Podziemne Tajemnice Lubania. Co kryje się w środku?

To już drugi etap badań. Dzięki dodatkowemu oświetleniu mogliśmy zobaczyć obraz aż z kilkunastu metrów. W obu kierunkach nie widać przodków bądź zawałów zamykających przejścia. Możemy zobaczyć jednak coś innego...

10 marca 2018 roku wiertnica firmy Maxam już za pierwszą próbą przebiła się przez 20 metrów skały i wwierciła do wnętrza schronu. Chwilę potem do wąskiego otworu wprowadziliśmy kamerę firmy Gralmarine. Gdy na ekranie zobaczyliśmy stabilną konstrukcję, solidną drewnianą obudowę i niezawalony odcinek korytarza, mogliśmy odetchnąć z ulgą. Najważniejsze dwa pytania - czy schron został wybudowany i czy zachował się w dobrym stanie - zyskały odpowiedź. Podziemia istnieją i są drożne co najmniej 100 metrów w głąb góry, bo w takiej odległości od wejścia udało się nam najdalej wwiercić do środka. Co dalej?

Dwie metody wejścia

Reklama

Naszym głównym celem, realizowanym dzięki miastu Lubań i przy wsparciu Stowarzyszenia Miłośników Górnych Łużyc, pozostaje wejście do wnętrza podziemnego obiektu. Nie jest to proste. Spośród czterech wejść, które zostały oznaczone na planie odnalezionym w lubańskim archiwum przez Tomasza Bernackiego, jedno - zapasowe - z całą pewnością nie zostało ukończone. Niemcy wykonali jedynie 40 m korytarza. Z planowanych 290 m śladów drugiego, które miały wybiegać z pobliskiego skalnego kamieniołomu, nie udało się dotychczas odnaleźć. Natomiast dwa główne wloty, wiodące do wnętrza kompleksu od strony ulicy Parkowej, zostały zawalone lub wysadzone w stopniu uniemożliwiającym szybkie i bezproblemowe odkopanie. To właśnie stopień zniszczenia wejść oraz trudności i koszty, jakie należałoby ponieść, by dostać się do wnętrza góry, spowodowały, że powojenni "poszukiwacze skarbów" z PPT nie zdołali dostać się do środka.

Obecnie istnieją dwie metody dostania się do środka. Pierwsze - poprzez wykucie około 20-26 metrowego (w zależności od lokalizacji) szybu, poprowadzonego pionowo w miejscu jednego z udanych odwiertów. Drugim - jest rozwiązanie górnicze, prowadzone poziomo, polegające na odkopaniu jednego z dwóch zasypanych wejść. W tym drugim przypadku zawał, jaki należałoby pokonać, może mieć ok. 30 metrów długości.

Obydwie metody mają swoje wady i zalety. W przypadku bicia pionowego szybu, koszty tej operacji są możliwe do oszacowania. Wiemy, jaką odległość mamy pokonać i jakie trudności możemy napotkać. W przypadku zakończonego sukcesem wykucia odpowiednich rozmiarów szybu, do środka schronu będzie można się dostać, jednak możliwości prowadzenia dalszej eksploracji czy udostępnienia podziemi dla zwiedzających będą ograniczone. Problemy te znikają w przypadku prowadzenia górniczego odkopywania wlotów. Pojawiają się za to inne - zwiększone koszty, trudne do oszacowania z powodu braku wiedzy o długości zawału czy trudności techniczne związane z wybudowanymi przy wlotach współczesnymi placami zabaw. Zanim wybierzemy propozycję dalszego postępowania, warto jest spróbować dowiedzieć się jak najwięcej o podziemiach, do których chcemy się dostać.

Kamera, oświetlenie i "zjawy"

Odwierty, którymi możemy "zajrzeć" do środka podziemi, mają ok. 100 mm średnicy. Całkiem sporo, gdy chce się do środka wprowadzić niewielkich rozmiarów kamerę inspekcyjną, ale niezbyt dużo, gdy chce się sięgnąć wzrokiem kilkadziesiąt metrów w głąb korytarzy. Kamery HD przekazują wprawdzie dobrej jakości obraz, ale największym problemem pozostaje odpowiednie źródło światła. Nasz stały partner, wrocławska firma Gralmarine, specjalizuje się w konstruowaniu kamer przekazujących obraz spod wody, często z dużych kilkusetmetrowych głębokości. Tym razem specjalnie na potrzeby akcji w Lubaniu przygotowali dla nas specjalną konstrukcję, która miała pomóc rozświetlić kilkadziesiąt metrów w części zalanych podziemi. Do odwiertu wprowadziliśmy zasilaną z akumulatora i przetwornicy wodoszczelną lampę o średnicy 70 mm i mocy 1000 watów. Do tego samego otworu o głębokości prawie 28 metrów wprowadziliśmy używaną poprzednio kamerę rejestrującą obraz poziomy. Wysoka temperatura pracy lampy o tak dużej mocy sprawia, że musi ona pracować pod wodą. Choć w badanym podziemnym korytarzu poziom wody wynosi ok. 60-70 cm, to z uwagi na potrzebę zmiany kąta padania światła, lampę musieliśmy umieścić nad wodą. Od tego momentu mogliśmy jej używać tylko przez kilka minut. Jednak te minuty w zupełności wystarczyły, aby na ekranie ujrzeć nowe szczegóły.

Odwiert poddany badaniom został wykonany tuż przy północno-wschodniej ścianie głównego korytarza zaczynającego się od wejścia nr 1 (wg niemieckiej nomenklatury). W sztolni wyraźnie widać tory z podkładami oraz leżącą bliżej ściany rurę-przewód, być może doprowadzającą sprężone powietrze do młotów służących do drążenia schronu. Obok znajduje się kilka niezidentyfikowanych porzuconych przedmiotów, z których jeden na pierwszy rzut oka przypomina niewielki detonator przewodowy. Niestety mimo dokładnej analizy filmu i wykonanych za pomocą kamery zdjęć nie udało się rozwiązać zagadki przeznaczenia tego przedmiotu. W ścianach sztolni widać co najmniej w dwóch miejscach wystające pręty, które mogą być pozostawionymi, wbitymi w ścianę wiertłami. 

Najbardziej zagadkowe obrazy widać jednak w głębi korytarzy. Dzięki dodatkowemu oświetleniu mogliśmy zobaczyć obraz z kilkunastu metrów. W obu kierunkach nie widać przodków bądź zawałów zamykających przejścia. Możemy zobaczyć jednak coś innego. Po stronie prowadzącej do wejścia światło odbija się od regularnego sklepienia. To prawdopodobnie drewniana obudowa zabezpieczająca ten fragment korytarza, zatem może znajdować się tam odnoga, wiodąca do pomieszczenia oznaczonego na planie jako pokój medycznej pomocy (niem. Sanitätsraum). W tym miejscu widać dziwną "zjawę" - wysoki przedmiot odbijający światło i znajdujący się pośrodku domniemanego skrzyżowania. Patrząc w głąb schronu, widać coś jeszcze bardziej interesującego. Pośrodku sztolni, w odległości kilkunastu metrów, wyraźnie widać większy kształt, odbijający się w lustrze wody. Znajduje się na środku korytarza na torach i wygląda niczym porzucony wagonik lub duże skrzynie.

Misja schron

Aby przekonać się czym dokładnie są przedmioty widoczne na obrazie, powinniśmy wejść do środka schronu. Mamy nadzieję, że jeden ze wspomnianych wyżej wariantów prac jeszcze w tym roku uda się rozpocząć. Jednak równocześnie zainicjowaliśmy dwa niezależne projekty mające pomóc nam odpowiedzieć na pytanie, co kryje się w dalszych częściach schronu. Zadanie to mają wypełnić niewielkie zdalnie sterowane pływające pojazdy, wyposażone w kamerę. Do realizacji tego skomplikowanego problemu przystąpiły firma Gralmarine oraz grupa konstruktorów związana z łódzką firmą TME. Trudności do pokonania jest całkiem sporo - przesył obrazu na górę, komunikacja i sterowanie pojazdem, odpowiednie oświetlenie oraz napęd. Do tego wszystkiego pojazd nie może przekraczać średnicy 90 mm z uwagi na rozmiar otworu, przez który będziemy go spuszczać do środka.

Zadanie wydawało się niewykonalne. A jednak w chwili, gdy powstaje ten artykuł, oba pojazdy wchodzą w fazę testów.

Łukasz Orlicki

Szef GEMO - Grupa Eksploracyjna Miesięcznika Odkrywca

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje