. Masy uciekinierów oraz małe grupki żołnierzy szukają tutaj schronienia przed bombowcami npla. Jednak niemcy i tu nie dają spokoju i eskadra za eskadrą bombarduje bez przerwy ten mały kawałek lasu. Dca szwadronu daje rozkaz zajęcia stanowisk po obu stronach szosy w kierunku na m. Terespol. Ze wszystkich stron jesteśmy okrążeni przez niemców i jedyna możliwość przerwania się jest w kierunku na m. Terespol. (...) Znajdujący się niemcy w Terespolu widząc posuwanie się naszych oddziałów otwierają ogień artyleryjski i wysuwają do przodu ukryte za zabudowaniami czołgi. Ponadto zjawiają się bombowce i zaczynają siać spustoszenie wśród oddziałów znajdujących się w danym momencie na całkiem odkrytej równinie. (...) Całość załamuje się i cała grupa w panicznym strachu ucieka z powrotem do lasku na pozycje wyjściowe (...)."

Diabelski kocioł w lasku

Ten tajemniczy lasek stanowi strefę zgniotu, gdzie spotykają się ze sobą wszystkie rozbite nalotem jednostki. To swoisty diabelski kocioł, w którym taboryci, artylerzyści, piechota i kawaleria odkrywają ze zgrozą, że nikt już nimi nie dowodzi, a dalszy marsz na południe prowadzi prosto w paszczę Niemców. Z owego lasku wychodzą rozpaczliwe natarcia, które załamują się jedno po drugim. Czy doświadczony poszukiwacz mógłby przejść do porządku dziennego z tak dramatycznym opisem, który wskazuje konkretne miejsce? Lokalizację lasku łatwo odnaleźć w szkicach kapitana Stanisława Szuy, I adiutanta dywizji. Trochę się od tamtego czasu rozrósł, lecz do dziś są w nim czytelne relikty dołków strzeleckich, w których 3 września 1939 roku okopali się polscy żołnierze. Układ widocznych w terenie jednoosobowych stanowisk strzeleckich wskazuje na przyjęcie obrony okrężnej. O boju świadczą duże ilości łusek, rozsypanych opodal dołków strzeleckich. Kapitulację znaczą najdobitniej rozsypane orzełki wz. 19 i 33, które można odnaleźć dosłownie pod liśćmi.

Kiedy przestaje istnieć artyleria dywizyjna, piechota znajdująca się pod naporem nieprzyjacielskich czołgów jest zmuszona korzystać z własnych, skromnych środków obrony przeciwpancernej. Podporucznik Jan Elgiszewski z plutonu kolarzy 50 pułku piechoty relacjonuje: "Przyporządkowuję sobie karabin p- panc (strzelca wyciągam z krzaków), pluton kolarzy stacza krótką walkę z 5-cioma czołgami lekkimi npla przechodzącymi na skrzydło i tyły nacierającej piechoty własnej. Ze stanowisk w stromym jarze, z bezpośredniej odległości ok. 30-100 m. unieruchamiamy trzy czołgi, jeden zapalił się, pozostałe wycofały się".

Ten stromy jar to najprawdopodobniej koryto wyschniętej owego upalnego lata rzeczki, przecinającej w tej okolicy szosę. Wystarczy poczekać, aż opadnie w niej woda, a wtedy ujawnia swą burzliwą przeszłość. Ładownice, elementy ekwipunku i uzbrojenia spoczywają w nim, mimo że od tamtych wydarzeń minęło z górą siedemdziesiąt lat. W tym rozgardiaszu zalegają także łuski, magazynki oraz całe "kredki" do legendarnego karabinu przeciwpancernego wz. 35. Być może właśnie tego konkretnego, którym pluton podporucznika Elgiszewskiego oganiał się od niemieckich czołgów.

Dowódca odcięty

Aby w pełni odmalować grozę sytuacji, w jakiej znalazła się 9. Dywizja Piechoty, należy przybliżyć losy jej dowódcy, pułkownika Werobeja, który już na samym początku opisywanych wydarzeń został odcięty od swej dywizji.

Według jego relacji Niemcy dokonali trzech nalotów na kolumny dywizyjne, które wywołały tak wielką panikę w polskich szeregach, że dowódcy utracili wszelką kontrolę nad swoim żołnierzami. Wykorzystując samochody saperów, pułkownik wyruszył w kierunku Bramki, gdzie znajdowały się czołowe stanowiska dywizji. Omijając zator, jaki powstał po bombardowaniach na szosie Tuchola- Świecie, Werobej skierował się drogą polną przez miejscowość Franciszkowo, by osiągnąć północny skraj Bramki. Do walczących jednostek nie dotarł, gdyż drogę zagrodziły mu niemieckie czołgi, które przybyły od wschodu. Omijając siły nieprzyjaciela, samochody dotarły do Kawęcina, jednak zaraz za wsią natknęły się na kolejny wrogi zagon pancerny, nadjeżdżający z południa od Plewna. Jedynym wyjściem była ucieczka:

"Na wysokości wąwozów 1,5 km. na południe od miejsowości Kawęcin ponownie zostałem zaatakowany przez czołgi niemieckie od strony Plewno. Schowałem się do wąwozów ze wszystkimi pojazdami. Czołgi objechały wąwozy od wschodu i zachodu i zajęły m. Kawęcin. Do tych wąwozów napływały żołnierze z różnych oddziałów, najwięcej z baonów O.N., podlegających gen. Skotnickiemu, które wycofywały się drogami polnemi na północ od szosy ku Wiśle. Po stworzeniu z tych żołnierzy dwóch kompanii, około godz. 15 wykonałem natarcie na Bramkę w celu przebicia się do grupy dywizji. Natarcie spotkało się z bardzo silnym ogniem ze strony lasku na płnc. od m. Plewno. Kompanie wycofały się do lasku Budyń. Nie mogąc dołączyć do dywizji, postanowiłem otoczony przez czołgi npla przeczekać w tym lasku do wieczora".

Lubię wyzwania, a lokalizację owych "wąwozów" znajdujących się na południe od Kawęcina uznałem za priorytetowe, tym bardziej że towarzyszący pułkownikowi Werobejowi podporucznik Aleksander Kostyrka III adiutant 35 Pułku Piechoty określa ich lokalizację w następujący sposób: "Ciągle atakowani z powietrza i najeżdżani przez czołgi kryjemy się w wąwozie Czarnej Wody (Wdy). Wieczorem tegoż dnia wychodzimy na folwark Konopat, gdzie Dowódca Dywizji organizuje z resztek oddziałów batalion, do natarcia na okrążającego nas nieprzyjaciela. Otoczeni na folwarku Konopat z żądaniem kapitulacji - przedzieramy się nocą małymi grupami".

Obydwie relacje przeczą sobie nawzajem. Pułkownik Werobej opisuje niemożność przebicia się z okolic Kawęcina na południe ze względu na ogień niemieckich karabinów maszynowych prowadzony z rejonu wsi Plewno, natomiast podporucznik Kostyrka umiejscawia wydarzenia gdzieś w okolicach folwarku Konopat, położonego na południe od rzeczonego Plewna, czyli na niemieckich tyłach. Nie ma innego wyjścia jak rozsądzić sprawę w terenie. Obydwie relacje opisują tajemnicze wąwozy, w których kryją się żołnierze. Rzecz wyjaśnia się szybko. Około półtora kilometra na południowy wschód od majątku Kawęcin (czyli dokładnie tak jak opisał rzecz pułkownik Werobej) znajdują się trzy wydłużone zbiorniki wodne, do których przylgnęła lokalna nazwa "Trzech stawów". Z okazji niedawnej suszy odwiedziłem to miejsce i odkryłem, że woda potrafi w nich opaść niemalże do zera, pozostawiając na dnie nieco błota. W owym błotku spoczywają łopatki piechoty, magazynki do rkm Browning wz. 28, pestki, antyzapiaszczacze, niezbędniki i inne drobiazgi, dobitnie świadczące o bytności w tym miejscu naszych żołnierzy. Trafiły się też wojskowe znaki tożsamości. Wszystkie z Rejonowej Komendy Uzupełnień w Białej Podlaskiej, czyli okręgu werbunkowego 34 Pułku Piechoty lub III batalionu 9 Pułku Artylerii Lekkiej. Przy skrzyżowaniu drogi biegnącej do Kawęcina i traktu kierującego się na majątek Budyń zlokalizowałem spore skupienie dołków strzeleckich, których proweniencję określiła porzucona w ich bliskości amunicja, orzełki i niezbędniki. We wrześniu 1939 roku było wyjątkowo ciepło i sucho. Wyschnięte dno "trzech stawów" osobie, która nigdy nie miała okazji łowić tam ryb, mogło przypominać wąwóz.

Wieś Lubodzież

Ataki Luftwaffe prowadzone są tego dnia na dużą skalę i nie ograniczają się tylko do nalotów na szosę Tuchola-Świecie. Część artylerii dywizyjnej, czyli 9. Dywizjon Artylerii Ciężkiej, III Dywizjon 9. Pułku Artylerii Lekkiej i III Dywizjon 27. Pułku Artylerii Lekkiej w krytycznym czasie rozlokowana jest w okolicach wsi Siemkowo i Lubodzież, czyli kilka kilometrów na wschód od feralnej szosy. Nic im to nie pomaga. Największe spustoszenie w polowaniu na polskie jednostki Luftwaffe czyni we wsi Lubodzież, na którą spadają zapalające bomby termitowe, przez co duża część wsi idzie z dymem. Wydarzenie to stało się kanwą dla jednego z odcinków "Poszukiwaczy Historii", kiedy to natrafiliśmy na liczne relikty po zagładzie polskich jednostek. Dzięki uprzejmości mieszkańców Lubodzieża, udało się mi dotrzeć do unikatowych zdjęć uwieczniających moment, kiedy około południa 3 września wieś stała w płomieniach.

Kto ocalał?

Z całej tej klęski tylko nieliczne oddziały uszły jako spójne jednostki. Na szczególną uwagę zasługuje 35. Pułk Piechoty pod dowództwem podpułkownika Maliszewskiego, który uszczuplony o III batalion (który podzielił los 9 Dywizji) nie dość, że oparł się atakom jednostek 32 Dywizji Piechoty w rejonie wsi Krupocin, to tocząc zacięte boje przebiły się w okolice Fordonu, gdzie zdziesiątkowany przekroczył Wisłę. Skórę uratowała większa część 16. Pułku Ułanów, na którym niemieckie okrążenie zamknęło się dopiero pod Grudziądzem, w miejscowości Grupa, gdzie zmuszony został do kapitulacji wraz z resztkami rozbitych oddziałów artylerii 9 Dywizji Piechoty zgrupowanymi wokół pułkownika Mikołaja Alikowa, dowódcy 9. Pułku Artylerii Lekkiej.

Całkowicie zniszczony został 34. Pułk Piechoty, III batalion 35. Pułku Piechoty, przestał istnieć 9. pułk Artylerii Lekkiej i pozostałe dywizjony, kawaleria, tabory oraz sztab dywizji. Do poniesionych tego dnia strat innych jednostek polskich zaliczyć można rozbity ze szczętem 50. Pułk Piechoty i rozniesione w pył resztki 18. Pułku Ułanów mężnie walczącego pod Bukowcem.

Podsumowując ten jeden dzień, można stwierdzić, że w ciągu zaledwie trzech godzin na obszarze zamykającym się mniej więcej w jednym arkuszu wojskowej mapy topograficznej w skali 1:25 000 została unicestwiona 9. Dywizja Piechoty, a także to, co trzeciego dnia wojny zostało z Pomorskiej Brygady Kawalerii. Niemiecki atak przeprowadzono siłami 3. Dywizji Pancernej i 32. Dywizji Piechoty, przy minimalnych stratach własnych2. O sukcesie zadecydowało użycie lotnictwa szturmowego i broni pancernej.

Kto winny?

Można zadać sobie podstawowe pytanie o przyczyny tak sromotnej klęski. Długie dywagacje na ten temat przyniosły dosyć jednoznaczny werdykt. Zawinił tutaj brak jakiegokolwiek współdziałania pomiędzy dwoma wielkimi jednostkami Armii Pomorze, czyli 27. i 9. Dywizją Piechoty, co spowodowało olbrzymie przeciążenie wysiłkiem zbrojnym 9. Dywizji3. Ten stan wynikał z kompletnego braku koncepcji strategicznej na szczeblu dowództwa armii. Nie jest tajemnicą, że generał Bortnowski nie sprawdził się w roli dowódcy Armii Pomorze. Niechęć do jego osoby przebija przez niemal wszystkie wspomnienia podległych mu oficerów. Nieudolność Bortnowskiego skwapliwie wykorzystał dowódca 27. Dywizji Piechoty generał Drapella, którego rejterada z kotła świeckiego była przejawem skrajnej nieodpowiedzialności. W wyniku tego stracił większą część swej dywizji i przypieczętował zagładę reszty walczących w Borach Tucholskich jednostek Armii Pomorze z 9. Dywizją Piechoty na czele.

Dzisiaj ta dramatyczna batalia stoczona 3 września na granicy Borów Tucholskich odeszła w zapomnienie. Wszyscy pamiętają o walczącym pod Bukowcem 16. Pułku Ułanów, nie zdając sobie sprawy, że owego krytycznego dnia wysiłek zbrojny bydgoskich ułanów był tylko epizodem na tle potężniejszych zmagań, jakie miały miejsce kilkanaście kilometrów na północ od Świecia i pociągnęły za sobą zagładę dużej części Armii Pomorze.          

Olaf Popkiewicz - po ukończeniu studiów magisterskich na UMK w Toruniu jako archeolog brał udział w pracach archeologiczno-ekshumacyjnych z ramienia Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Kierował badaniami mogił ofiar Rzezi Wołyńskiej. Angażowany w charakterze biegłego i specjalisty przez IPN. Specjalizuje się w dyscyplinie zwanej archeologią pól bitewnych, bronioznawca. Redaktor i  prowadzący program telewizyjny Poszukiwacze Historii.

Przypisy:

1. Wszystkie cytowane relacje pochodzą z dokumentów zebranych w zbiorach Instytutu Polskiego i Muzeum im. Gen. Sikorskiego w Londynie, Dokumenty B1- relacje z Kampanii 1939 roku, teczki B. I. 26a - j. Zachowana została oryginalna pisownia

2. CAW, spis 68/506/631, Kriegstagebuch Stab 32. Division

3. Z jedenastu bojów stoczonych w Borach Tucholskich przez Armię Pomorze aż osiem było przeprowadzonych siłami 9. Dywizji Piechoty.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje