Złoto (z) Wrocławia

To będzie historia o złocie z Wrocławia. Skarb faktycznie istniał. Co więcej, został odnaleziony. Czy miał on jednak cokolwiek wspólnego z legendarnym depozytem bankowym wywiezionym z Breslau na przełomie 1944/45 roku? Czy zawierał także zabezpieczone przez władze kosztowności mieszkańców miasta? Wreszcie, czy został wywieziony i ukryty gdzieś w Sudetach? Poniżej odpowiedzi na wszystkie z postawionych pytań.

Poszukiwanie skarbów z definicji jest procesem mającym na celu odnalezienie ukrytego, bądź porzuconego, w bliższej lub dalszej przeszłości mienia, o zróżnicowanej, choć przeważnie znacznej wartości materialnej lub historycznej. Jej sprecyzowanie jest kwestią dość płynną, niemniej jednak w każdym przypadku celem nadrzędnym jest osiągnięcie konkretnej korzyści - sławy, pieniędzy, wzbogacenia zbiorów własnych, czy kolekcji innych.

Reklama

Od zarania o prawie własności do odnalezionych dóbr decydowały czynniki odgórne, współdzieląc potencjalny zysk pomiędzy znalazcę, właściciela terenu i władzę państwową. Każda więc z wymienionych stron chciała zyskać dla siebie jak największy udział, co powodowało, i nadal powoduje, że eksploracje są najczęściej prowadzone niezwykle dyskretnie.

Dlatego też nie do końca wiadomo, jaka jest ich skala i skuteczność, wydaje się jednak, że nie będzie zbyt wielkim nadużyciem stwierdzenie, że mimo wszystko niewielka. Chociaż większość zacnych eksploratorów, poszukiwaczy skarbów, tropicieli tajemnic i inspirowanych przez nich wskazicieli ukrytych dóbr wszelakich, twierdzi coś zupełnie odwrotnego.

Być może odkryć byłoby znacznie więcej, gdyby istniała absolutna gwarancja większościowego udziału w znaleźnym. Takich gwarancji jednak nie ma, a jego wysokość, choć teoretycznie określona przepisami prawa, w rzeczywistości ma charakter uznaniowy (i obostrzony licznymi warunkami) lub, co gorsza, warunkowy. Między innymi dlatego też rodzą się nieweryfikowalne legendy, podtrzymywane przez samych zainteresowanych, o skarbach będących na wyciągnięcie ręki, których jednak oficjalne i legalne wydobycie jest całkowicie nieopłacalne... I tak tkwią te bogactwa w ziemi, marnując się i czekając na lepsze czasy.

Analiza niezwykle licznych już przykładów oficjalnych poszukiwań skarbów, prowadzonych w okresie powojennym w Polsce wskazuje, że ich skuteczność była minimalna. Niezależnie od procentów, które oferowano wskazicielom, przeważnie kończyły się one fiaskiem.

Udokumentowane zaś historie, w których cokolwiek wartościowego odnaleziono, dotyczą głównie lat, tuż po zakończeniu II wojny światowej. Wówczas to odzyskano, w całej Europie, najwięcej zrabowanych przez Niemców i przemieszczonych dzieł sztuki, kosztowności, czy depozytów bankowych. Pomimo tego, wielu "skarbów" poszukuje się do dzisiaj. Niestety, bezskutecznie, chociaż w ciągu ostatnich 70 lat dużo osób uważało i nadal uważa, że owe bogactwa wciąż są do wzięcia...

Jednym z takich skarbów jest mityczne "Złoto Wrocławia" - depozyt dolnośląskich banków i kosztowności mieszkańców tego miasta, wywieziony w tajemniczym konwoju pod koniec 1944 roku z niemieckiego jeszcze Breslau. Transport miał trafić w Sudety, gdzie został skutecznie ukryty i zapewne spoczywa gdzieś po dziś dzień.

Historia mitycznego "Złota Wrocławia" jest wystarczająco znana, została opisana w setkach wersji i niewiele jest już w niej do dodania, poza podsumowaniem i ostatecznym zamknięciem. Złoto w Breslau z pewnością było.

Tak samo pewne jest, iż jego mieszkańcy dysponowali sporą ilością kosztowności. W mieście funkcjonowało również kilkadziesiąt banków. Faktem jest, że większość tych bogactw wywieziono, choć o szczegółach tego typu działań nie mamy bladego pojęcia, poza barwnymi opowieściami. Najpewniej trafiły one w bezpieczniejsze tereny, niż wschodnie rubieże upadającej III Rzeszy. Zapewne tam, gdzie uciekały setki tysięcy Niemców - byle dalej na Zachód. Wszystkiego jednak zabrać się nie dało...

W 1949 roku, jedna z mieszkanek Wrocławia prowadziła niebezpieczną grę z organami bezpieczeństwa. Oferowała ona wskazanie miejsca ukrycia skarbca, zawierającego gigantyczny majątek zabezpieczony przed oblężeniem Festung Breslau przez członków jednej z miejscowych lóż masońskich: "złoto, waluta w złocie, biżuteria, zabytki muzealne, oraz płaszcze skórzane, stare wina i cały szereg różnych innych bardzo wartościowych rzeczy". W zamian oczekiwała jedynie 3% wartości depozytu oraz uchylenia wyroku ciążącego na jej mężu.

Z czasem sprawa ta niezwykle się skomplikowała, nabierając czysto kryminalnego charakteru, w efekcie czego, wspomniany skarb nigdy nie został odnaleziony. O ile faktycznie istniał ("Odkrywca" nr 2/2011 i nr 1/2012). Wiele nadziei wiązano również, z kilka lat wcześniejszym, otwarciem skarbca dawnego banku "Eichborna", mieszczącego się przy pl. Solnym 13 we Wrocławiu. Dokonali tego, wspólnie, przedstawiciele Narodowego Banku Polskiego, Biblioteki Uniwersyteckiej oraz Sądu Grodzkiego - 31 sierpnia 1946 roku.

Mimo, że drzwi do szaf pancernych były zamknięte, a pomieszczenie wydawało się nie ruszane od końca wojny, wewnątrz niczego nie odnaleziono ("Odkrywca" nr 4/2012). Jak się okazuje, kilka miesięcy wcześniej podobne zdarzenie zakończyło się niespodziewanym sukcesem...

W morzu ruin zniszczonego w wyniku długotrwałego oblężenia Festung Breslau trwały prace porządkowe. Większość ulic była już przejezdna, lecz gruzu wciąż przybywało. Olbrzymia ilość zniszczonych i wypalonych budynków zaklasyfikowana została do rozbiórki, a odgłosy walących się kamienic stały się codziennością mieszkańców. Pracy było w bród lecz rąk do niej brakowało, w odróżnieniu od zapału i chęci zarobku.

W większości przypadków uczciwego, lecz powojenna rzeczywistość generowała różne możliwości szybkiego wzbogacenia się. Krocie zarabiały firmy budowlane i ich przedsiębiorczy właściciele, ale także szabrownicy. W zgliszczach bowiem pogrzebane były również i skarby.

"W kwietniu 1946 r. znalazłem i zabezpieczyłem około 7 kg. złota i biżuterii poniemieckiej, które zostało zdeponowane w ówczesnym WUBP Wrocław, a następnie przekazane do Narodowego Banku Polskiego. Zatrudniony byłem wówczas w WUBP Wrocław na stanowisku st. referenta Wydz. I." - pisał w 1955 roku do Biura Skarg i Zażaleń Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie, były funkcjonariusz WUBP we Wrocławiu Karol Dyduch.

Przyznajmy, że informacja o odnalezieniu depozytu jest wyjątkowa i jednocześnie niezwykle interesująca. Mówi bowiem o skarbie, który nie przepadł w nieokreślonej otchłani przeszłości, lecz został oficjalnie przekazany przez organy bezpieczeństwa instytucji finansowej państwa. Przypadek ten wolny jest też od wątku kryminalnego, jakże często towarzyszącego tego typu sprawom. Choć nie znamy bliższych szczegółów na temat samych okoliczności odkrycia wspomnianych kosztowności, spróbujemy na podstawie posiadanych źródeł prześledzić tę intrygującą historię.

W 1955 roku Karol Dyduch nie był już najmłodszy. Stresująca służba w kontrwywiadzie wrocławskiego WUBP sprawiła, że czuł się znacznie starszy niż wynikało to z jego metryki urodzenia. Przyplątało się również kilka schorzeń, które praktycznie uniemożliwiały mu skuteczne wykonywanie obowiązków służbowych. Zdecydował się więc złożyć podanie o zwolnienie z pracy. W konsekwencji zaczęła się cała procedura z tym związana - odejść z resortu, zwłaszcza z tak kluczowego odcinka, jakim był kierunek niemiecki, nie było łatwo. Co nie znaczy, że niemożliwe.

Problemem, który spędzał mu sen z oczu, nie były bynajmniej kwestie kadrowo-proceduralne. Lecz jedna sprawa, która ciągnęła się za nim przez ostatnich 9 lat. Nie dawała mu spokoju, potęgując rozgoryczenie i frustracje. Teraz, kiedy miał zacząć wieść żywot biednego rencisty-emeryta, musiał ją ostatecznie zakończyć. Tym bardziej, że jego dawni przełożeni z WUBP: kierownik płk Faustyn Grzybowski (6 XII 1945-15 IV 1948), jego z-ca mjr Bronisław Trochimowicz (27 VII 1945-1 III 1947), a także Naczelnik Wydziału I, w którym pracował, por. Henryk Konopko, obiecali pomóc. Zagwarantowali nagrodę za znaleziony przez Dyducha skarb. W pewnym sensie słowa dotrzymali...

W jego sprawie posłali pisma do Biura Finansowo-Budżetowego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Mijały jednak lata, zmieniali się szefowie, struktura i obsada Urzędu. Starszy referent Karol Dyduch otrzymywał odznaczenia i awanse, lecz przyrzeczonej gratyfikacji finansowej nie mógł się doczekać. Dlatego też u schyłku swojej służby, w kwietniu 1955 roku, zdecydował się sam napisać podanie - do Biura Skarg i Zażaleń Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego, z prośbą o interwencję w Ministerstwie Finansów w sprawie jego nagrody. Petycja Dyducha wywołała spore zamieszanie, wkrótce też został jej nadany bieg urzędowy. W związku z tym, że od kluczowych wydarzeń minęło kilka lat, a biurokracja bezpieki była rozbuchana do granic absurdu, jakiś czas zajęło urzędnikom odnalezienie w archiwach właściwej dokumentacji.

Naczelnik Biura Skarg i Zażaleń Komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie ppłk M. Janic, gdy przeczytał pismo funkcjonariusza, postanowił osobiście zaangażować się w jego sprawę. Zapytania z klauzulą wysokiego priorytetu wysłał do Naczelnika sekretariatu Departamentu Finansowego komitetu ds. Bezpieczeństwa Publicznego por. L. Samsela. Ten z kolei przekazał ją do rozpoznania przez Wydział Likwidacyjny Zarządu Dochodów Państwowych Ministerstwa Finansów.

Na tym etapie zaczęły się jednak piętrzyć trudności. Problemem okazało się odnalezienie właściwej dokumentacji, w związku z wcześniejszą reorganizacją dawnego Ministerstwa Skarbu. Wreszcie, na początku sierpnia 1955 roku z-ca Dyrektora Zarządu Dochodów Państwowych Ministerstwa Finansów Z. Brokl, był gotowy do udzielenia ostatecznej odpowiedzi w sprawie Karola Dyducha. W tym momencie na scenie pojawia się ktoś jeszcze...

Okazało się, że st. referent Wydziału I WUBP we Wrocławiu Karol Dyduch, nie był jedynym pretendentem do nagrody za znalezienie 7 kg złota. Bowiem dokonać tego miał wspólnie z niejakim Romanem Sielskim. To zupełnie nieoczekiwana, zaskakująca zmiana sytuacji. Tym bardziej, że - jak wynikało z akt - tego samego dnia, kiedy miało miejsce odkrycie - przypomnijmy 15 kwietnia 1946 roku - Roman Sielski zwrócił się w podaniu do Ministerstwa Skarbu o przysługujący mu udział w znaleźnym. Niestety, trudno dziś ustalić co łączyło obu mężczyzn.

Można się prędzej domyślić, co zaczęło ich dzielić, gdyż każdy z nich, z osobna, rozpoczął własną rozgrywkę o nagrodę. Dyduch, najwyraźniej pewny swojej pozycji, złożył podobne podanie oficjalnie dopiero we wrześniu, a więc pięć miesięcy później. Czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Raczej nie, gdyż Sielski, kimkolwiek by nie był, w konfrontacji z pracownikiem bezpieki miał niewielkie szanse. Tym bardziej że, jak pamiętamy, przełożeni funkcjonariusza z WUBP, za odnalezienie i przekazanie kosztowności do Narodowego Banku Polskiego, obiecali przychylić się do wniosku Dyducha o dodatkową gratyfikację dla niego.

Ministerstwo Skarbu udzieliło bezpośredniej odpowiedzi dopiero po roku, i to tylko... Romanowi Sielskiemu, stwierdzając brak podstaw do wypłaty znaleźnego. Pozostawiło mu jednak pewną nadzieję. Został poinformowany, że ewentualne przyznanie nagrody, komukolwiek ze znalazców, zależy od "szczegółowego wyjaśnienia wszelkich faktycznych okoliczności odnoszących się do zabezpieczenia tych kosztowności i ustalenia osoby, która się do tego przyczyniła". Karol Dyduch został potraktowany nieco odmiennie.

Co prawda nie otrzymał odpowiedzi na piśmie, jednak jej odpis, w sprawie Sielskiego, został przesłany do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. MBP dbając zapewne o interesy swojego pracownika, w piśmie zwrotnym 17 września 1947 roku: "wyraziło pogląd, że roszczenie R. Sielskiego jest nieuzasadnione, natomiast uzasadniona jest prośba K. Dyducha, którą Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego popiera".

Trudno obecnie wyjaśnić przyczyny, dlaczego wówczas ta sprawa ostatecznie nie zakończyła się wypłatą nagrody dla funkcjonariusza bezpieki. Być może w resorcie zdecydowano, że przeprowadzenie szczegółowych ustaleń dotyczących okoliczności odkrycia depozytu i określenie głównego znalazcy jest stratą czasu. Możliwe jest też, że bezpieka uznała swoje stanowisko za jednoznaczne, ze wskazaniem na swojego człowieka, jako jedyną stronę, której należy się gratyfikacja.

Jakkolwiek by nie było, Ministerstwo Skarbu nie wnikało w dalsze szczegóły i sprawę zamknęło, co było też w jej interesie. Przypomniano sobie o niej dopiero po 9 latach, wraz z ponownym złożeniem podania przez Karola Dyducha. Jednak jego nadzieje na znaleźne szybko prysły niczym bańka mydlana.

Odpowiedź nie pozostawiła mu żadnych złudzeń: "Jeśli chodzi o przepisy prawne, co do obowiązku wypłaty, to podnieść należy, że brak jest podstawy do wypłaty, gdyż art. 10 dekretu z dn. 8 marca 1946 roku o majątkach opuszczonych i poniemieckich /Dz. U. Nr 13, poz. 87/ nakłada na wszystkie osoby, które powezmą wiadomość o majątku opuszczonym lub poniemieckim, obowiązek zgłoszenia takiego majątku właściwym władzom, a wykonanie przez obywatela obowiązków ustawowych nie stwarza podstaw do domagania się wynagrodzenia. Reasumując powyższe, zdaniem Ministerstwa Finansów, należałoby wyjaśnić żalącemu się K. Dyduchowi, że prośba jego nie może być pozytywnie załatwiona, a uzasadnieniem odmowy może być przepis powołanego wyżej art. 10 dekretu z dn. 8 marca 1946 r.".

Z owego zapisu wynikało zatem, że w świetle obowiązującego prawa Ministerstwo Finansów nie miało podstaw do wypłaty jakiejkolwiek gratyfikacji znalazcy. Poparcie jego prośby przez MBP nie miało w tym przypadku żadnego znaczenia, przynajmniej nie ma na to dowodu w oficjalnej korespondencji.

Przypomnijmy, że wspomniany artykuł 10 dekretu z 8 marca 1946 roku, o majątkach opuszczonych i poniemieckich, wielokrotnie był wysuwany przez Ministerstwo Finansów podczas negocjacji ze wskazicielami ukrytego na terenie PRL mienia, także w okresie późniejszym. Była to swoista karta przetargowa, którą instytucja państwowa szachowała roszczenia, choćby obywateli Niemiec proponujących stronie polskiej wydobycie depozytów. W efekcie zapis ten gwarantował władzy, każdorazowo, całościowy udział we wszelkich odnalezionych na terytorium PRL składnikach majątku poniemieckiego.

Tym samym, dowolnie też pozwalał regulować uznaniowo ewentualny, procentowy udział wskazicieli w znaleźnym. Karol Dyduch, mimo że był funkcjonariuszem wszechwładnego wówczas aparatu bezpieczeństwa, na odkryciu skarbu nie zyskał nic. Być może poza świętym spokojem, gdyż ostatecznie pozbawiony został złudzeń, co do perspektywy otrzymania nagrody.

Na koniec warto na chwilę jeszcze zastanowić się nad udziałem w całej sprawie wspomnianego Romana Sielskiego. Kim był, i jaka była jego rola w odkryciu 7 kg złota? Wiemy, że zostało dokonane podczas prac rozbiórkowych w mieście. Czy była to kamienica mieszkalna, budynek banku, czy innej instytucji, a może willa jubilera? Niestety, nie wiadomo. Jedno jest pewne, wartość znaleziska była znaczna. Najprawdopodobniej tajemniczy partner funkcjonariusza bezpieki należał do ekipy budowlanej lub remontowej, bądź był jej szefem. Skąd taki wniosek?

Dziwnym zbiegiem okoliczności udało się odnaleźć pewną dość istotną poszlakę w Monitorze Polskim z 29 marca 1947 roku: "Sąd Okręgowy we Wrocławiu, Wydział I Cywilny, wpisał dnia 27 lipca 1946 roku do rejestru handlowego dział B. tom I numer rejestru 52 firmę "Dźwignia" przedsiębiorstwo budowlane, skład materiałów budowlanych i opałowych, spółka z ograniczoną odpowiedzialnością. Kapitał Zakładowy wynosi 100.000 zł. Każdy spólnik może posiadać większą ilość udziałów. Członkami zarządu są: Władysław Liberski i Roman Sielski"(pogrubienie - P.M.).

Jeżeli więc nie zachodzi przypadkowa zbieżność nazwisk, z zapisu wynika, że zaledwie kilka miesięcy po trafieniu skarbu, Roman Sielski wyłożył dość znaczną ówcześnie kwotę 100 tys. złotych na założenie intratnej spółki. Skąd mógł mieć tyle gotówki? Czyżby w skarbcu było więcej niż rzeczone 7 kg kosztowności? Nie możemy tego wykluczyć, choć źródło tak pokaźnej kwoty może być zupełnie inne.

Pozostaje jeszcze odpowiedź na postawione na samym wstępie pytania, odnośnie powiązania opisanego odkrycia z legendarnym "Złotem Wrocławia". Otóż nie ma ono z nim nic wspólnego. Dlaczego? Ponieważ jedno możemy przyjąć. 15 kwietnia 1946 roku z pewnością odnaleziono we Wrocławiu kilka kg kruszcu i kosztowności. I jest to fakt bezsprzeczny, w odróżnieniu od narastającego od kilkudziesięciu lat mitu o wywiezieniu z miasta kilku ton kosztowności i ukrycia ich gdzieś w Sudetach. Za prowokację, rozczarowanych z góry przepraszam, ale takie są fakty. Jeżeli coś w tej kwestii się zmieni, na pewno o tym poinformujemy.

Piotr Maszkowski

Dowiedz się więcej na temat: Wrocław | historia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy