Tajemnica kętrzyńskiej piwnicy Hempla

Kętrzyn w świecie słynie głównie z pobliskiego "Wilczego Szańca" - ulubionej kwatery głównej Hitlera, gdzie niestety nie zakończył życia, choć w zamachu z 20 lipca 1944 roku były na to spore szanse. Samo miasto pozostaje więc nieco w cieniu pozostałości po tym znanym w skali globalnej obiekcie. Nie oznacza to jednak, że jest mało interesujące i nie kryje tajemnic. Wręcz przeciwnie. Oto jedna z nich.

Rastenburg, lato 1944 roku

Reklama

Urodzony w Beuthen na Śląsku Scharführer Konrad Sosinka miał sporo szczęścia. Na początku wojny jako 19-latek wstąpił do SS, otrzymując stosunkowo bezpieczną posadę. Został kierowcą Sturmbannführera Ledewiga stacjonującego przez większość wojny w Kętrzynie. Dopiero we wrześniu 1944 trafił z głębokiego zaplecza frontu do Francji. Zanim to jednak nastąpiło, spotkał miłość swojego życia. Margerete Hempel zwróciła uwagę na przystojnego Ślązaka niedługo po tym, jak zaczął się pojawiać w kawiarni jej ojca.

Wielu zabiegało o jej względy, lecz to właśnie jemu udało się zdobyć serce dziewczyny. Po jakimś czasie przedstawiła narzeczonego rodzinie, której z miejsca przypadł do gustu. Warto dodać, że była to zacna i bogata familia. Jej ojciec Carl Hempel posiadał w Rastenburgu luksusowe delikatesy, wykwintną restaurację i popularną kawiarnię, do której często zaglądali również oficerowie sztabowi z pobliskiej kwatery. Przyszły zięć stał się wkrótce jego ulubieńcem.

Nie tylko był przygotowywany do przejęcia i prowadzenia interesu, ale również wtajemniczany w rodzinne sekrety. A tych nie brakowało, zważywszy na nie do końca jasne kontakty kętrzyńskiego restauratora ze spiskowcami z "Wilczego Szańca". Musiały być jednak bliskie, gdyż po nieudanym zamachu z 20 lipca 1944 roku Carl Hempel, podobnie jak wówczas wielu Niemców, poczuł się szczególnie zagrożony. Do tego stopnia, że postanowił zabezpieczyć część sporego majątku, którego konfiskaty, w związku z możliwą dekonspiracją, bardzo się obawiał.

Skrytkami do tego celu dysponował wręcz idealnymi. Pod należącymi do niego lokalami ciągnęły się dwukondygnacyjne piwnice, których rodowód sięgał jeszcze czasów średniowiecza. Ich rozkład, zakamarki i połączenia z innymi podziemiami starego miasta znał doskonale. Ukrycie więc w nich czegokolwiek, zamurowanie i zamaskowanie śladów wszelkich robót, gwarantowało bezpieczeństwo dobytku pewniejsze, niż w jakimkolwiek sejfie depozytowym Reichsbanku czy innej instytucji finansowej.

Dyskretnie więc, przy pomocy przyszłego zięcia, ukrył najcenniejsze kosztowności jakie posiadał. Tymczasem nad Niemcami zebrały się czarne, a właściwie czerwone chmury, dobre czasy bezpowrotnie się kończyły. Od wschodu nadciągali Rosjanie, trwały dzikie represje po zamachu na Hitlera, wojna zaczęła dawać o sobie znać coraz wyraźniej. Wkrótce też Konrad Sosinka musiał opuścić coraz mniej już przyjazny Rastenburg, narzeczoną oraz świetlaną przyszłość.

Został wysłany na front zachodni. Gdy przebywał we Francji, jesienią 1944 roku dotarła do niego jedna z ostatnich wiadomości od ukochanej. Wśród wielu informacji znalazła się również i ta, że do ukrytych wcześniej kosztowności dołączył tajemniczy ładunek przywieziony z Gierłoży wojskową ciężarówką... Konrad Sosinka przeżył wojnę. Margarete również, lecz nigdy więcej nie dane było się im spotkać. Carl Hempel z resztą rodziny zginął podczas ewakuacji zimą 1945 roku.

Kętrzyn, 24 lata później. 6 kwietnia 1973 rok

Mieszkaniec jednej z kamienic przy starym mieście w Kętrzynie, wchodząc do ciemnej i zatęchłej piwnicy nie był zadowolony. Wrócił z pracy wyjątkowo późno, był głodny i zmęczony, a w domu zamiast ciepłego posiłku znalazł jedynie kartkę od żony z informacją, że zeszła do piwnicy po ziemniaki. - Niech to szlag trafi - zaklął siarczyście, ubrał jednak płaszcz i wyszedł szukać swojej połowicy w mało bezpiecznych o tej porze podziemiach domu. Wychodząc z klatki schodowej zauważył, że drzwi prowadzące na niższy poziom były otwarte.

Wewnątrz ciemnego zazwyczaj pomieszczenia paliło się światło, a z jego głębi, niesione po sklepieniach dudniącym echem, dochodziły głosy ożywionej rozmowy. - Co u licha, z kim tam tak szwargocze? - powiedział do siebie, po czym wytężył słuch. Zdziwił się. Z pewnością nie był to język polski, szybko rozpoznał słowa wypowiadane po niemiecku, które jako rdzenny Mazur doskonale znał. Początkowo zaczął wychwytywać pojedyncze wyrazy, potem już wyraźnie całe zdania. Ich sens zaczął szybko układać się w całość.

Jeden z mężczyzn mówił płynną niemczyzną, pozostałe osoby posługiwały się tym językiem z wyraźnie polskim akcentem. Mieszkaniec kamienicy zdecydował ukryć się za winklem i podsłuchać nieznajomych, tym bardziej, że temat ich rozmowy niezwykle go zaintrygował. Padały różnego rodzaju liczby, co sugerowało, że obcy mierzą odległości szukając ukrytego wejścia do zamurowanego tunelu i porównują z jakimś planem. Co więcej, twierdzili, że jak do tej pory stan rzeczywisty pokrywa się z nim w całości.

W pewnym momencie ostrożnie wychylił się ze swojej kryjówki. Kątem oka dostrzegł zarys postaci, których szczególną uwagę przykuła jedna z piwnicznych komórek, zabezpieczonych przez właściciela solidną kłódką. Tajemniczy goście zastanawiali się na głos, czy jej właściciel zechce się z nimi dogadać, i czy będą mu mogli zaufać. Osobnik mówiący płynną niemczyzną zapewniał swoich partnerów, że jeżeli wszystko się uda, nie będą musieli martwić się o swoją, ani swoich dzieci przyszłość.

Drugi mężczyzna, do którego skierowane były słowa, zdawał się je ignorować. Podszedł do innego miejsca zastanawiając się na głos, czy jest szansa dyskretnie wydobyć, najwyraźniej również tam ukryte, archiwalia z "Wilczego Szańca"... Coraz bardziej podekscytowany "podsłuchiwacz" w pewnym momencie przewrócił leżącą na posadzce pustą butelkę. Hałas spowodował, że zapadło milczenie, lecz nie na długo. Nie zrażony wpadką mężczyzna postanowił się ujawnić, udając, że właśnie wszedł do piwnicy.

Przywitał się z nieznajomymi po niemiecku, z wyraźnym akcentem regionalnym. Obcy uprzejmie mu odpowiedzieli. Nawiązała się zdawkowa rozmowa. Starszy z mężczyzn wyjaśnił, że jest synem właściciela kamienicy, do której należały również piwnice, gdzie się obecnie znajdują. Chciałby też obejrzeć mieszkania, ale nie ma śmiałości, by prosić obecnych lokatorów o wpuszczenie do środka. Mieszkaniec budynku tylko czekał na taką okazję.

- W takim razie serdecznie zapraszam do mnie, proszę się nie krępować - rzekł wykonując szeroki gest ręką. Obcy spojrzeli dyskretnie po sobie, po czym z uśmiechem przystali na propozycję. Zaczęli się wspinać po schodach. Dopiero na oświetlonym korytarzu mieszkaniec kamienicy mógł im się dokładniej przyjrzeć. Jeden był po pięćdziesiątce, dość postawny, siwiejący, drugi znacznie młodszy i dużo niższy. Towarzyszyła im jeszcze elegancko ubrana kobieta, o zaskakująco mocnym, jak na wizytę w piwnicy, makijażu. Po chwili weszli do mieszkania.

Niemiec rozglądał się z zaciekawieniem oprowadzany po poszczególnych pokojach. Zwracał uwagę na zmiany w układzie pomieszczeń, jakich dokonali nowi lokatorzy, lecz wyraził zadowolenie, że mimo ogólnych zniszczeń miasta, budynek i jego wnętrza przetrwały w stosunkowo dobrym stanie. Gospodarz chętnie udzielał odpowiedzi na każde pytanie gościa, a jego mazurski akcent najwyraźniej coraz bardziej zjednywał zaufanie starszego z mężczyzn. Wreszcie rozmowa zaczęła schodzić na bardziej interesujący go temat.

- Wtajemniczę Pana w pewną bardzo bliską memu sercu sprawę. Jak wspomniałem, kamienica ta wraz ze znajdującą się pod nią kawiarnią należała do mojego ojca. W czasie wojny była bardzo popularna, na początku zaglądali tu inżynierowie nadzorujący budowę pobliskiej kwatery, nieco później zaś stacjonujący tam oficerowie sztabowi. Z niektórymi nawet się przyjaźnił. Cieszył się na tyle ich zaufaniem, że po zamachu na Hitlera, powierzyli mu na przechowanie tajne dokumenty. Ukrył je w znanych tylko sobie zakamarkach piwnic, gdzie się spotkaliśmy. Ale to nie wszystko.

Wkrótce jednak sam poczuł się zagrożony. Postanowił zabezpieczyć rodzinę i ukryć w podziemiach sporą część majątku, w obawie przed możliwością jego konfiskaty. Niedługo potem front zbliżył się do naszego miasta. Musieliśmy uciekać, porzucając cały ukryty majątek. Przyznam, że sporo tego było, teraz chciałbym odzyskać choć część. Cała moja rodzina zginęła w czasie ewakuacji, wszystko przepadło. Od zakończenia wojny minęło ponad ćwierć wieku i sporo się tu pozmieniało, lecz jak widzę nadal wszystko zgadza się z planem, który posiadam.

Co więcej, sprawdziłem, że do skrytek nadal nikt nie dotarł i są nienaruszone. Najmniejszą kilka lat temu zleciłem opróżnić, co zakończyło się całkowitym powodzeniem. Teraz chcę odzyskać resztę... Nieznajomy zawiesił na chwilę głos, wpatrując się głęboko w oczy swojego rozmówcy, po czym dodał: - Pomoże mi Pan w tym? Gdy usłyszał oczekiwane zapewnienie, gość dał do zrozumienia, że spotkanie dobiegło końca, lecz obiecał wkrótce ponownie się skontaktować. Niedługo później wszyscy miło się pożegnali, zostawiając wciąż zaskoczonego gospodarza w mieszkaniu.

Po chwili do domu wróciła jego żona z koszem pełnym ziemniaków. Późny obiad jeszcze nigdy wcześniej tak mu nie smakował jak tego wieczora, wprawiając w dobry nastrój.

Podziemna gorączka złota

W normalnych okolicznościach o przebiegu tego typu spotkań i szczegółach rozmów, jakie się przy okazji odbywają, niewiele wiadomo. Aby je odtworzyć, trzeba byłoby użyć nie lada wyobraźni. Na szczęście dysponujemy aktami powyższej sprawy (o jednoznacznie brzmiącym kryptonimie "Skarb"), wśród których znalazł się również zapis meldunku złożonego 11 IV 1973 roku przez tajnego współpracownika kętrzyńskiej bezpieki o pseudonimie "Ira". Okazuje się bowiem, że mieszkaniec kamienicy, który spotkał syna jej niemieckiego właściciela był... informatorem Służby Bezpieczeństwa.

Prowadzący go niejaki kapitan Skiba miał jednak pewne zastrzeżenia, co do wiarygodności autora doniesienia i przytoczonych przez niego faktów: "Tw ps. "Ira" jęz. niemiecki zna biegle i miał możliwość podsłuchać i zrozumieć treść prowadzonej rozmowy w piwnicy. Pomimo to, należy się liczyć z tym, że rozmówca (T-w) jest znany z chwalenia się, ze stwarzania fantazji, dlatego też część informacji o rzekomych tunelach od budynku (...) do kościoła i zamku, gdzie rzekomo mają być ukryte skarby, ewentualnie dokumenty, może być wyobraźnią Tw.

Pomimo to jest faktem, że budynek (...) w czasie okupacji był przeznaczony na restaurację czy kawiarnię i tylko ten budynek został, sąsiednie zostały zniszczone". Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, bezpieka nie mogła zignorować podsuniętego jej tropu, zważywszy na potencjalną możliwość odkrycia kosztowności i tajnych dokumentów. Do jego zbadania został oddelegowany inspektor operacyjny z Wydziału d/s SB Komendy Powiatowej MO w Kętrzynie ppor. Waldemar Stankiewicz.

Dochodzenie rozpoczęło się od wizji lokalnej, jaka została przeprowadzona z udziałem Tw. ps. "Ira", w kamienicy i znajdującej się pod nią piwnicy. W jej wyniku podjęta została decyzja o przeprowadzeniu czynności operacyjnych, zmierzających przede wszystkim do ustalenia tożsamości człowieka podającego się za syna właściciela kamienicy oraz towarzyszących mu osób. Równolegle jednak, nie czekając na rezultaty tych działań, oficer postanowił sprawdzić miejsca ewentualnych skrytek, których lokalizację informator dość precyzyjnie określił:

"Lustrowane piwnice są rozczłonkowane i mają kształt starych lochów. Między piwnicą nr 6, a głównym piwnicznym korytarzem znajduje się ściana grubości ponad 1,5 m, na tej ścianie od strony korytarza znajduje się niewielka i płytka nisza, przy której są świeże ślady zdrapywania tynku, wg słów "Ira" tynk ten został zeskrobany przez osobników, którzy byli tam w dniu 6 kwietnia 1973 r. i sprawdzali, czy to jest stary tynk".

Mając tak oczywiste wskazanie, już 19 kwietnia 1973 roku SB przeprowadziła w piwnicy pierwszą eksplorację. Tak wspominał ją ppor. Stankiewicz w swoim raporcie: "Po omówieniu z mjrem Borkowskim problemu, otrzymałem polecenie przebicia ściany piwnicznej i stwierdzenia czy znajduje się tam ukryty korytarz. W związku z tym zorganizowałem grupę w składzie 2 osoby z MZBM Kętrzyn i udałem się na miejsce. We wskazanym przez b. Tw "Ira" miejscu, zostało dokonane przebicie ściany na głębokości 75 cm (ściana ma grubość ok. 2 m), przebicia dokonywano z wnęki w ścianie głębokości 25 cm.

W czasie tej czynności nie stwierdzono, by znajdowało się tam jakiekolwiek wejście do ukrytego korytarza. Nadmienić należy, że piwnica przedmiotowego budynku jest dwupoziomowa z tym, że poziom dolny jest zasypany gruzem, gruzem są zasypane również części piwnicznych korytarzy wychodzące na zewnątrz budynku. W czasie przebijania ściany na głębokości ok. 0,5 m znaleziono w niej kości i kawałek talerza fajansowego. Dalszych przebić nie dokonywano z obawy by nie spowodować uszkodzenia budynku".

Pierwsza akcja zakończyła się więc niepowodzeniem, zresztą zapewne spodziewanym.

Śląski trop

Od tego momentu całość działań SB skupiła się na identyfikacji osób, które penetrowały kętrzyńską piwnicę na początku kwietnia 1973 roku. Po dwóch miesiącach poszukiwań udało się ustalić tożsamość mężczyzny, który w świetle relacji Tw. "Ira" podawał się za syna właściciela kamienicy w Kętrzynie. Niestety nie wiemy w jakich okolicznościach to nastąpiło. Wiadomo jedynie, że na jego trop wpadła katowicka Służba Bezpieczeństwa, która 3 lipca 1973 roku przesłuchała niejakiego Konrada Sosinka.

Pochodzący z Bytomia, 52-letni Ślązak, nie miał żadnych powiązań rodzinnych z kimkolwiek w Kętrzynie. Jedyne co łączyło go z tym miastem to... służba w wojsku podczas wojny. Twierdził, że stacjonował tam jako szofer jednego z wyższych oficerów. "W okresie okupacji służył w formacjach SS, m.in. jako kierowca Obersturmbannführera Ledewiga stacjonując do sierpnia 1944 r. na terenie Kętrzyna" - pisał w notatce służbowej ze spotkania naczelnik Wydziału III ds. SB KWMO w Katowicach ppłk H. Sikora, któremu K. Sosinka sprzedał taką oto historię:

"W czasie pobytu w Kętrzynie rozmówca zaprzyjaźnił się z rodziną Hempel, posiadającą duży wielobranżowy sklep oraz restaurację i kawiarnię, a nawet pretendował do ręki córki Hemplów - Małgorzaty. Gdy front wschodni zbliżał się coraz bardziej, Hempel przy pomocy K. Sosinki ukryli w piwnicach /dom Hempla był częścią dawnego krzyżackiego zamczyska/ większą ilość złota, kamieni szlachetnych, broń oraz szereg rzeczy, które rozmówcy wydawały się dokumentami. K. Sosinka wnioskował, że są to dokumenty przekazane Hemplowi przez wyższych oficerów z kwatery Hitlera, którzy często go odwiedzali, a niektórym ich wizytom towarzyszyły samochody ciężarowe. K. Sosinka sugerował, iż w lochach tych Niemcy mogli ukryć część słynnej komnaty bursztynowej, lecz swych przypuszczeń nie potrafił uzasadnić. Cała rodzina Hemplów, za wyjątkiem córki Małgorzaty, która wydostała się do Niemiec i zmarła w 1971 r. - zginęła w czasie działań wojennych".

Cóż, powoli wszystko stawało się jasne, tym bardziej, że Ślązak przyznał się również do kilku wyjazdów do Kętrzyna w towarzystwie zaprzyjaźnionego małżeństwa, z którym penetrował piwnice interesującej go kamienicy.

Kim był Konrad Sosinka?

Historia, którą przedstawił Konrad Sosinka, nam współczesnym wydaje się pełna luk i mielizn, niemniej SB nie starała się zbyt wnikliwie ich weryfikować. Zapewne dlatego, że jego opowieść mieściła się w kanonie tego typu spraw, w owym czasie niezwykle popularnych. W ówczesnej prasie pełno było sensacyjnych artykułów o poniemieckich skrytkach, tajnych obiektach czy poszukiwaniach Bursztynowej Komnaty.

Teksty te, oparte na utartych schematach, kształtowały pewien stereotypowy obraz drugowojennych tajemnic - wówczas, jak się wydawało, będących tuż od rozwiązania, ponieważ wciąż żyli bezpośredni świadkowie opisywanych zdarzeń. Dlatego też, jak już ukrywało niemieckie wojsko, to najczęściej SS; jak SS, to musiały to być skrzynie ze złotem czy tajnymi dokumentami. Treści tego typu rozpalały wyobraźnię czytelników i potencjalnych... świadków.

Wszystkie zatem elementy opowieści Konrada Sosinki mieściły się w owym stereotypie, na co SB zupełnie nie zwracała uwagi, podobnie zresztą jak ówcześni dziennikarze. Trudno się dziwić, perspektywa odnalezienia skarbów do dziś jest nader kusząca.

Rozwiązanie

Z dat widniejących na dokumentach wynika, że katowicka SB na początku września 1973 roku przesłała wszelkie ustalenia na temat Konrada Sosinki do Olsztyna. Jednak tamtejsza bezpieka nie od razu ściągnęła go do Kętrzyna. Najwyraźniej, po objęciu Ślązaka obserwacją, czekano na jego kolejny ruch. Niecałe dwa miesiące później rzeczywiście zjawił się w mieście. Tak przynajmniej wydawało się Tw. "Ira", który zauważył pod swoim domem osobę przypominającą syna właściciela kamienicy, którego poznał wiosną.

Gdy zwrócił się w jego stronę by się przywitać, ten udał, że go nie widzi i szybko się oddalił. Tymczasem oficer prowadzący informatora, odbierając jego doniesienie nabrał podejrzeń, że "Ira" prowadzi bliżej nieokreśloną grę, chcąc niezależnie wejść w kontakt z osobami posiadającymi wiedzę o ukrytym skarbie i na własną rękę go wydobyć. Tajny współpracownik zaczął bowiem wykazywać niezdrową fascynację sytuacją, w której uczestniczył, twierdząc nawet, że kamienicą interesuje się wywiad niemiecki.

Ostatecznie jednak zarzuty pod jego adresem okazały się bezpodstawne.

Na początku 1974 roku sprawa weszła w decydującą fazę. Udało się zidentyfikować wszystkie potencjalnie związane z nią osoby, jednak ostatecznie uznano, że tylko Konrad Sosinka jest istotnym elementem śledztwa. W połowie kwietnia 1974 roku został wezwany do stawienia się w komendzie MO w Kętrzynie, gdzie po raz pierwszy został szczegółowo przesłuchany przez prowadzących śledztwo. Po ustaleniu wszelkich interesujących szczegółów i ściągnięciu ekipy budowlanej, udano się z nim do piwnic z zamiarem ostatecznego rozwiązania sprawy.

Oto jak owe przedsięwzięcie zostało opisane w notatce służbowej prowadzącego sprawę ppor. Stankiewicza:

"K. Sosinka naszkicował plan określając miejsce zamurowania wejścia. Po udaniu się do piwnic przedmiotowego domu, wskazał miejsce określając, że za murem będzie znajdowała się nisza. Rozbicie ścianki niszy zaprowadzi do piwnic II-ej kondygnacji. Istotnie po przebiciu ściany grubości ok. 80 cm znajdowała się nisza. Po przebiciu drugiej ścianki okazało się, że wejście prawdopodobnie jest zawalone gruzem i piachem. Wg wskazówek K.S. próbowano przebijać strop piwnicy. Te czynności również nie dały rezultatu. Przez około 1,7 m w głąb ciągnął się piasek pochodzenia lodowcowego. Fakt, że piwnice są dwukondygnacyjne potwierdził się, gdyż odkryto w piwnicy oznaczonej nr 1 właz i osiem schodków prowadzących w głąb. Jednak odkryte pomieszczenie zawalone było gruzem z okresu odbudowy i adaptacji budynku. Napotkano również na trudności wynikające z zagruzowania znacznej części piwnic właśnie z okresu odbudowy. Wobec powyższego, odstąpiono od dalszych poszukiwań i penetracji do czasu wyjaśnienia niektórych sprzeczności, jakie zarysowały się pomiędzy relacją K. Sosinki, a stanem faktycznym piwnic. Realizacja ewentualnych przedsięwzięć odbędzie się po 15.05 1974 r.".

Jednak się nie odbyła. Być może dlatego, że po weryfikacji świadek przestał być wiarygodny? A może dlatego, że wokół mało dyskretnych robót zrobił się niepotrzebny szum. K. Sosinka jednak nie odpuszczał. Jeszcze pod koniec maja wysłał do prowadzącego sprawę ppor. Stankiewicza list, w którym próbował przekonywać, że pomylił się zaledwie o kilka metrów, że wiercili nie z tego miejsca co powinni itp. Wydawałoby się więc, że sprawa umarła śmiercią naturalną. Minęło jednak kilka miesięcy...

W lutym 1975 roku, po ponownym przeanalizowaniu materiałów sprawy, kętrzyńskie SB planowało już na własną rękę - bez udziału K. Sosinki, jedynie po uwzględnieniu poprawek, które opisał w liście - przeprowadzić kolejne odwierty przy pomocy bardziej wydajnych wierteł. Przygotowano nawet szczegółowy plan działań i szkic techniczny podziemi. Nie wydaje się jednak by je kiedykolwiek zrealizowano. Cóż, jedno co udało się SB w tej historii wyjaśnić, to istnienie dwupoziomowych piwnic pod kętrzyńską kamienicą, niestety całkowicie zagruzowanych już po wojnie.

Nawet jeżeli znajdowała się tam jakakolwiek skrytka, techniczne możliwości ich oczyszczenia i nakład środków finansowych niezbędnych przy tego typu pracach, nawet dziś okazałyby się niewspółmiernie wysokie, w stosunku do potencjalnych korzyści. Czy 30 lat po wojnie zbilansowałby je odnaleziony majątek bogatego restauratora? A może bardziej wartościowe okazałyby się dokumenty z "Wilczego Szańca"? Wszystko zależy od punktu widzenia. Niech każdy więc na te pytania odpowie sobie sam.

Tekst: Piotr Maszkowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje