Rakietowy ostrzał Kraju Warty

Co najmniej kilkadziesiąt osób, Polaków i Niemców, przypłaciło życiem testy rakiet V-2, które wystrzeliwano z Borów Tucholskich, by wkrótce mogły one przenosić głowice potwornie niszczycielskiej broni.

Był poniedziałek, 13 listopada 1944 roku. W ten jesienny dzień życie w okupowanym Inowrocławiu, który, przemianowany na Hohensalza, był stolicą jednej z trzech rejencji Kraju Warty, toczyło się w wojennych warunkach biedy i niedostatku. Odczuwali to zwłaszcza Polacy, chociaż ogłoszona przez hitlerowców wojna totalna dawała się też coraz bardziej we znaki i niemieckiej, w przeważającej mierze napływowej ludności miasta. Na potrzeby frontu wschodniego pełną parą pracował inowrocławski węzeł kolejowy, po ulicach kilku śródmiejskich ulic normalnie kursowały tramwaje jedynej w mieście linii, a górnicy miejscowej kopalni soli zapamiętali, że w tym mniej więcej czasie do klatki windy szybu zjazdowego ładowano tajemnicze skrzynie, które ponoć składano w podziemnych komorach wypłukanych w złożu soli...

Reklama

Tego dnia nic nie zwiastowało tragedii. Przede wszystkim nie było słychać warkotu silników amerykańskich bombowców, które w dzień mogły pojawić się nad Hohensalza i zbombardować kolejową stację rozrządową, bo nic innego w mieście nie warte było takiego wysiłku sprzymierzonych. Dochodziła jedenasta, gdy miastem wstrząsnęła silna eksplozja. Z okien wyższych pięter budynków mieszkalnych zauważono, że chmura dymu formuje się w kształt grzyba z dala od centrum, nad peryferyjną dzielnicą Mątwy. Tam też popędziły wozy straży pożarnej.

Na miejscu okazało się, że tajemnicza eksplozja zniszczyła jeden z kilku identycznych dwurodzinnych budynków mieszkalnych przy Rungestrasse. Szybko ustalono, że pod zwałami gruzów zginęło dziewięć przebywających tam akurat osób: 54-letnia Katarzyna Mielcarek-Małachowska i Salomea Szumacher oraz nieznana z nazwiska rodzina niemiecka z Berlina, prawdopodobnie ewakuowana do Hohensalza przed skutkami alianckich bombardowań stolicy Rzeszy. Eksplozję przeżył tylko 14-letni Jan Małachowski, który akurat przebywał na poddaszu budynku przy Rungestrasse 12, odsypiając nocną zmianę w pobliskiej cukrowni. Siła wybuchu odrzuciła go wraz z łóżkiem i częścią konstrukcji dachowej na pobliskie ogródki działkowe, gdzie nieprzytomnego i ciężko poturbowanego znaleźli sąsiedzi jeszcze przed przyjazdem wozów strażackich.

Rakiety spadają na Tuliszków

Zarówno polscy, jak i niemieccy mieszkańcy Hohensalza eksplozję na Rungestrasse zaczęli natychmiast kojarzyć z hitlerowską Wunderwaffe, czyli ową "cudowną" bronią, która miała zmienić katastrofalnie już wówczas niekorzystny dla Rzeszy przebieg wojny. Mimo ograniczeń w podróżowaniu po Kraju Warty i milczeniu niemieckich gazet, do Inowrocławia docierały informacje, że do podobnych eksplozji w minionych tygodniach doszło w sąsiednich powiatach: Warthbrücken (Koło) i Konin.

Wśród kilku relacji, które w 1988 roku nadesłali czytelnicy "Głosu Wielkopolskiego" po publikacji w tym dzienniku cyklu moich artykułów "V-2 nad Krajem Warty", był też list H. Kruczkowskiego z Poznania, który lata okupacji spędził w Tuliszkowie (miasteczku między Koninem a Turkiem). "W 1944 roku miałem 12 lat - pisał w liście. - Pamiętam, jak pewnego piątkowego dnia znalazłem się na tak zwanej Targowicy, gdzie odbywał się skup zwierząt rzeźnych. W pewnej chwili ktoś krzyknął i wskazał ręką w kierunku północno-wschodnim, gdzie zauważyliśmy duże czerwone »cygaro«. To »cygaro« spadło około 400-500 metrów od Targowicy, żłobiąc duży dół. Ziemia przysypała kilkoro polskich dzieci, które znajdowały się w pobliżu pod słomianym szałasem zwanym budą. Tegoż dnia, ale po południu, podobna bomba spadła za dzielnicą Tuliszkowa, zwaną Piaskami".

Kruczkowski nie podał daty tych zdarzeń, ale na podstawie zachowanego dokumentu niemieckiego udało mi się ustalić, że doszło do nich w piątek, 29 września 1944 roku.

"Następnego dnia była sobota - pisał dalej Kruczkowski. - Wieczorem około godziny 22:00 bomba spadła na gospodarstwo w Sarbicku, to jest około 3 kilometrów na południe od Tuliszkowa. Na skutek pożaru całe miasteczko Tuliszków było oświetlone. [...] Zginął wtedy jeden Polak zatrudniony u Niemca i spłonęło gospodarstwo. [...] Następnego dnia przed południem, a była to niedziela, bomba spadła na gospodarstwo w miejscowości Bagno, również około 3 kilometrów od Tuliszkowa, ale w kierunku zachodnim. Spłonęło całe gospodarstwo. [...] Potem jeszcze spadła bomba w okolicy Ogorzelczyna, czyli również około 3 kilometrów od Tuliszkowa, ale w kierunku wschodnim, lecz poza wyżłobieniem dużego dołu nie wyrządziła poważniejszych szkód".

I tak, zbierając okruchy informacji od różnych świadków, udało się zlokalizować kilkadziesiąt miejsc upadku w drugiej połowie 1944 i pierwszych dniach roku następnego testowych rakiet V-2 na ziemie Kraju Warty. Tu i ówdzie pozostały po nich albo zarośnięte chwastami leje, albo oczka wodne, gdy woda wypełniła wyżłobione eksplozjami dziury w ziemi. W niektórych miejscach leje zasypano, jak stało się to w Inowrocławiu. Przy obecnej ulicy Kwiatowej w miejscu zniszczonego budynku stoi standardowy domek jednorodzinny, który wyraźnie różni się od zbudowanych na początku XX wieku kilku identycznych budynków dwurodzinnych.

Wspomnienia nastolatków

W dziejach Trzeciej Rzeszy noc z 17 na 18 sierpnia 1943 roku była przełomowa. Gdy dymiły jeszcze ruiny wielu zbombardowanych w tamtą noc przez Brytyjczyków obiektów ośrodka doświadczalno-produkcyjnego broni odwetowej w Peenemünde i pobliskiego osiedla naukowców w Karlshagen na bałtyckiej wyspie Usedom (Uznam), w Berlinie i mazurskiej Kwaterze Głównej Führera podejmowano ważne decyzje przede wszystkim dla hitlerowskiego przemysłu zbrojeniowego. Miał on zacząć schodzić pod ziemię, do odpornych na bomby sztolni i tuneli. Jednocześnie postanowiono na terenie okupowanej Polski, w okolicach wiosek Blizna i Pustków koło Mielca w Generalnym Gubernatorstwie, urządzić poligon doświadczalny rakiet A-4, znanych bardziej jako V-2.

Na kilka tygodni przed wkroczeniem Armii Czerwonej na Rzeszowszczyznę, co nastąpiło późnym latem 1944 roku, poligon ten Niemcy przenieśli w Bory Tucholskie w okolice Wierzchucina, który Niemcy przemianowali na Lindenbusch. O testach z bronią rakietową, przeprowadzanych na ściśle tajnym poligonie Heidekraut (Wrzos), pisałem w "Odkrywcy" (nr 2 z 2005 roku) w artykule "V-2 nad Borami Tucholskimi". Sześć lat później do tego tematu wrócili w "Odkrywcy" (nr 5 z 2011 roku) Maciej Kulesza i Wojciech Mąka, zamieszczając artykuł "Na bydgoskich tropach Wunderwaffe". Nadal jednak wiedza na ten temat nawet wśród ludzi interesujących się nowymi rodzajami niemieckiej broni jest niedostateczna, o czym świadczy choćby starannie wydana w 2009 roku książka Łukasza Piechockiego "Niemiecka broń V-1 i V-2". Jej autor ani słowem nie zająknął się na temat poligonu Heidekraut w Borach Tucholskich. A oprócz V-2 odpalono stąd też kilka rakiet Rheinbote.

Wśród listów nadesłanych w 1988 roku do "Głosu Wielkopolskiego" był również i ten, napisany przez Edmunda Barylskiego z Wrześni: "W czasie okupacji mieszkałem na Pomorzu w małej wiosce Klonowo, 20 kilometrów na południe od Tucholi i około 15 kilometrów na południowy zachód od Wierzchucina. W 1944 roku miałem 10 lat. Będą to więc wrażenia małego wiejskiego chłopaka oraz to, co wówczas usłyszałem od dorosłych. Otóż nad naszym domem często przelatywały rakiety V-2 wystrzeliwane z okolic Wierzchucina. Wpierw było słychać huk połączony z detonacją, a za chwilę widać było na niebie przesuwającą się białą smugę, jak przy samolocie odrzutowym. W tym mniej więcej czasie następował drugi huk; dzisiaj domyślam się, że było to w chwili przekraczania przez rakietę »bariery dźwięku«. Zastanawiałem się, ile takich rakiet wystartowało i jak długo to trwało? Otóż w niektóre dni na pewno było więcej startów niż jeden, wydaje mi się, że w sumie więcej niż sto, najwięcej latem i wczesną jesienią. Natomiast kiedy się to zaczęło, nie jestem już pewien".

Dorośli sąsiedzi Barylskiego z okolicznych wiosek wspominali po wojnie, że pierwsi żołnierze niemieccy z obsługi poligonu rakietowego pojawili się w tej okolicy na początku lata 1944 roku. Wysiedlono mieszkańców wioski Suchom, a ich domy stały się kwaterami żołnierskimi. Drogi leśne przegrodzono szlabanami, a na bocznicy stacji Lindenbuch pojawiły się wagony z rakietami. Według niemieckiej dokumentacji, pierwszą rakietę V-2 wystrzelono stąd 31 lipca 1944 roku o godzinie 19:09. Start był udany. Przeleciała ona 265,1 kilometrów i od założonego celu zboczyła o prawie 10 kilometrów. Trzecia z wystrzelonych z poligonu Heidekraut rakiet, a było to 1 sierpnia 1944 roku krótko przed godziną 20, przeleciała zaledwie 1,6 kilometra i spadła na ziemię w wiosce Lischin (Lisiny) tuż koło zabudowań gospodarstwa Babińskich.

Krótko przedtem 14-letni Zygfryd Babiński wszedł do obory. Nagle zadrżały jej mury, a okolicą wstrząsnęła potężna eksplozja. Chłopak padł na podłogę. Gdy wszystko się uspokoiło, wyszedł z obory i zobaczył, że w odległości zaledwie 50 metrów znajduje się duży lej o średnicy mniej więcej 10 metrów, a wokół walały się jakieś metalowe szczątki.

"Podszedłem bliżej - wspominał Babiński, gdy w przedostatni dzień 1998 roku rozmawiałem z nim w Lisinach - i poczułem intensywny zapach alkoholu. Po kilkunastu minutach na miejscu eksplozji byli już Niemcy. Mimo zapadającego zmroku, rozpoczęli zbierać szczątki. W budynkach stojących w pobliżu leju szyby wyleciały z okien, a spadające odłamki poczyniły sporo szkód. Niemcy zresztą zobowiązali się je naprawić, ale gdy na Lisiny spadły kolejne rakiety, ewakuowano nas".

Zygfryd Babiński przeżył tamten sierpniowy wieczór tylko dlatego, że pocisk V-2, który spadł koło gospodarstwa Babińskich, nie był uzbrojony w głowicę bojową, co w przypadku testowych rakiet nie było wcale regułą.

Strach Führera

Rakietowe testy przeprowadzano w drugiej połowie 1944 roku, a więc już w sytuacji, gdy od września pociski V-2 były w użyciu bojowym. Wielokrotnie - i wtedy, i po wojnie - zadawano pytanie, czy przeznaczenie drogich rakiet na kolejne strzały specjalne (Sonderschiessen) nie było aby zwykłym marnotrawstwem?

Komendant stacji doświadczalnej broni rakietowej w Peenemünde generał Walter Dornberger pisał po wojnie, że testy te miały za zadanie wypróbowanie zmodyfikowanych egzemplarzy V-2 dostarczanych z podziemnej montowni koło Nordhausen, lepsze poznanie działania poszczególnych ich mechanizmów i aparatury sterującej oraz zachowanie się rakiet z różnymi głowicami i ilością zatankowanego paliwa. Ważnym kryterium była też celność pocisków, co nie było ich mocną stroną. No i - odpowiadał Dornberger w swych powojennych wspomnieniach - próby potrzebne były również do szkolenia załóg wyrzutni.

Do śledzenia wystrzeliwanych z Borów Tucholskich rakiet startował specjalny samolot i ruszały patrole zmotoryzowane, które dokładnie oznaczały miejsca upadku poszczególnych V-2 i porównywały z wyznaczonym celem, a także miejsca te zabezpieczały przed gapiami i zbierały resztki pocisków. Liczono się również z ofiarami śmiertelnymi nie tylko wśród Polaków, ale także wśród mieszkających w Kraju Warty Niemców, o stratach materialnych już nie wspominając.

Jak zatem widać, w obliczu totalnej klęski Wielkoniemieckiej Rzeszy władze hitlerowskie gotowe były poświęcić i poświęcały wiele, by kolejne testy rakiet V-2 odbywały się bez przeszkód. W tej sytuacji trzeba zadać pytania: Czy Niemcom chodziło tylko o konwencjonalną broń rakietową? Czy może stawka była dużo wyższa...?

Rochus Misch zmarł w 2013 roku w wieku 96 lat. Był ostatnim żyjącym człowiekiem z grona tych, którzy w latach wojny służyli w Kwaterze Głównej Führera (FHQu). W stopniu oberscharführera (sierżanta) SS obsługiwał centralę telefoniczną, a doraźnie angażowano go też do innych zadań, choćby kurierskich. I właśnie Misch przypomniał sobie rozmowę z jednym z adiutantów Hitlera, który gdzieś pod koniec 1944 roku miał mu powiedzieć o spotkaniu Hitlera z ministrem Poczty Rzeszy Wilhelmem Ohnesorgem, członkiem starej gwardii nazistowskiej i jednym z bardziej wykształconych ministrów w jego rządzie. Ohnesorge był matematykiem i fizykiem oraz nie ukrywał, że Niemcy powinny dążyć do zdobycia własnej broni jądrowej, za pieniądze resortu finansując badania grupy młodych i zdolnych atomistów. Führer i jego minister - według Mischa - dyskutowali o użyciu bomby uranowej. Niemcy mieli mieć siedem takich bomb, ale Hitler odrzucił pomysł ich użycia, bojąc się zemsty aliantów. Oni - miał powiedzieć - "zgromadziliby 15 000 bombowców i załatwiliby całe Niemcy gazem trującym". A gazu Hitler bał się panicznie, mając uraz po poważnym zatruciu podczas pierwszej wojny światowej, gdy o mały włos nie stracił wzroku.

Nie da się zweryfikować słów Mischa. Trzeba pamiętać, że wypowiedział je starzec, mający za sobą tragiczne doświadczenia z radzieckiej niewoli. Na zapamiętane z lat służby w FHQu wydarzenia i rozmowy nałożyła się wiedza na ten temat z lat powojennych. Jest mało prawdopodobne, by Hitler mówił o bombach uranowych (Uranbomben). Zapewne - jeśli Misch czegoś nie przekręcił - użył on innego określenia. Jak po wojnie twierdził jeden ze stenografów nocnych monologów Hitlera, doktor Henry Picker, Führer mówił o Uraniumbomben, pod którym to określeniem kryła się jakaś nowa, ale nie atomowa broń.

Od ludzi z najbliższego otoczenia Hitlera Misch miał usłyszeć, że Führer uważa, że prawdziwym zagrożeniem dla aliantów będzie dopiero połączenie nowej broni z rakietami V-2. Rakiety te oglądał on latem 1943 roku w "Wilczym Szańcu", gdy Walter Dornberger i Wernher von Braun wyświetlili mu kolorowy film przedstawiający testy w Peenemünde. Czyżby Niemcy - za aprobatą Hitlera - przygotowywali się do startu rakiety V-2 z głowicą nieznanej nam dziś broni? Wiadomo, że latem 1944 roku w rozmowie z wysłannikiem regenta Węgier generałem Bela Miklósem i rumuńskim dyktatorem marszałkiem Ionem Antonescu Hitler broń tę nazywał V-4. Miał to być całkowicie nowy materiał wybuchowy, który w promieniu od 3 do 4 kilometrów od miejsca uderzenia zniszczy wszelkie ludzkie istnienie.

Ostatnie strzały specjalne

Poligon Heidekraut funkcjonował do połowy stycznia 1945 roku, gdy w warunkach srogiej zimy został ewakuowany w okolice Wolgastu w prowincji pomorskiej Rzeszy (dzisiaj to terytorium RFN). Według niemieckiej dokumentacji, ostatnią rakietę V-2 wystrzelono 11 stycznia. Walter Dornberger, który przez lornetkę obserwował jej start i kilka minut lotu, napisał, że było to w nocy, krótko po godzinie 23:00. Celem tej rakiety były lasy koło Pokrzywniaka na południe od Błaszek na ziemi sieradzkiej. Faktycznie poleciała ona kilometr dalej i zboczyła z kursu aż o 8 kilometrów.

Na te okolice Kraju Warty - albo w rejon wspomnianego Pokrzywniaka, albo nieco dalej na południe, w rejon Lututowa - spadło wiele rakiet wystrzeliwanych z okolic Wierzchucina. Pokonywały one odpowiednio 225 lub 245 kilometrów w linii prostej.

Jeśli mieszkańcy tych okolic, a rozmawiałem z nimi na początku 2000 roku, dobrze zapamiętali wydarzenia ostatnich dni wojny, jedna z rakiet 7 stycznia 1945 roku spadła na wioskę Dzięcioły niedaleko wymienionych wyżej miejscowości.

"Mogło być koło szóstej wieczorem - wspominał mieszkaniec tej wioski, Tadeusz Pietrucha. - Gdy spadł ten pocisk, nie było silnej eksplozji. Tylko świst i huk. Wybiegłem z chałupy. A tu ciemno i mglisto. Ludzie krzyczą, że to świństwo spadło na dom Desków. Po minucie byłem na miejscu. Cały dom zniszczony. Z ruin wynieśliśmy na prześcieradle Deskową. Już nie żyła. Jej mąż dawał jeszcze znaki życia, ale zmarł w drodze do szpitala w Kaliszu. Ich małe dzieci uratował masywny stół, pod którym się właśnie bawiły. To nie był jedyny pocisk, który uderzył w Dzięcioły. Wcześniej co najmniej kilka z nich spadło na pola i lasy otaczające naszą wioskę. Po każdej eksplozji nad Dzięciołami pojawiał się mały samolot. Przylatywali nim Niemcy, którzy lokalizowali miejsca upadku pocisków. Później przyjeżdżały samochody ciężarowe, na które ładowano to, co z nich zostało. Raz nawet pomagałem Niemcom szukać miejsca, gdzie spadł pocisk. W tej ekipie był ktoś, kto mówił po polsku. Spojrzał na mapę i powiedział, że pocisk poszedł o 7 kilometrów za daleko...

Filmowa wizja podziemi

Nieco ponad dwa miesiące później, 16 marca 1945 roku, doszło do zagadkowego wydarzenia. Wspominała o tym Cläre Werner, mieszkanka zamku Wachsenburg w Turyngii. Tegoż dnia późnym wieczorem, a właściwie już w nocy, na zamkowej wieży pojawiły się osoby z Rady Badań Naukowych Rzeszy. Towarzyszył im przyjaciel pani Werner, Hans Rittermann, który - według jej słów - był "pełnomocnikiem do spraw projektów specjalnych Poczty Rzeszy i Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu". Panowie mieli lornetki i patrzyli w stronę Ichtershausen, w którego rejonie znajdowała się niewielka fabryka zbrojeniowa Muna Rudisleben.

"Około jedenastej zrobiło się bardzo jasno, coś wzbiło się w niebo, ciągnąc za sobą długi warkocz ognia, wznosiło się i kierowało na północ. Hans Rittermann powiedział, że nie wolno nam wspominać o tym, co widzieliśmy" - mówiła Cläre Werner.

Jej słowa zinterpretowano w ten sposób, że widziała ona start międzykontynentalnej rakiety A-9/A-10 uzbrojonej w jakąś prymitywną głowicę jądrową. To niemożliwe. Prace nad tą dwustopniową rakietą nie wyszły bowiem ze stadium projektowania, a fabryka Muna Rudisleben nie miała gigantycznych podziemi na wzór tych, które wyczarował Michael Anderson w zrealizowanym w połowie lat 60. XX wieku wielkim widowisku filmowym z Sophią Loren w roli głównej "Operacja KUSZA". Tam rzeczywiście niemieccy uczeni pracowali nad rakietą, która miała dolecieć do Nowego Jorku. Ale to tylko filmowa fantazja. Niemcy nie mieli A-9/A-10. Jeśli jednak start rakiety V-2, bo inna nie mogła wchodzić w rachubę, obserwowały tuzy z Rady Badań Naukowych Rzeszy, to musiał to być jakiś pocisk niezwyczajny. A więc uzbrojony w nietypową głowicę bojową: albo jakąś namiastkę broni jądrowej, o której mowa jest w zrealizowanym przez ZDF w 2015 roku filmie dokumentalnym "Die Suche nach Hitlers Atombombe" [informacja na poprzedniej stronie], albo mieszaninę drobno zmielonego pyłu węglowego i ciekłego powietrza w proporcji 40 do 60 procent lub też podobny w działaniu ładunek nadciśnieniowy, o którym podczas internowania w Farm Hall wspominał profesor Werner Heisenberg.

Historia milczy, dokąd poleciała ta rakieta i czy głowica bojowa w ogóle zadziałała. Jedno wszelako nie ulega wątpliwości. Po to, by ją wystrzelić, potrzebne były testy z poligonu w Borach Tucholskich. Ale na jakiś militarny sukces choćby tylko o znaczeniu taktycznym Niemcom zabrakło już czasu.

Poszukiwania bomby Hitlera

W najlepszym czasie antenowym latem 2015 roku drugi program niemieckiej telewizji publicznej (ZDF) wyemitował zrealizowany przez Andreasa Sulzera, Stefana Brauburgera i Christiana Frey’a film dokumentalny "Die Suche nach Hitlers Atombombe" ("W poszukiwaniu bomby atomowej Hitlera"). Już zapowiedzi antenowej projekcji tego filmu wywołały krytykę niemieckiej prasy, głównie prawicowej. Rzesza Hitlera nie miała bomby atomowej - grzmieli dziennikarze i wtórujący im historycy.

Posiłkując się zdjęciami ze starych kronik filmowych i domowych archiwów oraz sekwencjami inscenizowanymi, wspierając się opiniami historyków (między innymi Marka Walkera z USA, Reinera Karlscha i Matthiasa Uhla z Niemiec oraz Władimira Sacharowa z Rosji) twórcy filmu próbowali udowodnić, że Niemcy pod koniec wojny mieli broń jądrową, która jednak siłą rażenia i wielkością zasadniczo różniła się od tych bomb atomowych, które spadły na Hiroszimę i Nagasaki. I o poszukiwaniach tejże broni jest to film.

Za pomocą animacji komputerowej i scen z udziałem statystów w filmie odtworzono jedną z testowych eksplozji na poligonie koło Ohrdrufu w Turyngii w marcu 1945 roku, by stamtąd przenieść się na poligon w Hillersleben koło Magdeburga, skąd penetrujący ten teren amerykański pułkownik Keck raportował do Waszyngtonu: "Znalazłem tutaj dowody, że Niemcy zaszli bardzo daleko, dzięki czemu zbliżyli się do celu, jakim było skonstruowanie bomby atomowej". Z Hillersleben przenosimy się do podberlińskiego Kummersdorfu, gdzie doświadczenia reaktorowe prowadził doktor Kurt Diebner z Urzędu Uzbrojenia Wojsk Lądowych Wehrmachtu oraz do Haigerloch, gdzie Amerykanie z misji ALSOS odkryli ostatni reaktor profesora Wernera Haisenberga.

W drugiej części filmu jego twórcy zabierają widzów w okolice podziemnej fabryki Bergkristall koło austriackiej miejscowości Sankt Georgen, gdzie pod koniec wojny Niemcy produkowali samoloty Me262. Uczestniczymy tam w poszukiwaniach "zagubionych" sztolni o łącznej długości dochodzącej do 40 kilometrów, gdzie miano produkować broń jądrową. Podziemia te w latach 2013-2015 namierzyła georadarem Birgit Kühnast. Historia ta przypomina nieco niedawne poszukiwania mitycznych podziemi pod Walimiem w Górach Sowich...

O spiskową teorię dziejów ociera się natomiast opowieść zaproszonego przed kamerę ZDF doktora Johna Richardsona. Jego ojciec Donald był oficerem wywiadu amerykańskiego OSS, czyli Office of Strategic Service. Przed śmiercią zdradził synowi, że żołnierzom US-Army udało się ująć obergruppenführera SS i generała Waffen SS doktora inżyniera Hansa Kammlera (nadzorował on program rakietowy hitlerowskich Niemiec), który zaoferował Amerykanom 70 kilogramów uranu schowanego w sztolniach wspomnianej fabryki Bergkristall. Po przetransportowaniu do USA Kammler był poddawany ostrym przesłuchaniom i w tamtejszym więzieniu w 1947 roku miał popełnić samobójstwo.

To piramidalna bzdura. Gotowi do współpracy z Amerykanami naziści z połowy XX wieku komuś pomylili się z arabskimi terrorystami z początku XXI wieku.

Poszukiwacze z ZDF bomby atomowej Hitlera nie znaleźli. W umysłach wielu telewidzów zasiali jednak wątpliwości.

Leszek Adamczewski

Poznański dziennikarz i pisarz. Wieloletni współpracownik "Odkrywcy". Autor ponad 20 książek, cieszących się wielkim zainteresowaniem czytelników, poświęconych tajemniczym zdarzeniom z czasów
II wojny światowej. W czerwcu ubiegłego roku ukazała się "Klęska gauleitera. Sensacje z Kraju Warty". Wkrótce ukaże się najnowsza książka "Prusy w ogniu".

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje