Na tropie "Złota Bydgoszczy"

W historii tej od początku coś nie grało. Oto były lotnik niemiecki składa propozycje polskiemu rządowi. W czasie wojny brał bezpośredni udział w ukryciu kilkuset kg złota. Po 40 latach jest skłonny wskazać lokalizację dwóch wartościowych depozytów. W odróżnieniu jednak od swoich rodaków walczących z Ministerstwem Finansów PRL o każdy procent nagrody, on nie oczekiwał żadnego udziału w znalezisku. Miał za to inną propozycję...

Po raz kolejny podążymy tropem historii skarbowych, których śladów na próżno szukać w opowieściach eksploratorów, literaturze, czy prasie sprzed lat. Rozpracowywane w okresie PRL przez Służbę Bezpieczeństwa zgłoszenia ukrytych w czasie wojny depozytów, nie należały jak się wcześniej wydawało do rzadkości. Choć trudno obecnie określić skalę tego procederu, śmiało można ustalić, że tylko w latach 80. było to co najmniej kilka spraw rocznie. Obecnie, dzięki dokumentom przechowywanym w IPN, możemy zapoznać się z ich częścią, choć zapewne nigdy nie miały opuścić archiwów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Reklama

Z dotychczasowej analizy wynika, że żadna z tych spraw najprawdopodobniej nie zakończyła się powodzeniem. Najprawdopodobniej, gdyż materiały archiwalne nie zawierają tego typu informacji. Trzeba jednak przyznać, że zbiory nie są kompletne, często rozproszone i w większości przypadków pozbawione podsumowania. Albo więc ktoś na jakimś etapie je usunął, bądź zakończenia zwyczajnie nie było, z powodu np. zrywania umów lub braku realizacji założonych w nich działań. Tak było w przypadku tzw. "skarbu Hansa Franka". Przypomnijmy.

Dwóch mieszkańców Stuttgartu, występując w imieniu bezpośrednich uczestników ukrycia nazistowskiego depozytu, negocjowało w drugiej połowie lat 80. z Ministerstwem Finansów PRL warunki ujawnienia jego lokalizacji. Po trzech latach żmudnych rozmów zakończonych podpisaniem umowy, nagle, bez wyraźnej przyczyny, zerwali ją, znikając bez śladu. Tyle przynajmniej wiemy ze źródeł archiwalnych. Sprawa jednak miała swoje drugie dno, którego opisu na próżno szukać w teczce IPN. Zresztą historia ta ma obecnie swój ciąg dalszy i nadal się rozwija ("Odkrywca" nr 2, 9/2011, 1/2012).

Dwa kolejne przykłady podobnych spraw, lecz mniejszego kalibru, odnalezione zostały w materiałach Biura Paszportów MSW "Wywóz kosztowności przez obywateli RFN... 1982-1984". Oba dotyczyły prób odzyskania ukrytego na Ziemiach Odzyskanych poniemieckiego mienia znacznej wartości. Jego właściciele z Niemiec, za pośrednictwem pełnomocników - kancelarii prawnej i mieszkańca Szczecina - negocjowali w zamian za jak największy udział w znaleźnym warunki ujawnienia lokalizacji owych depozytów ("Odkrywca" nr 1/2012).

Ostatnio udało się w IPN odnaleźć kolejną teczkę zawierającą znacznie obszerniejszy zbiór dokumentów dotyczący powyższych dwóch spraw. Mimo istotnego uzupełnienia licznych luk, nie wnosi jednak do tematu znacznych zmian - rezultat prowadzonych rozmów nadal pozostaje nieznany. Jednak nowo pozyskane dokumenty obejmują także kolejne, zupełnie nieznane dotychczas sprawy. Główną różnicą w stosunku do dotychczas prezentowanych jest to, że... no właśnie przekonajmy się co, na przykładzie pierwszej z nich.

Magia papieru

Zbiór liczy zaledwie kilkanaście kart dokumentów zawierających głównie korespondencję pomiędzy poszczególnymi departamentami Ministerstw Spraw Wewnętrznych, Finansów, Spraw Zagranicznych i Ambasadą PRL w Kolonii. Jednak najważniejsze z nich jest zgłoszenie niejakiego Hansa Tränkle, wraz załącznikami, które wpłynęło do polskiej placówki dyplomatycznej w Niemczech Zachodnich 30 IX 1986 roku. Urzędowe pismo, jak na lata 80. wygląda nader współcześnie. Papier jest firmowy, oznaczony logiem przedsiębiorstwa Palux Gastrosystem zajmującego się do dziś produkcją wyposażenia kuchennego. W nagłówku dane teleadresowe biznesmena wskazują, że interes prowadzi w nadreńskiej miejscowości Ruppichteroth położonej 30 km na wschód od Bonn. Dodatkowe informacje mówią, że jest również przedstawicielem regionalnym fabryki Patznera (grille), dla której prowadzi obsługę klienta i serwis gwarancyjny. W prawym górnym rogu odnajdujemy numer konta w banku Reiffeisen.

Największą uwagę przyciąga jednak czcionka, sugerująca posługiwanie się komputerowym edytorem tekstu, co jak na owe czasy wciąż królujących maszyn do pisania było swoistym wyjątkiem. Szczególnie jest to widoczne w zestawieniu z dokumentami tworzonymi w tym samym czasie przez polskie instytucje. Widać, że taka forma korespondencji, zgodnie z najlepszymi wzorcami biznesowymi, ma na odbiorcach wywierać odpowiednie wrażenie. Na pewno robią je dołączone kserokopie. Pierwsza strona paszportu ze zdjęciem pana Tränkle, dzięki której dowiadujemy się o nim naprawdę sporo. Uzupełnia ją odbitka soldbucha (książeczki wojskowej) z czasów II wojny światowej i żołnierskiego biletu kolejowego z pieczątką jednostki, w której służył.

Trudno nie zwrócić również uwagi na niemiecką mapę lotniczą okolic Borów Tucholskich. Cóż, jeżeli Karl chciał się uwiarygodnić, z pewnością zrobił wszystko co mógł, aby zaprezentować się z jak najlepszej strony. Na początku jednak zadzwonił do ambasady PRL w pobliskiej Kolonii, by wysondować, czy są szanse na podjęcie jakichkolwiek działań w sprawie, którą zamierzał przekazać...

Jest koniec września 1986 roku. Radca Wydziału Konsularnego Ambasady PRL Stanisław Kantorski odebrał po godzinie 14:00 telefon. Po drugiej stronie słuchawki odezwał się Karl Tränkle, restaurator z nadreńskiej miejscowości Ruppichteroth, z intrygującą propozycją. Radca już wielokrotnie słyszał podobne. Ponadto od jakiegoś czasu pośredniczył w rozmowach pomiędzy dwoma mieszkańcami Stuttgartu, a Ministerstwem Finansów w sprawie "skarbu Hansa Franka". Rozmówca poinformował radcę placówki dyplomatycznej o ukrytym w czasie wojny depozycie, w którego zakopaniu brał osobiście udział w grudniu 1944 roku. Niemiec jednak lojalnie uprzedzał, że na początku warto sprawdzić, czy złoto nie zostało po wojnie odnalezione przez stronę polską.

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama