Rozkazuję milczeć! Zapomniani żołnierze z Placówki „Las”

Podpułkownik Anatol Sawicki, ostatni dowódca lwowskiej Polski Podziemnej, jeden z Żołnierzy Wyklętych, człowiek o 14 pseudonimach i dwóch „lewych” nazwiskach, w 1947 roku osiedlił się na Dolnym Śląsku. I nie był to przypadek. Nadal był wśród swoich żołnierzy. Bo oni trafili tu także, kilkanaście miesięcy wcześniej - ludzie z podziemia, tak głęboko zakonspirowani, że do dziś milczą o tym archiwa IPN, niewiele wiedzą też sąsiedzi, a nawet najbliżsi członkowie rodzin. O nich także po latach upomniała się historia.

Anatol Sawicki, wówczas w stopniu majora Inspektoratu AK Lwów-Południe, w marcu 1943 r. w porozumieniu z Komendą Okręgu nadzorował oddział dywersyjny Kedywu w lasach Hanaczowa i Świrza (I kompania 40. pp.). Początkowo oddział składał się z 17 osób, głównie z Przemyślan, Dunajowa, Siworogów, Hanaczowa i Glinian.

Reklama

Tym pierwszym oddziałem dowodził pochodzący z Przemyślan ppor. Józef Stawiński (ps. "Pirat", "Staszek"). Już w pierwszym oddziale znaleźli się m.in. Antoni Wojtowicz "Darling", Mikołaj Kwaśniewski "Strońć" i Jan Piwowar "Janusz". Wszyscy oni byli mieszkańcami Hanaczowa. Akcje dywersyjne trwały do końca sierpnia 1943 roku.

Jesienią tego roku oddział otrzymał zadanie odbioru zrzutów alianckich w rejonie swojego działania. W tym samym czasie Anatol Sawicki wydał rozkaz organizacji samoobrony ośrodka Hanaczów, wsi w powiecie Przemyślany w województwie tarnopolskim. Nowy komendant Kazimierz Wojtowicz "Głóg" opracował pierwszy plan obrony Hanaczowa na wypadek ataku ze strony Ukraińców.

Ustanowiono tzw. trójkąt obronny, wyznaczony przez kościół, dwa budynki szkolne, starą i nową plebanię oraz kilka zabudowań gospodarczych. Pierwszą linię obrony miało ochraniać pięć utworzonych plutonów, w liczbie 150 ludzi. Pod koniec 1943 r. wyczuwał się wzrost napięcia polsko-ukraińskiego.

Pierwszy atak na Hanaczów ze strony band UPA miał miejsce 2 II 1944 roku. Wieczorem wywiązała się walka. "Dobrze uzbrojone w karabiny maszynowe, granaty ręczne, kule zapalające itp. bandy ukraińskie w liczbie 500-600 ludzi, częściowo w uniformach armii niemieckiej, znienacka napadły na bezbronną polska wieś Hanaczów - pisał do Kurii Metropolitalnej we Lwowie o. Kornel Czupryk, prowicjał OO. Franciszkanów. - Spalono 65 domów mieszkalnych z całym inwentarzem żywym (79 sztuk) i martwym oraz paszą; zamordowano 55 osób, w tym 17 kobiet i 14 dzieci. Jestem w posiadaniu spisu pomordowanych i sposobu znęcania się nad nimi (...). Część ludności przeniosła się do Lwowa do swoich krewnych i znajomych, pozostała zaś okopała się w trójkącie kościoła, plebanii i szkoły, czuwając w dzień i w nocy. Jeżeli rychło nie nastąpi odprężenie w formie zabezpieczenia bezbronnej ludności przed rozwydrzeniem ukraińskich band, praca w parafii będzie niemożliwa. Nasi ojcowie dotychczas trwają na placówce".

Już 8 lutego wśród przybyłych na inspekcję do Hanaczowa oficerów Sztabu Inspektoratu Południowego AK znajdowali się mjr Anatol Sawicki, por. Bronisław Kawka-Dembiński i por. Paweł Jastrzębski. To oni doglądając planów dalszej obrony, zalecili jego modyfikację, m.in. poprzez oczyszczenie pierwszej linii obrony z drzew i budynków, uniemożliwiających podejście, w oknach pojawiały się worki z piaskiem i otwory strzelnicze. Sawicki wydał rozkaz przerzucenia broni z rejonu Starego Sioła do Hanaczowa.

Dwa miesiące później pojawiła się realna groźba kolejnego ataku na Hanaczów, kiedy do sztabu obrony wsi doszły wieści o koncentracji band UPA w jej pobliżu. Podczas świąt wielkanocnych, nocą z 9 na 10 kwietnia 1944 doszło do drugiego ataku UPA na Hanaczów. Obrońcom pomagała partyzantka radziecka i żydowska.

Rano o godz. 9 walki w Hanaczowie ustały, odparte oddziały UPA oddaliły się, paląc i niszcząc po drodze przysiółki Zagóra, Podkamienna i Hanaczówka, w odwecie mordując 25 Polaków. Mimo odparcia ataku, płonął sam Hanaczów. Kryte słomą zabudowania łatwo zapalały się od pocisków fosforowych. Cztery dni po drugim ataku, do Hanaczowa wszedł na krótko batalion niemiecki.

Około połowy kwietnia poszczególne rodziny zaczęły się ewakuować ze wsi, gdyż istniało realne niebezpieczeństwo kolejnych akcji ze strony UPA i Niemców. Jeden z konwojów, ochraniany przez AK, został zaatakowany już w lasach 2 km za Hanaczowem. Zginęło 10 osób z konwoju. Decyzja dowództwa AK, w tym Sawickiego była tylko jedna - kiedy nie było możliwości skutecznej obrony przed Niemcami i UPA, zarządzono ewakuację do większych ośrodków.

Hanaczowska polska reduta padła ostatecznie 5 V 1944 r., po 91 dniach obrony i utracie blisko 1/10 ludności. Wówczas oddziały SS, przy wsparciu czołgów, spacyfikowały wieś. Ostatni Hanaczowianie opuścili swe domy nocą z 3 na 4 maja. Za obronę polskości mjr Sawicki odznaczył wielu obrońców Krzyżami Walecznych i awansami na wyższe stopnie Armii Krajowej.

Rozproszony oddział dywersyjny AK z Hanaczowa, był poszukiwany przez policję niemiecką i ukraińską. Podczas łapanek we Lwowie (ok. 10 V 1944) złapano 16 żołnierzy. Jednak nie rozpoznano ich, i wszystkich wywieziono na roboty przymusowe na lotnisku krakowskim. Po miesiącu pracy grupie kierowanej przez Mikołaja Kwaśniewskiego "Strońcia" udało się zbiec w rejon Podkarpacia.

Niektórzy brali udział w akcjach dywersyjnych w okolicach Iwonicza-Zdroju, część - w tym sam "Strońć" - powróciła do Lwowa, uczestnicząc w lipcu 1944 r. w jego wyzwalaniu. Choć 28 lipca wydane zostały rozkazy rozwiązujące struktury AK na tych terenach, nie wszyscy złożyli broń. Część oddziałów przeprawiła się przez San, lokując się w okolicach Przemyśla, Jarosławia i Przeworska.

Niektórzy próbowali iść na pomoc walczącym powstańcom w stolicy. Zaś w jednym z mieszkań na Teatyńskiej we Lwowie rodziła się już struktura nowej wojskowej organizacji "NIE", tych, którzy wszelkimi możliwymi środkami i metodami postanowili walczyć o niepodległą Polskę.

Po wojnie wielu z uczestników obrony Hanaczowa, żołnierzy AK-WiN, trafiło na Dolny Śląsk. Od późnego lata 1945 r. całymi rodzinami zaczęli zasiedlać wsie na granicy powiatów zgorzeleckiego i lubańskiego, głównie: Rudzicę, Mikułową, Radzimów, Sulików, Siekierczyn i Wesołówkę. Podpułkownik Anatol Sawicki, dowódca podziemnego Okręgu Lwowskiego AK-WiN, który nie ujawnił się, teraz walczył inaczej.

Na Dolnym Śląsku odtwarzał eksterytorialne struktury V Dywizji Lwowskiej AK. Zmieniły się formy walki: wzmożono działalność propagandową, drukowano i kolportowano gazetki podziemne, nawoływano do głosowania w referendum (1 raz nie, 2 razy tak), pomagano będącym w potrzebie i rodzinom aresztowanych AK-owców, obsługiwano kanały przerzutowe za granicę oraz utrzymywano gotowość bojową.

Struktura terytorialna AK opierała się na przedwojennym podziale administracyjnym. OBSZAR stanowiło kilka województw, OKRĘG - jedno województwo, OBWÓD - powiat. Kilka obwodów (powiatów) tworzyło INSPEKTORAT (podobwód). W powiecie gmina, względnie kilka gmin, stanowiło PLACÓWKĘ, zaś kilka placówek tworzyło REJON. Strukturę tę zachowano, kiedy ludzie poakowskiego podziemia znaleźli się na Górnym i Dolnym Śląsku.

W lutym 1946 r. kierujący już z Krakowa ppłk Sawicki wprowadził podział okręgu na inspektoraty (pułki): 1. Inspektorat Górnośląski, I pułk, "Łąka", "Dzwon" z siedzibą w Gliwicach; 2. Inspektorat Dolnośląski, II pułk, "Staw", "Brzeg" z siedzibą we Wrocławiu; 3. Inspektorat, III pułk Zapasowy "Józka", "Cichy". Sztab każdego z inspektoratów był także dowództwem pułku utworzonego przez trzy rejony, stanowiące dowództwa batalionów.

Każdy batalion tworzyły przeważnie trzy kompanie-placówki. Zaś każdą placówkę trzy komórki niższego szczebla, tj. dowództwa plutonu. Rejony miały kryptonimy cyfrowe, zaczynające się od "1", zaś placówki dwucyfrowe, poczynając od "01". Punkty kontaktowe w poszczególnych placówkach nosiły kryptonimy trzycyfrowe - "001", "002" itd. Interesujący nas I pułk "Dzwon" z siedzibą w Gliwicach składał się z 3 batalionów, 10 kompanii i 30 plutonów. 

Tworzyły go trzy Rejony-Bataliony. Rejon-Batalion "1" o kryptonimie "Złom" działał na terenie Gliwic, Zabrza i Koźla. Rejon-Batalion "2" posiadał kryptonim "Góra" i działał w Katowicach, Bytomiu oraz Mysłowicach. Najbardziej nas interesujący Rejon-Batalion "3" - krypt. "Katarzyna" - obejmował Nysę i wkraczał na obszar Dolnego Śląska, obejmując swym zasięgiem Kłodzko, Lubań i Zgorzelec.

Jego komendantem był Kazimierz Wojtowicz "Głóg", "Zbyszek", szefem informacji Józef Twardowski "Kruk", łącznikiem batalionu "3" Michał Uryga ps. "Jarzębina", zaś szefem sztabu batalionu Kazimierz Kwaśniewski ps. "Monter", "Ryś". To były nazwiska nieobce, doskonale znane Sawickiemu. Przede wszystkim byli to sprawdzeni dywersanci przemyślańskiego Kedywu i zaprawieni w boju obrońcy Hanaczowa.

Między Zgorzelcem a Lubaniem, we wsiach Rudzica i Mikułowa, dokąd trafili żołnierze Sawickiego, placówka-kompania "02" otrzymała kryptonim "Las". Rzeczywiście, na zachowanych cudem zdjęciach, ludzie Placówki "02" zawsze fotografowali się na tle lasu. Komendantem Placówki "02" został plut. Jan Piwowar ps. "Janusz", ten sam, który wcześniej działał w oddziałach Kedywu Okręgu Lwów, a później przedostał się na Podkarpacie do Zgrupowania "Warta", uczestnicząc m.in. w akcjach przeciwko NKWD.

Osiedlony w Rudzicy Piwowar objął gospodarstwo rolne. W jego mieszkaniu, za zgodą władz gminy, które nic nie wiedziały o jego powojennej konspiracyjnej działalności, mieścił się tzw. "dziki posterunek" samoobrony, liczący 6 osób. Piwowar dowodził tym posterunkiem. Jego członkowie uzbrojeni w karabiny pełnili w Rudzicy nocne warty, strzegąc wsi przed polskimi szabrownikami i niemieckim Wehrwolfem.

Pamiętać należy, że nie we wszystkich wsiach Dolnego Śląska działały posterunki MO, musiała wyręczać je Straż Porządkowa stworzona w ramach samoobrony wsi. Zastępcą "Janusza" na Placówce "Las" został kpr. Władysław Algiertowski ps. "Groźny", żołnierz AK, jeden z sekcji likwidacyjnej "NIE" Okręgu Lwowskiego.

Co ciekawe, Algiertowski, który zamieszkał w Mikułowej obok Rudzicy, wraz z innym żołnierzem AK plut. Stanisławem Gruszką obsługiwał kanał przerzutowy za granicę do Czechosłowacji, w rejonie Miedzianej, na odcinku Leśna-Zawidów. Kanał ten istniał od marca 1946 roku i został zorganizowany na polecenie ppłk. Sawickiego. Korzystali z niego kurierzy i osoby zagrożone aresztowaniami.

Zjawiały się one we Wrocławiu na Kilińskiego 32 lub Szczytnickiej 28, skąd łączniczka (była nią Leokadia Suchar-Wojtowicz) zabierała ich do Radzimowa, w rejon granicy. Tam, w umówionym domu rodziców Wojtowicza, zjawiał się Algiertowski. Formalnie będąc pracownikiem Powiatowego Zakładu Weterynaryjnego w Lubaniu, jako dezynfektor (sanitariusz) mógł przebywać na terenie całego powiatu, w tym i w rejonie nadgranicznym.

Przerzut taki trwał 2-3 dni. Ludzie Placówki "Las" pozyskali z biura gminnego w Miedzianej koło Zawidowa komplet czystych i ostemplowanych blankietów meldunkowych, co znakomicie legalizowało kanał przerzutowy. Do 1947 roku, kiedy zdecydowanie uszczelniono granicę, tą drogą przeprowadzono 12 żołnierzy podziemia niepodległościowego, którzy przedostali się do Niemiec i Anglii. Algiertowski przekazywał ludzi na adres po czeskiej stronie, gdzie miał krewnych.

Kilka lat temu usłyszeliśmy relację, że ten kanał "spalono" za sprawą ucieczki... premiera Mikołajczyka z Polski. Jak wiadomo, doszło do niej 20 X 1947 r. na pokładzie brytyjskiego statku handlowego "Baltavia" - kilka dni przed posiedzeniem Sejmu, który miał pozbawić Mikołajczyka immunitetu poselskiego.

Mało kto wie, że wcześniej Amerykanie zaproponowali Mikołajczykowi trzy możliwe warianty ucieczki: przez Czechosłowację, aż do amerykańskiej strefy okupacyjnej, morzem do Szwecji lub Wielkiej Brytanii, lub przez Berlin wraz z konwojem 102 trumien ekshumowanych obywateli amerykańskich poległych lub zmarłych w czasie wojny w Polsce. Jak wiemy, Mikołajczyk zdecydował się na drogę morską.

Jeśli więc poważnie brano pod uwagę wariant pierwszy - drogę lądową, czyżby mógł być to kanał obsługiwany przez Algiertowskiego? W każdym razie propagandowa "gra operacyjna", jaką za sprawą ludzi poakowskiego podziemia przeprowadzono w granicznych powiatach lubańskim i zgorzeleckim, w związku z domniemaną ucieczką Mikołajczyka z Polski, spowodowała obstawienie granicy polsko-czechosłowackiej przez UB i wojsko na odcinku obsługiwanym do tej pory przez Algiertowskiego. I rzeczywiście, po tej dacie kanał przerzutowy przestał istnieć.

Polski odcinek kanału przerzutowego obsługiwał inny z obrońców Hanaczowa, Michał Uryga ps. "Jarzębina". W trakcie walk z SS Galizien został ciężko ranny. Wykorzystywał po wojnie swoje trwałe inwalidztwo I grupy do przewozu broni do i z Wrocławia oraz łączności w ramach zadań specjalnych. Z licznej rodziny Urygów, Albin ps. "Spokojny" zamieszkał w Wesołówce, Justyna Uryga (ps. "Maria") i jej mąż Wojciech ("Wojcio") osiedlili się w Lubaniu na Magistrackiej 7, bezpośrednio "przy Sawickim".

W ich domu właśnie zorganizowano punkt kontaktowy dla całego Okręgu. Wojciech w banku był palaczem, a jego żona, w tym samym banku, pracowała jako sprzątaczka. Dzięki Justynie Urydze znane są dzisiaj szczegóły aresztowania Sawickiego. Innym z żołnierzy poakowskiego podziemia, który osiedlił się na terenie Rudzicy, był Józef Twardowski ps. "Kruk", jeden z obrońców Hanaczowa w 1944 r., za co otrzymał Krzyż Walecznych. W konspiracji na Dolnym Śląsku był rejonowym (dla "3"-ki) szefem informacji.

Nieopodal w Radzimowie zamieszkał Bronisław Burek ps. "Jurek", żołnierz lwowskiego Kedywu, biorący udział we wszystkich jego akcjach. Na Placówce "02" został szefem łączności i uzbrojenia. Powielał podziemny biuletyn "Niezależność", którego redakcję na początku 1946 r. utworzył ppłk Anatol Sawicki. Z Rudzicy do przygranicznej Czerniawy przeniósł się Jan Jankowski ps. "Witek", został w niej kierownikiem poczty. Wykorzystując to stanowisko zorganizował u siebie punkt kontaktowy (łączności).

Kolportował podziemną "Niezależność". Wcześniej, w zgrupowaniu "Warta", był dowódcą 2. drużyny 1. plutonu do zadań specjalnych. Z kolei Mikołaj Kwaśniewski ps. "Strońć", od 1942 dowódca drużyny w hanaczowskiej placówce, a później dowódca plutonu, zasłużył się szczególnie w obronie wsi. Po wojnie w strukturach WiN przewidziany został na stanowisko adiutanta dowódcy III Pułku Zapasowego I Brygady Kadrowej V Dywizji Lwowskiej. Po wojnie osiadł w Lubaniu. Napisał wspomnienia "Czy byliśmy potrzebni?" i "Pionierskim szlakiem".

Placówka "Las" sąsiadowała ze zgorzelecką "07" "Lina", którą dowodził plutonowy Michał Rębisz "Biały", i "08" o nazwie "Konin" w Radzimowie, dowodzoną przez sierżanta Antoniego Bednarza "Gabrysia". Obie placówki miały za zadanie rozpoznanie rozmieszczenia posterunków WOP - odpowiednio na granicy polsko-niemieckiej i polsko-czechosłowackiej. Ludzi z poakowskiego podziemia tych dolnośląskich placówek na próżno szukać w kartotekach byłego ZBOWiD-u.

Kiedy wpadły nam w ręce, z podkomendnych Anatola Sawickiego odnaleźliśmy w nich jedynie "Kruka", kaprala Józefa Twardowskiego. A inni? Ludzie "Lasu" z podziemia lwowskiego byli tak głęboko zakonspirowani, że do dziś milczą o nich archiwa IPN-u... Może dzięki temu przeżyli te najgorsze powojenne lata? Kiedy z okrzykiem na ustach "Rozkazuję milczeć!" umierał ich ostatni komendant. Milczeli. Po latach odtwarzanie ich historii jest niezwykle trudne.

Dawni żołnierze poodchodzili na "wieczną wartę", niewiele wiedzą ich sąsiedzi, a nawet najbliżsi członkowie rodzin. Choć czasami ktoś odnajdzie jakieś zdjęcie, ktoś coś sobie przypomni... Za rok, 1 marca, obchodzony będzie kolejny dzień przywracania pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Ks. Piotr Prajs, proboszcz w Rudzicy ma nadzieję, że te uroczystości nie ominą jego parafii.

Struktura stworzona przez Sawickiego w ramach Inspektoratu Górnośląskiego "Łąka" (I pułk) na koniec 1946 roku liczyła około 340 oficerów, chorążych, podoficerów i żołnierzy. Wraz z II pułkiem (503 ludzi) i III-cim (zapasowym, ok. 320-400 ludzi) oraz wywiadowcami (w liczbie ok. 180), było to przeszło 1350 osób. Do dziś nie zostało odnalezione ich "lwowskie" archiwum, ukryte w 1947 roku w Gliwicach. Ale to już zupełnie inna historia...

Dowiedz się więcej na temat: odkrywca

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama