​POLOWANIE NA WILHELMA KOPPEGO. Część 1

Dwóch najważniejszych urzędników Generalnego Gubernatorstwa na celowniku polskiego podziemia. Czy zamachy na nich miały szanse powodzenia?

Sprzyjało mu niesamowite szczęście. Dwukrotnie śmierć zaglądała mu w oczy i dwukrotnie odpuściła, pozostawiając go wśród żywych. Obergruppenführer SS i generał Waffen SS Wilhelm Koppe, bo o nim mowa, od listopada 1943 roku był wyższym dowódcą SS i policji do spraw obszarów wschodnich, czyli Generalnego Gubernatorstwa, jednocześnie zasiadając w rządzie GG jako sekretarz stanu (minister) do spraw bezpieczeństwa. Tym samym był prawą ręką generalnego gubernatora doktora Hansa Franka, podlegając także Heinrichowi Himmlerowi, reichsführerowi SS i szefowi policji niemieckiej, który w interesującym nas okresie był równocześnie ministrem spraw wewnętrznych Rzeszy.

Reklama

Do okupowanej Polski Wilhelm Koppe przyjechał z Dresden (Drezna), gdzie kierował podległymi SS saksońskimi instytucjami policyjnymi, w tym gestapo. I tu pozostał praktycznie do końca wojny, uciekł z Krakowa w styczniu 1945 roku. W 1943 roku, gdy pojawił się w stolicy Generalnego Gubernatorstwa, miał 47 lat i był typowym mordercą zza biurka. Osobiście Koppe prawdopodobnie nikogo nie zabił, w gronie współpracowników planując natomiast zbrodnie przeciwko ludzkości. Wniósł "ogromny wkład" zwłaszcza w dzieło uruchomienia, jeszcze przed konferencją w Wannsee, pierwszego na świecie ośrodka masowej zagłady Żydów w Kulmhofie (Chełmnie nad Nerem) na terenie Kraju Warty, gdzie przez niemal równo cztery lata był wyższym dowódcą SS i policji. Arthur Greiser, namiestnik Rzeszy w Kraju Warty, wielokrotnie chwalił Koppego i cenił współpracę z nim. Po raz ostatni obaj towarzysze partyjni pojawili się w Posen u boku Hei­nricha Himmlera 24 października 1943 roku podczas obchodów Dnia Wolności. Miesiąc później Koppe był już w Krakowie, gdzie podjął niełatwą współpracę z Frankiem. Wszystko wskazuje, że układała się ona znacznie lepiej niż jego poprzednika Friedricha Wilhelma Krügera.

Catherine Epstein, autorka "Wzorcowego nazisty", twierdzi jednak, że "w pierwszej połowie 1940 roku Greiser i Koppe toczyli walkę o władzę, w której zwycięsko wyszedł gauleiter", czyli Greiser. I po tym, jak Koppe pogodził się z podporządkowaniem swojego stanowiska namiestnikowi Rzeszy w Kraju Warty, obaj dygnitarze hitlerowscy "współpracowali ze sobą bez rzucających się w oczy starć". Po przyjeździe do Krakowa Koppe prawdopodobnie nie powtórzył walki z Frankiem, wiedząc że dużo bardziej agresywniejszy Krüger przez tyle lat jej nie wygrał...

Niecelny rzut

To obergruppenführer SS Krüger odpowiadał za najcięższe zbrodnie w Generalnym Gubernatorstwie. Sprawnie zorganizował zagładę Żydów w GG i likwidację getta warszawskiego, w ramach akcji AB wymordował - rękami esesmanów - kwiat polskiej inteligencji, kierował krwawą pacyfikacją Zamojszczyzny, nie wspominając już o codziennym terrorze. I właśnie Krügera konspiratorzy z sekcji krakowskiej specjalnego oddziału "Kosa - 30" Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Komendy Głównej Armii Krajowej postanowili wiosną 1943 roku zgładzić w zamachu. Na śmierć zasłużył on po stokroć. "Długo można by wyliczać zbrodnie Friedricha Krügera. Każda z nich zasłużyła na najwyższą karę" - pisał w konkluzji swego raportu w tej sprawie szef wywiadu "Kosy - 30" Aleksander Kunicki, pseudonim "Rayski".

"Biuletyn Informacyjny" Armii Krajowej w wydaniu z 6 maja 1943 roku pod tytułem "Zgładzenie Krügera" zamieścił komunikat Kierownictwa Walki Konspiracyjnej z 29 kwietnia 1943 roku z informacją o zabiciu kata GG 20 kwietnia o godzinie 9:50. "Dwie bomby rzucone rankiem 20 kwietnia w samochód przejeżdżającego ulicami Krakowa dygnitarza niemieckiego mają doniosłe znaczenie polityczne. Bomby te bowiem odebrały życie głównemu organizatorowi niemieckiej polityki terroru w Polsce. Zgładzony został nie jeden z wykonawców - lecz jeden z twórców tego straszliwego ucisku, w jakim od kilku lat żyje Kraj. [...] Karząca dłoń Polski Podziemnej ugodziła tym razem w centrum wrogiej nam woli. Jak silnie odczuły to władze niemieckie - najlepiej dowodzi fakt zatajenia zamachu na Krügera. Ciężko ranny dygnitarz hitlerowski zmarł w parę dni do [chyba od - przyp. autora] zamachu - tymczasem do dnia dzisiejszego prasa niemiecka milczy!" - czytamy w akowskim "Biuletynie Informacyjnym".

Zamach zaplanowano przeprowadzić w rejonie wylotu ulicy Wygoda w aleję Zygmunta Krasińskiego, a więc niedaleko Wawelu. Pięcioosobowa grupa akowców zauważyła czarnego mercedesa obergruppenführera o godzinie 9:49 we wtorek, 20 kwietnia, czyli w 54. rocznicę urodzin Adolfa Hitlera. Chwilę później podchorążowie Tadeusz Battek "Góral" i Andrzej Jankowski "Jędrek" rzucili w kierunku samochodu kata GG granaty zwane filipinkami. Nie trafili. Granaty wybuchły tuż za samochodem, którego kierowca w ostatniej chwili intuicyjnie przyspieszył. Z okolicznych domów Niemcy zaczęli strzelać do zamachowców, więc ci błyskawicznie się wycofali, nie sprawdzając, co stało się z Krügerem. Jego uszkodzony wybuchem granatów mercedes z rejestracją Ost-31 zatrzymał się przy krawężniku ulicy. Z uszkodzonego baku wyciekała benzyna...

Wbrew temu, co napisał "Biuletyn Informacyjny", Friedrich Krüger przeżył zamach. W raporcie, który jeszcze tego samego dnia wysłał do kwatery Himmlera, informował, że nie odniósł obrażeń. Przez pewien czas nie pokazywał się jednak publicznie, stąd też niektórzy historycy przypuszczają, że mógł zostać ranny. W każdym razie po kilku tygodniach Krüger wrócił do "pracy", ale jego los był już przesądzony. Himmler postanowił zastąpić go bardziej elastycznym Koppem, co zakomunikował mu na trybunie, gdy wspólnie z Greiserem w październiku 1943 roku odbierali przed poznańskim zamkiem defiladę z okazji obchodzonego w Kraju Warty Dnia Wolności.

Nigdy się już nie dowiemy, czy przeprowadzka z Poznania do Krakowa była dla Koppego awansem. Być może cieszył go fakt, że został członkiem rządu Generalnego Gubernatorstwa odpowiedzialnym za bezpieczeństwo, ale ani tego rządu nikt w Rzeszy nie traktował poważnie, ani nie było żadnej nadziei na przywrócenie w GG porządku i bezpieczeństwa. Nie, Koppe na pewno wolałby zostać w bezpiecznym Posen. Tu, w Krakau, musiał się strzec na każdym kroku, otaczając się licznymi ochroniarzami.

Przygotowania do zamachu na Hansa Franka

Podległe obergruppenführerowi SS Wilhelmowi Koppemu służby nie wykryły zamachu, który Armia Krajowa przygotowywała od jakiegoś czasu. Na celowniku Polski Podziemnej znalazł się jednak nie on, a sam generalny gubernator. Doktor Hans Frank od dawna znajdował się na szczycie listu potencjalnych celów zamachu AK, ale ze względu na spodziewany krwawy odwet na ludności polskiej, dotychczas zostawiano go w spokoju. W końcu miarka się przebrała. Bezwzględny terror okupanta i zbliżanie się Armii Czerwonej do granic GG ośmieliło dowództwo Okręgu Krakowskiego AK do działania.

Mniej więcej w połowie stycznia 1944 roku komendant tego okręgu, pułkownik "Luty", pod którym to pseudonimem ukrywał się cichociemny Józef Spychalski, otrzymał z Lwowa informację, że na 11. rocznicę dojścia do władzy w Niemczech Adolfa Hitlera i 4. rocznicę zakończenia procesu tworzenia Generalnego Gubernatorstwa do stolicy najmłodszego dystryktu GG Galicja na rocznicowe uroczystości pojedzie pociągiem Hans Frank. Nie da się dzisiaj stwierdzić, czy do akowców dotarła informacja, że w podróży generalnemu gubernatorowi towarzyszyć będzie Wilhelm Koppe. Od współpracujących z AK kolejarzy uzyskano informację, że specjalne wagony salonowe zamierza się doczepić do pociągu urlopowego (SF-Zug), który z dworca Kraków Główny/Krakau Hauptbahnhof odjedzie do Lwowa 29 stycznia o godzinie 22:45.

Minęło kilka dni. Około 20 stycznia pułkownik "Luty" polecił porucznikowi "Powolnemu" (Ryszardowi Nuszkiewiczowi) przygotowanie planu wysadzenia w powietrze pociągu, którym jechać będzie gubernator generalny, a także zorganizowanie w tym miejscu zasadzki ogniowej. W pierwszej kolejności "Powolny" wytypował miejsce akcji - Puszczę Niepołomicką na odcinku między stacjami Podłęże i Grodkowice (obecnie Szarów), a następnie we współpracy z pułkownikiem "Jaremą" (doktorem Stefanem Tarnawskim), szefem krakowskiego Kedywu, omówiono szczegóły akcji. Gdy "Luty" na jej dowódcę wyznaczył majora "Wąsacza" (Stanisława Więckowskiego), oficera łącznikowego Sztabu Okręgu AK w Krakowie przy Kedywie, także i on włączył się do prac przygotowawczych. Czasu nie było wiele. W tak krótkim, bo kilkudniowym terminie, nie udało się zdobyć silnego materiału wybuchowego, przede wszystkim tak zwanego plastiku, którego z konieczności zastąpił wykradziony z kopalni soli w Wieliczce sproszkowany trotyl. Na czas nie dotarły też trzy ręczne karabiny maszynowe oraz sto granatów, które potrzebne były do zorganizowania skutecznej zasadzki ogniowej.

Gdy do "Lutego" dotarła informacja, że "Wąsacza" położyła do łóżka silna grypa, przeprowadzenie akcji na jadący do Lwowa SF-Zug stanęło pod wielkim znakiem zapytania. Taka okazja może się szybko nie powtórzyć - przekonywali komendanta Okręgu AK jego najbliżsi współpracownicy. I pułkownik zdecydował. Obowiązki "Wąsacza" przejmie porucznik "Powolny" i akcja się odbędzie.

Na wyznaczonym odcinku linii kolejowej Kraków - Tarnów zaminowano oba tory, bo chociaż na liniach Kolei Wschodnich (Ostbahn) obowiązywał ruch lewostronny, pociąg urlopowy mógł wyjątkowo zostać skierowany na prawy tor.

Był późny sobotni wieczór 29 stycznia 1944 roku. Przed dworzec Krakau Hauptbahnhof podjechały limuzyny. Z jednej z nich wysiadł Hans Frank w towarzystwie swego adiutanta sturm­­­ba­­­n­­n­­­­führera SS Helmutha Pfaffenrotha, a z drugiej obegruppenführer SS Wilhelm Koppe. Obu nazistowskim dygnitarzom towarzyszyli urzędnicy z władz GG oraz kilku oficerów Wehrmachtu i SS. Frank ze swym adiutantem i trzema oficerami wsiedli do salonki numer 1006, a Koppe z kilkoma innymi osobami do salonki 1001. Oprócz tych dwóch wagonów, do pociągu urlopowego doczepiono też trzeci wagon z 25 uzbrojonymi funkcjonariuszami policji kolejowej.

Zegary dworcowe pokazywały godzinę 22:40. Po chwili podniesione zostało ramię semafora, a czerwone światło zmieniło się na zielone. W kłębach pary i dymu pociąg ruszył ku swemu przeznaczeniu.

Ucieczka w mrok nocy

Prawie 22 kilometry od dworca Kraków Główny na SF-Zug czekali już akowcy. Około 22:20 minął ich jadący od strony Bochni parowóz, który pchał przed sobą wagon-lorę z piaskiem. Tak Niemcy kontrolowali trasę przed przejazdem ważnego pociągu. O dziwo, lokomotywa jechała prawym, a więc nieprzepisowym na Ostbahn torem, co mogło oznaczać tylko jedno. Oczekiwany przez nich pociąg z Frankiem od strony Krakowa pojedzie po właściwym, czyli lewym torze.

Około godziny 23:10 błysk latarki jednego z akowców oznaczał, że zbliża się oczekiwany pociąg. Sześć, może siedem minut później nocną ciszę przerwał huk eksplozji. Dieter Schenk w biografii Hansa Franka napisał, że nastąpiła ona o ułamek sekundy za późno, a będący na miejscu zamachu "Powolny", czyli Ryszard Nuszkiewicz w wydanych w 1967 roku wspomnieniach "Zamach na pociąg Hansa Franka 29 I 1944", że o ułamek sekundy za wcześnie: "Obserwując wybuch stwierdzam - z jednej strony nieco wczesne odpalenie, z drugiej strony - podziwiam orientację i refleks wytrawnego maszynisty, który z miejsca hamuje lokomotywę, zmniejszając wydatnie następstwa kraksy. Pociąg wyrzucony z szyn podskakuje po torowisku rwąc podkłady kolejowe i w zwalniającym biegu zatrzymuje się zgięty w harmonijkę na pobliskim wiadukcie".

Gdy pociąg się zatrzymał, ochrona gubernatora i prawdopodobnie też część z jadących nim żołnierzy frontowych otworzyli ogień w stronę pobliskiego lasu. Jednocześnie wystrzelono rakiety oświetlające. W tym czasie akowcy wycofywali się już z miejsca akcji. Tak ucieczkę zapamiętał Ryszard Nuszkiewicz i po latach opisał w swoich wspomnieniach: "Wśród ogólnej ciszy jakby zamarłego pociągu podrywamy się do odskoku. Gdy przebiegamy drogę pod wiaduktem na stronę południową linii kolejowej, skrzywiony i zaszokowany przestrachem pociąg odzywa się gęstą kanonadą karabinów maszynowych swej ochrony i dobrze uzbrojonych pasażerów. Błysk licznych rakiet świetlnych i strzelanina godna niejednej bitwy - łamie sen puszczy. Sceneria ta towarzyszy nam przez długie kilometry odskoku". Dodam jeszcze gwoli wyjaśnienia, że odskokiem akowcy nazywali ewakuację z miejsca akcji.

I tę ewakuację jednej z trzech grup, tej właśnie, w której był "Powolny", opóźniał major "Wąsacz". Mimo niewyleczonej do końca grypy, przybył on na miejsce akcji. Mocno osłabionego majora, który w pewnym momencie nie był w stanie dalej iść, prowadzili pod ręce porucznik "Powolny" i podporucznik "Spokojny" (Henryk Januszkiewicz). Po kilku kilometrach takiego marszu znaleźli oni schronienie w chłopskiej chałupie pod Wieliczką, gdzie "Wąsacz" odzyskiwał siły...

Mimo zaangażowania sporych sił i środków, akcja w Puszczy Niepołomickiej okazała się nieudaną. Nikomu z pasażerów SF-Zugu nic się nie stało, jeśli nie liczyć jakichś drobnych siniaków i zadrapań. Z zamachu cało wyszli i Hans Frank, i Wilhelm Koppe, z których pierwszy nazajutrz do Lwowa poleciał samolotem Ju 52.

CDN

Leszek Adamczewski

Poznański dziennikarz i pisarz. Autor ponad 20 książek, poświęconych tajemniczym zdarzeniom z czasów II wojny światowej. W minionym roku ukazały się dwie jego książki: "Prusy w ogniu. Między Królewcem a Toruniem" oraz "Tajemnicza broń Hitlera. Na tropie tajnych badań III Rzeszy". Wiosną tego roku do księgarń trafiła kolejna książka Adamczewskiego "Na podbój świata. Śląskie sensacje wojenne".

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje