Teczka z napisem "Westerplatte"

Spotkali się w Klubie Dziennikarza w Krakowie. Był ciepły, wrześniowy wieczór 1958 roku. On - komandor porucznik, były zastępca dowódcy obrony Westerplatte, opowiedział młodemu dziennikarzowi krakowskiemu Januszowi Roszko o wydarzeniach, jakie rozegrały się w dniu 2 września 1939 r w piwnicy koszar na Westerplatte po nalocie niemieckich Stukasów.

Westerplatte - temat tabu

Reklama

"Jeżeli da mi Pan słowo, że przez 25 lat tego nie opublikuje - powiedział komandor Dąbrowski - powiem Panu wszystko...". Po tym co usłyszałem od komandora Dąbrowskiego, czułem się jak ogłuszony, i wiedziałem, że tego rzeczywiście teraz (oczywiście w tamtym czasie) opublikować się nie da. Potrzebny jest dystans lat. Komandor miał rację. Nie chodziło o cenzurę, nie chodziło o politykę! Była zagrożona jedna z najpiękniejszych kart wojny 1939 roku, legenda, którą naród uważał za własną i świętą. Przez wiele, wiele lat nie miałem odwagi burzyć tego wielkiego narodowego mitu - pisał w artykule "Tajemnica Westerplatte" Janusz Roszko.

Głośny artykuł Janusza Roszki "Tajemnica Westerplatte" (Polityka 24/93) sprawił, że obrońcy legendy majora Sucharskiego okrzyknęli autora kłamcą, a opublikowane przez niego fakty uznali za szkalujące dobre imię dowódcy Westerplatte.

Paweł Dzianisz i Tadeusz Skutnik z "Dziennika Bałtyckiego" rozpętali nagonkę na krakowskiego literata nie szczędząc mu przy tym niewybrednych epitetów. Paweł Dzianisz w artykule "Tajemnica Westerplatte?" pisał: "publikacje Witkowskiego (kmdr, historyk - przyp. J.Ż.) i Roszki będą musiały jako plotki czekać w kuble na śmieci! I to w zapachu skandalu, czymże bowiem innym jest plotka naruszająca dobre imię człowieka?".

Wtórowała im Stanisława Górnikiewicz, absolwentka stalinowskiej szkoły NKWD w Łańskach, oficer UB i SB - "opiekunka Westerplatte" i "mateczka Westerplatczyków", prezes koła ZBOWiD w Nowym Porcie. Bardzo krytycznie oceniła artykuł Janusza Roszki, a komandorowi Dąbrowskiemu zarzuciła kłamstwa, podważając tym samym wiarygodność oficera, który od pierwszych salw pancernika "Schleswig Holstein" dowodził obroną Westerplatte, a w dniu 2 września 1939 r., po zbombardowaniu polskiej placówki przez Stukasy, rozkazał zerwać wywieszoną na rozkaz Sucharskiego białą flagę.

Niemcy dostrzegli z pokładu pancernika symbol kapitulacji i natychmiast przerwali ogień. Fakt ten potwierdza treść radiodepeszy, nadanej z pokładu okrętu do dowództwa Grupy "Wschód" Kriegsmarine w Świnoujściu (zob. "Zanim poddał się Hel" - niemiecki dokument z 1939 r., tłum. i oprac. Jacek Żebrowski, Łódź 2003, str. 49)

Odnalezione notatki w archiwum Janusza Roszki

Po zmarłym w 1995 r. pisarzu pozostała ogromna biblioteka, zawierająca jego bogaty dorobek literacki, z którym mogłem się zapoznać dzięki uprzejmości jego żony. Przeglądając liczne opracowania, maszynopisy i nieukończone książki, natrafiłem na prawdziwy rarytas - starą kartonową teczkę z napisem "Westerplatte", a w niej zachowane notatki z rozmowy z kmdr. Dąbrowskim.

Wśród luźnych kartek papieru znalazłem jedną, której treści Roszko nie zamieścił w swoim artykule. Dlaczego? To przytoczona wypowiedź mjr Sucharskiego skierowana do Dąbrowskiego (w 1939 r. w stopniu kapitana) na temat sensu obrony polskiej składnicy na kilka godzin przed atakiem niemieckim.

Oto pełny zapis wypowiedzi dowódcy Westerplatte: "Jaki sens ma ta cała składnica? Przecież tu niczego się nie składuje. To tylko symbol praw Rzeczypospolitej do Gdańska. Czy dla tego symbolu, jakże sztucznego, ma zginąć teraz 200 ludzi? I co to ma dać? Obrona półwyspu to nonsens, teraz kiedy odwołano korpus interwencyjny generała Skwarczyńskiego, nonsens! Wierzysz Kuba (przydomek kpt. Dąbrowskiego - przyp. J.Ż.) w pomoc Anglii? Przecież żaden statek nie przeciśnie się przez Skagerrak! Żaden! Powinni byli równocześnie z wycofaniem dywizji do Borów Tucholskich ewakuować nas do Gdyni. Tam wsparlibyśmy obronę portu. Jeden statek, załadować wszystkich i do Gdyni. Tutaj uważam wszystko za nonsens. Wieczyste, postaw się i zastaw się, a w kielichach żywa krew!".

Zatem - w kuble na śmieci jest miejsce na tony papieru, zapisanego przez "poprawiaczy historii" i jej przysięgłych fałszerzy, którzy na tysiącach stron napisali o Westerplatte wszystko prócz prawdy. To nad tymi "publikacjami" unosi się zapach skandalu. Teraz wiem, że Roszko nie napisał wszystkiego, o czym powiedział Dąbrowski. Czy dla autora prawda była zbyt przerażająca?

Suplement

Wszystkich tych, których być może poruszy powyższy artykuł mojego serdecznego przyjaciela Jacka Żebrowskiego, pragnę zapewnić, że nigdy nie było jego zamysłem burzenie jakichkolwiek ołtarzy, szarganie świętości czy trywializowanie etosów. Poszukiwanie prawdy historycznej zawsze stanowiło jego pasję, a bezkompromisowość w jej tropieniu stała się drugą naturą Jacka. Tak to już bywa, że poszukując romantycznych bohaterów raz doznajemy potwornych rozczarowań, innym razem dokonujemy wzniosłych odkryć.

Takim odkryciem w dramatycznej historii walk o Westerplatte w 1939 roku stał się dla Jacka Żebrowskiego kapitan Franciszek Dąbrowski.

Próba umieszczenia kapitana Dąbrowskiego w panteonie narodowych bohaterów wcale nie musi oznaczać strącenia z piedestału majora Sucharskiego! Uważna lektura wszystkich dokumentów, przytoczonych w opracowaniach Jacka Żebrowskiego, w sposób jednoznaczny dowodzi, że dowódca Składnicy Tranzytowej na Westerplatte był człowiekiem trzeźwo i logicznie myślącym.

Trudno bowiem nie zgodzić się z jego filozofią, kiedy zwierza się swojemu zastępcy z nonsensu obrony Westerplatte na kilka godzin przed niemieckim atakiem. Ma po prostu rację! Tyle tylko, że dziesiątki książek i podręczników, setki placów i ulic w Polsce, patronatów szkół i drużyn harcerskich oraz mnóstwo akademii i uroczystości poświęcono, a raczej chciano poświęcić nie pragmatyzmowi Sucharskiego lecz właśnie odwadze kapitana Dąbrowskiego.

Komunikaty Polskiego Radia o treści "Westerplatte broni się nadal" słuchał we wrześniu 1939 roku cały kraj. Ale otuchy Rodakom dodawał nie rozsądek Sucharskiego, a właśnie "donkiszoteria" Dąbrowskiego. Tego wówczas oczekiwano! O tym, że narodowy hołd źle zaadresowano, mało kto wiedział!

Dąbrowski był człowiekiem zbyt honorowym, by krzyczeć o niesprawiedliwości jaka go dotknęła. Niemieccy oficerowie po walkach doskonale zorientowali się, że w dowództwie polskiej obrony coś nie grało, jednak uszanowali chwilę słabości przeciwnika. Jadowita propaganda hitlerowska nigdy nie dowiedziała się prawdy. Spróbujmy uszanować więc i my faktycznego bohatera "polskich Termopil", pochylając się jednocześnie nad osobistym dramatem Sucharskiego. Symboliczny wydźwięk walk na Westerplatte i poświęcenie jego obrońców nic na tym nie ucierpią.

Piotr Laskowski

Dowiedz się więcej na temat: teczki | Tajemnica Westerplatte | Artykuł | tajemnica | 1939 | Westerplatte

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje