Przerwana ucieczka

To nie był ostatni niemiecki pociąg ewakuacyjny, który wyjechał z szykującego się do obrony przed Armią Czerwoną Poznania. Ten (podobnie zresztą jak ów naprawdę ostatni) nie ujechał daleko. Tuż za rogatkami Poznania został ostrzelany przez Rosjan i unieruchomiony. I chociaż w minionych latach pojawiły się relacje i wspomnienia byłych żołnierzy Wehrmachtu, którzy próbowali odbić pociąg, nigdy i nigdzie nie pojawił się znak życia od kogoś, kto nim wtedy jechał. To jeszcze o niczym nie świadczy, ale prowokuje do stawiania pytań. Choćby tego, czy aby Rosjanie nie wymordowali wszystkich, którzy uciekali tym pociągiem?

W 1970 roku Alojzy Górka pracował jako palacz w Zakładach Przemysłu Gumowego "Stomil" w Poznaniu i z okazji zbliżającej się 25. rocznicy wyzwolenia tego miasta spod okupacji hitlerowskiej zgodził się porozmawiać z dziennikarką "Expressu Poznańskiego" Marią Pabel. A miał o czym, bo - jak wynika z jego wspomnień - przez kilka dni na początku trzeciej dekady stycznia 1945 roku służył czerwonoarmistom za przewodnika. Do spotkania Polaka z żołnierzami radzieckimi doszło w leśniczówce, w Babkach pod Poznaniem, a skorzystano z jego pomocy, ponieważ czerwonoarmiści dowiedzieli się, że dobrze zna on okolice przeprawy przez Wartę pod Czapurami.

Reklama

Maria Pabel, gęsto cytując Alojzego Górkę, pisała: "Część wojska przeszła już po lodzie na drugą stronę rzeki w kierunku lubońskiej szosy, przeprawiono także lżejszy sprzęt, ale pod pierwszym czołgiem lód się załamał - czołg zatonął. (...) Alojzy Górka i jego dwaj radzieccy towarzysze także przejechali po lodzie na drugi brzeg.
- Była noc - opowiada Górka - gdy od strony Poznania posłyszeliśmy zbliżający się pociąg.
- Skąd on i kogo może wieźć? - zapytał mnie oficer.
- To z Poznania, a czy są już w mieście Rosjanie? - zapytałem ja z kolei.
- Nie.

- Więc to Niemcy!...

Do torów podjechało działo artyleryjskie, gotowe do akcji. Posypały się pociski w sam parowóz. Widać było jeden ogień. Pociąg się wykoleił. Nasz samochód pojechał lasem w kierunku Puszczykowa".

Ten fragment artykułu z "Expressu Poznańskiego" z 23 lutego 1970 roku zawiera pierwszą znaną mi wzmiankę na temat ostatniego niemieckiego pociągu ewakuacyjnego z Posen, który w nocy z 22 na 23 stycznia 1945 roku został zniszczony w rejonie leżącej niedaleko Czapur (wtedy jeszcze Staffelbach) innej podpoznańskiej wioski - Łęczyca (Lenschütz). Wspomniany zaś przez Górkę czołg, pod którym załamał się lód, faktycznie był działem samobieżnym.

Ucieczka Arthura Greisera

W sobotę, 20 stycznia 1945 roku, w Posen ukazał się ostatni numer dziennika "Ostdeutscher Beobachter", organu NSDAP okręgu Warty. Przeglądając dziś tę gazetę zauważymy, że nie ma w niej ani jednej wzmianki o groźnej dla poznańskich Niemców sytuacji militarnej. A wystarczyłoby, aby poprzedniego dnia reporter udał się na dworzec Posen Hauptbahnhof, przez który przejeżdżały pociągi przepełnione do granic możliwości niemieckimi uchodźcami ze wschodnich miejscowości Kraju Warty, i posłuchał tych ludzi, co mają do powiedzenia.

"Nieszczęście nadeszło cicho, na płozach piętnastu dużych sań, z których każde były pełne szarobrązowych żołnierzy, częściowo mających na mundurach ochronną, przeciwśniegową odzież. Żaden Niemiec z tej wsi nie uszedł losowi, jaki mu był pisany" - tak w swej słynnej "Wielkiej ucieczce" Jürgen Thorwald pisał o wkroczeniu czerwonoarmistów do wschodnich powiatów Kraju Warty.

Ich zemsta za okrutne zbrodnie hitlerowskie na okupowanych terenach ZSRR była straszna. Swój szlak bojowy znaczyli ogniem pożarów i stosami trupów. Także w Wielkopolsce. W ostatnim numerze "Ostdeutscher Beobachter" nie zapowiedziano też ewakuacji ludności niemieckiej, ani nie wspomniano o podjętych do niej przygotowaniach. A przecież w tamtą styczniową sobotę ewakuacja trwała już w najlepsze. Niemcy uciekali, zabierając ze sobą tylko niezbędne bagaże. Wszędzie palono dokumenty i akta, zacierając ślady swej zbrodniczej działalności w Kraju Warty. Do ostatnich minut działał jednak aparat terroru hitlerowskiego.

Było już ciemno, gdy w tamtą styczniową sobotę na ośnieżony dziedziniec poznańskiego Zamku, który podczas wojny przebudowywano na rezydencję Adolfa Hitlera, zaczęły wjeżdżać samochody zdenerwowanych dygnitarzy nazistowskich. Na godzinę 18 namiestnik Rzeszy w Kraju Warty i gauleiter NSDAP Arthur Greiser zwołał bowiem kolejną w tych dniach naradę. Jej uczestnicy twierdzili później, że wielu z tych, którzy wcześniej bywali na podobnych spotkaniach, teraz się nie pojawiło. Nie wytrzymali napięcia psychicznego ostatnich godzin, i porzucając wszystko, w tym czasie uciekali już na zachód.

- Pan gauleiter! - zaanonsował szefa jego partyjny zastępca Alfred Schmalz. Greiser powoli wszedł na salę. Popatrzył na obecnych, chociaż myślami był pewnie już gdzie indziej.

- Moi panowie, w ciągu jednego, najpóźniej dwóch dni Rusek będzie w Posen - powiedział cichym głosem. - Pozostawiam tu dzieło mego życia. Nieukończone. Jestem z tym krajem głęboko związany. Mój syn spoczywa w tej ziemi. Rozkaz Führera wzywa mnie do Berlina dla wypełnienia zadania przy Reichsführerze SS. Mój zastępca przejmie dowództwo.

Gdy tylko Greiser opuścił Zamek, Alfred Schmalz rozkazał: - Panowie, ewakuacja. Do końca dzisiejszego dnia wszystkie urzędy i instytucje muszą opuścić Posen. Za przebieg ewakuacji odpowiada towarzysz partyjny Sprenger. Czasu nie zostało wiele. Do roboty!

Atak na pociąg

Gdy kolumna limuzyn wiozących namiestnika Rzeszy oraz świtę towarzyszących mu osób mijała tablicę z napisem Posen, w najlepsze trwała paniczna ucieczka pozostałych w mieście Niemców. Uciekali najkrótszą drogą na zachód, by znaleźć się jak najdalej od nacierającej Armii Czerwonej. Przepełnione pociągi ewakuacyjne jechały w kierunku przede wszystkim Frankfurtu nad Odrą, gdzie też udał się Greiser.

Linia do Frankfurtu miała jednak swą przepustowość, którą wykorzystywano do granic możliwości. Część pociągów z uciekinierami kolejarze niemieccy kierowali więc na inne - jak się zdawało - jeszcze bezpieczne szlaki, głównie w kierunku Breslau i Stettina (Wrocławia i Szczecina), licząc, że uda się im dojechać albo do Lissy (Leszna), gdzie część pociągów kierowano do Glogau (Głogowa), albo do Kreuz (Krzyża), który był dużą stacją węzłową, skąd rozchodziły się linie na Pomorze i do Brandenburgii.

W tamtych dniach wielkiej ucieczki Niemców, dworzec Posen Hauptbahnhof opuścił interesujący nas pociąg ewakuacyjny. Składał się on z dwóch parowozów, czterech lub pięciu (według różnych relacji) osobowych wagonów pulmanowskich i kilkunastu dwuosiowych wagonów towarowych wypełnionych przeróżnym dobrem: futrami, żywnością, sprzętem biurowym, maszynami do szycia. I to jest dziwne, a przynajmniej zastanawiające, ponieważ znane są przypadki, gdy z wagonów wyrzucano na tory nawet skarby kultury, by w ten sposób wygospodarować miejsce dla uciekającej ludności cywilnej.

Do takiego zdarzenia doszło między innymi na elbląskim dworcu kolejowym Elbing Staatsbahnhof. Nie ma jednak podstaw kwestionować prawdziwości relacji świadków, którzy widzieli, co znajdowało się w wagonach poznańskiego pociągu ewakuacyjnego. Można tylko postawić tezę, że pociąg ten miał wpływowych protektorów, bo w sytuacji, gdy brakowało miejsc dla tysięcy uciekających ze wschodnich prowincji Niemców, w zakrytych wagonach towarowych przewożono prawdopodobnie zrabowane Polakom dobra o stosunkowo niewielkiej wartości, jak choćby meble biurowe.

Interesujący nas pociąg wyjechał z poznańskiego dworca w nocy, z poniedziałku 22 na wtorek 23 stycznia 1945 roku. Skierowano go na linię wrocławską. Po kilku kilometrach jazdy zatrzymał się jeszcze na poznańskim Dębcu, gdzie w parowozach uzupełniono zapasy wody. Z Dębca nie dojechał już daleko. Tuż za stacją Luboń (Lobau) i rozgałęzieniem w kierunku Wolsztyna (Wollstein), koło wioski Łęczyca jadący na południe pociąg zaatakowali Rosjanie.

Radziecki ostrzał prawdopodobnie uszkodził układ hamulcowy i skład się zatrzymał. Zatrzymał, a nie wykoleił, jak mówił Alojzy Górka, chociaż w nocy tak to mogło wyglądać. Z góry też trzeba wykluczyć hipotezę, że pociąg wjechał na minę. Czerwonoarmiści do momentu zatrzymania pociągu nie mieli możliwości zaminowania torów. Ani takiej potrzeby. W grę wchodziły tylko strzały z broni maszynowej lub jakiegoś działa niewielkiego kalibru. Ze stojących wagonów wybiegli ludzie...

Przez zamarzniętą Wartę

Kilka godzin wcześniej, wczesnym wieczorem 22 stycznia, pierwsze oddziały 8. Korpusu Zmechanizowanego Gwardii przeprawiły się pod Czapurami przez Wartę, i po kilku godzinach dotarły do linii kolejowej między Luboniem a Puszczykowem (Unterbergiem). Zbigniew Szumowski w książce "Boje o Poznań 1945", wydanej w 1985 roku, pisał, że wchodząca w skład wspomnianego korpusu 20. Brygada Zmechanizowana Gwardii 22 stycznia obchodziła południowo-wschodni odcinek przedpola Festung Posen.

"Już po południu jej oddział przedni - 1. Batalion Piechoty Zmotoryzowanej kapitana Aleksieja Kunina - zajął Krzesiny i wyparł z pobliskiego lotniska przyfabrycznego zakładów Focke-Wulf (pełnego samolotów) posterunki niemieckie. Jeszcze też przed zachodem słońca, poprowadzony przez polskich przewodników, dotarł do Warty pod Czapurami (7 kilometrów na południe od centrum Poznania), natychmiast sforsował zamarzniętą tu rzekę, zniósł słabe, w dodatku zaskoczone, ubezpieczenia przeciwnika na zachodnim brzegu i uchwycił kilometrowy przyczółek" - napisał Szumowski, opierając się na dokumentach z Archiwum Ministerstwa Obrony Związku Radzieckiego. Walki w rejonie Czapur - według Szumowskiego - trwały całą noc.

"Wieczorem znaczne siły niemieckie, kontratakujące od strony Lubonia, niemal zepchnęły piechotę kapitana Kunina za Wartę. Ponieważ jednak właśnie wówczas pod Czapury dotarły także pododdziały artylerii pancernej brygady, dzięki ich interwencji w postaci ognia sztyletowego prowadzonego z prawego brzegu, nie tylko wkrótce odzyskano poprzedni stan posiadania, ale do rana pogłębiono przyczółek po odległy dwa kilometry od Warty nasyp linii kolejowej (z Poznania do Czempinia) oraz rozszerzono na 5 kilometrów.

Jeszcze też nocą, mimo nękającego ognia artylerii niemieckiej (prowadzonego ze starołęckiego Fortu I), zaczęto przy pomocy ludności Czapur, Babek, Wiórka budować mostki szturmowe oraz, korzystając z silnego mrozu, wzmacniać przez zastosowanie metody tak zwanego drewnolodu pokrywę lodową dotychczas nieprzejezdną nawet dla lekkich wozów bojowych" - czytamy w "Bojach o Poznań 1945". I ani słowa o zaatakowanym w tym czasie niemieckim pociągu ewakuacyjnym.

Dlaczego Szumowski w swej monografii pominął ten epizod? Nie wiedział o nim? On sam nie udzieli nam już odpowiedzi na te pytania. Od wielu lat nie żyje. Jeżeli nawet ten publicysta, historyk i autor popularno-naukowych książek o walkach o Poznań zimą 1945 roku, oraz sztuki teatralnej o tej samej tematyce "Poznańskie kredowe koło" czy widowiska telewizyjnego "Dom", rzeczywiście nie wiedział, to mógł się dowiedzieć z cytowanego już tu artykułu Marii Pabel w "Expressie Poznańskim". Wszak tuż obok wspomnień Alojzego Górki poznańska popołudniówka zamieściła obszerny wywiad Romualda Połczyńskiego ze... Zbigniewem Szumowskim. Być może uznał on, że Górka fantazjował, co świadczyłoby o tym, że w radzieckich archiwach Szumowski nie natrafił na informacje o tym zdarzeniu.

W tamten mroźny wtorek 23 stycznia, Rosjanie, operujący między Wartą a linią kolejową, dysponowali tylko lekkim sprzętem artyleryjskim, ponieważ czołgi i działa pancerne, a nawet transportery opancerzone, były za ciężkie, by przejechać zamarzniętą Wartę przez prowizoryczną przeprawę. Stąd też opowieści o czołgach atakujących pociąg są fantazją. Podobnie zresztą, jak pogłoski o zaminowanych torach. Dopiero we wtorek wieczorem, po wspomnianym drewnolodzie, przejechały Wartę transportery opancerzone, które po przecięciu linii kolejowej w rejonie Lubonia, przez Żabikowo (Poggenburg) ruszyły w kierunku lotniska Ławica. Czołgi natomiast przeprawiły się przez Wartę pod Czapurami dopiero w środę, gdy saperzy radzieccy zbudowali tam most niskowodny o nośności 60 ton.

Spotkanie na wystawie eksploratorów

O zatrzymanym i rozbitym pod Łęczycą pociągu ewakuacyjnym napisała "Gazeta Wyborcza" - w swym wielkopolskim wydaniu 23/24 listopada 2002 roku (a więc prawie 33 lata po wydrukowaniu wspomnień Alojzego Górki) - w publikacji zatytułowanej "Dolina śmierci", za sprawą profesora Władysława Balickiego, ówczesnego rektora Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. O pociągu i licznych ofiarach wśród jego pasażerów usłyszał on - jak napisał Piotr Bojarski z "Gazety Wyborczej" - "od stryja w latach 50., na wakacjach. Stryj opowiadał o pochowanej tutaj sporej liczbie Niemców. W miejscu młodnika niegdyś było pole z ziemniakami. Stryj mówił, że rolnik nie uprawiał tego kawałka przy torach, bo »nie chciał sadzić pyrek na Niemcach« - relacjonuje rektor WSB". Indagowani przez Bojarskiego naukowcy mówili wprost: "Historycy polscy nie znają tego wojennego epizodu".

Świadkowie, m.in. Kazimierz Wiza, który jesienią 2009 roku wystąpił przed kamerą podczas realizacji filmu telewizyjnego Rafała Biernackiego "Ostatni pociąg ewakuacyjny", opowiadali, że mieszkający w pobliżu miejsca tragedii Polacy, nie bacząc na padające strzały i ataki samolotów niemieckich startujących z Ławicy, wskakiwali do pociągu i wynosili różne dobra. Ktoś zauważył kobietę, która z jednego z wagonów wyniosła zawiniątko, tuląc je do siebie. W zawiniątku było niemowlę.

Świadkiem tych wydarzeń była również 17-letnia wtedy Stanisława Borowiak, która reporterowi "Gazety Wyborczej" powiedziała: "Gdy ucichło, ludzie z Łęczycy poszli do wraku pociągu kraść, bo przez całą okupację mieliśmy biedę i głód. A tam było wszystko: wagon futer, wagon porąbanych świń i mięsa końskiego, wagon chleba, wagon maszyn do pisania - przypomina sobie pani Stanisława. - W okolicy leżało tyle trupów, że trudno było przejść. Przyszli Ruscy i ojca mojego, i dwóch braci pod przymusem zabrali do kopania dołu dla tych zwłok. Kopało pół wsi, kupa wiary! - opowiada Borowiak". Ale do tego mogło dojść dopiero kilka, a nawet kilkanaście dni później, po ustąpieniu mrozów.

Kto uciekał tym pociągiem? Na to pytanie w grudniu 2002 roku próbowali znaleźć odpowiedź wspomniany już Piotr Bojarski z poznańskiej "Gazety Wyborczej" i piszący te słowa na łamach "Głosu Wielkopolskiego". "Pociągiem jechali najprawdopodobniej niemieccy kolejarze" - pisał Bojarski 12 grudnia, powołując się na wspomnienia Zenona Kowalewskiego z Poznania, który jako 12-latek oglądał zdobyty przez Rosjan pociąg. Ja natomiast, w wydaniu z 7/8 grudnia, pisałem: "Najprawdopodobniej jechali nim ostatni urzędnicy z władz Kraju Warty - urzędnicy hitlerowskiego aparatu represji: gestapowcy i policjanci innych formacji, strażnicy obozowi. To bowiem oni, jako ostatni opuszczali atakowany już przez Rosjan Poznań. I wielu z nich pod Łęczycą dopadła śmierć. A może także sprawiedliwość...".

14 czerwca 1996 roku, a więc ponad sześć lat przed ujawnieniem przez "Gazetę Wyborczą" tego wojennego incydentu, w lubońskiej bibliotece publicznej tamtejsze Stowarzyszenie Speleologii i Ogólnowojskowej Archeologii zorganizowało wystawę swych "trofeów", głównie militariów znalezionych podczas różnych akcji eksploracyjnych. Byłem na otwarciu tej wystawy, a nawet - na prośbę organizatorów - powiedziałem kilkanaście zdań o eksploracji. Niedługo potem podszedł do mnie około 70-letni mężczyzna i zapytał: - Słyszał pan, redaktorze, o tym pociągu niemieckim przez Ruskich rozbitym tu, pod Luboniem?

Nie słyszałem, więc on powiedział z grubsza to, co ujawniono wiele lat później, dodając, że pociągiem tym uciekali poznańscy gestapowcy. Dziś wiem, że była to przenośnia. Dla Polaków, którzy wojnę spędzili w Kraju Warty w warunkach najostrzejszego z wszystkich regionów okupowanej Polski terroru, niemal każdy Niemiec był gestapowcem. Ów mężczyzna obiecał też, że do redakcji "Głosu Wielkopolskiego" przyśle dowód na prawdziwość tego, co mówił. I rzeczywiście, jakieś dwa tygodnie później z otwieranej koperty wysunęła się złożona na czworo kserokopia strony z "Expressu Poznańskiego" z 23 lutego 1970 roku. Ad acta - zadysponowałem, wkrótce o wszystkim zapominając, zwłaszcza o tej przesyłce. Rozbity pociąg przypomniał mi się, gdy za sprawą "Gazety Wyborczej" stał się sensacją jesieni 2002 roku, a na kserokopię strony przypadkowo, wśród dziesiątków mniej lub bardziej interesujących starych listów czytelników, natrafiłem dopiero latem 2011 roku.

Masakra w tunelu

We wrześniu 2003 roku pod Łęczycą Fundacja "Pamięć", w miejscu wskazanym przez świadków, przeprowadziła poszukiwania ciał zabitych w 1945 roku pasażerów pociągu. W pobliżu torów linii kolejowej Poznań-Wrocław natknięto się na masową mogiłę i ekshumowano szczątki dwunastu mężczyzn, osób zarówno młodych, jak i w podeszłym wieku. Kości znajdowały się na głębokości około dwóch metrów i były w złym stanie ze względu na podmokły teren. Przy kościach znaleziono też tabliczki identyfikacyjne Dyrekcji Kolei Rzeszy w Posen (Reichsbahn Direktion Posen), a także resztki umundurowania, masek przeciwgazowych oraz drobne przedmioty w rodzaju monet, ołówka, gumki do mazania i pudełka po aspirynie.

Nie daje to jednak wyczerpującej odpowiedzi na postawione wcześniej pytanie: kto jechał tym pociągiem? Bo oto współcześni badacze dziejów walk o Festung Posen Maciej Karalus i Przemysław Maćkowiak dotarli do niemieckich relacji i publikacji, które nieco zmieniają obraz wydarzeń pod Łęczycą. Otóż Maćkowiak w wydawnictwie kombatantów niemieckich, byłych żołnierzy Wehrmachtu broniących Festung Posen, natrafił na relację porucznika Haralda Griesera, który w nocy 23 stycznia otrzymał rozkaz: "Należy odbić pociąg z kobietami, dziećmi i rannymi, w części żołnierzami po amputacjach, zaatakowany na trasie Posen-Breslau w rejonie Lobau".

Na odsiecz z odległej części Poznania (okolic Westmarktu czyli dzisiejszego Rynku Jeżyckiego) ruszyły więc dwie niewielkie grupy żołnierzy dowodzone przez Griesera i podporucznika Kremsera. Ich podwładni załadowali się na ciężarówkę Opel Blitz i pustymi ulicami zaciemnionego miasta dojechali w rejon stacji Poznań-Dębiec, skąd pieszo, po obu stronach ulic Krakauerstrasse i Lembergerstrasse, w dwóch wzajemnie ubezpieczających się grupach, ruszyli w kierunku miejsca gdzie stał pociąg, po drodze przekraczając granicę Posen i Lobau. W siarczystym mrozie trwało to ponad godzinę. Było już widno i w oddali zobaczyli pociąg - jak wspominał Grieser - "napadnięty na skraju lasu przez sowiecką straż przednią". I dodał, że "wraz z grupą szturmową mieliśmy zająć pociąg. Pod ciężkim nieprzyjacielskim ogniem zadania nie udało się wykonać".

Niemcy nie spodziewali się, że czerwonoarmistom udało się już przerzucić na lewy brzeg Warty znaczne siły. Żołnierze, którzy przybyli odbić pociąg, byli więc bez szans. Około dwudziestu z nich przed huraganowym ogniem Rosjan schroniło się w tunelu znajdującym się w nasypie linii kolejowej Poznań-Wolsztyn, jakieś 200 m od ostatniego wagonu pociągu. Gdy ostrzeliwany Grieser biegł do tego zbawczego - jak mu się zdawało - tunelu, nastąpiła tam potężna eksplozja. Od radzieckiego pocisku lub granatu wybuchły pancerfausty, które w sporej ilości posiadali żołnierze niemieccy. Byli zabici i ranni, a ślady tej eksplozji jeszcze dzisiaj można zobaczyć na ceglanym murze tunelu.

Uciekli?

Harald Grieser w swej relacji napisał, że "wszyscy pasażerowie zostali wymordowani". Według ustaleń Przemysława Maćkowiaka, atak na pociąg przeżył pomocnik maszynisty. "Uciekł do jednego z gospodarstw w Łęczycy, w którym przygarnął go Polak - parobek mówiący po niemiecku. Niemiec zginął jednak tydzień później, zastrzelony przez Rosjan, którzy poszukiwali we wsi kwater. Zginął, bo nie znał polskiego" - powiedział.

Niektórzy polscy świadkowie wspominali, że większości pasażerów rozbitego pociągu udało się uciec torami do stacji w pobliskim Puszczykowie, skąd w dalszą drogę zabrał ich pociąg przysłany z kierunku Leszna. Obie te wersje nie wytrzymują krytyki. Grieser nie dotarł tak blisko pasażerskiej części pociągu (pulmany jechały za parowozami), by mógł zobaczyć ciała zabitych kobiet i dzieci, chociaż po wojnie nie pojawiło się, a przynajmniej nie jest mi znane, jakiekolwiek wspomnienie kogoś, kto był pasażerem tego pociągu i przeżył noc z 22 na 23 stycznia 1945 roku. Również mieszkańcy okolicznych domów niewiele mogli zobaczyć z powodu ciemności, chociaż była to noc bezchmurna, a leżący śnieg nieco ułatwiał obserwację. Inni zaś bali się podchodzić do okien.

Prawdopodobnie ktoś coś zobaczył, a inni to zanim powtarzali. A jeśli nawet zdrowym i sprawnym pasażerom udało się po torach dojść do odległej o 2 km stacji, to jest bardzo mało prawdopodobne, by w warunkach chaosu i paniki, pod bokiem przeprawiających się przez Wartę koło Puszczykowa czerwonoarmistów, ktoś przysłał po nich pociąg. Z drugiej jednak strony, mieszkańcy Łęczycy opowiadali o leżących w pobliżu pociągu licznych trupach, tak, "że trudno było przejść". Dwanaście zwłok, które po latach ekshumowano, dawało się obejść...

Jak zatem widać, więcej pytań niż odpowiedzi. Gdzie więc leży prawda? I dlaczego w pociągu ewakuacyjnym przewożono tyle deficytowych pod koniec wojny dóbr? Kto mógł sobie na to pozwolić? Kolejarze?

Leszek Adamczewski

Dowiedz się więcej na temat: historia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje