Biada!

Przez ostatnie tygodnie jako dziennikarz Radia Watykańskiego miałem rzadki przywilej przyglądania się obradom Synodu Biskupów o Słowie Bożym.

Dla zewnętrznego odbiorcy synod jest wydarzeniem dość kuriozalnym. Widząc bowiem wielkich ludzi Kościoła, gromadzących się przez trzy tygodnie wokół papieża, można by oczekiwać żywej dyskusji, rozstrzygania głównych problemów, wobec których staje dziś Kościół. Coś w rodzaju kościelnego parlamentu. Nic z tych rzeczy.

Reklama

Synodalność niewiele ma w gruncie rzeczy wspólnego z demokracją. Owszem, ojcowie synodalni zostali oddelegowani przez krajowe episkopaty, na samym synodzie odbyło się też kilka głosowań. Słuchając jednak wystąpień w auli synodalnej, można było odnieść wrażenie, że zgromadzeni tam biskupi wcale nie chcą niczego rozstrzygać, o czymkolwiek decydować. Niektórzy otwarcie przyznawali, że synod niczego nowego nie wymyśli. Po co w takim razie został zwołany? Najtrafniejszą odpowiedź dał chyba brat Alois, przeor Wspólnoty z Taizé. Jego zdaniem na synodzie można było "poczuć" Kościół, co dzieje się w Kościele, czym teraz żyje.

Tłem tego synodu był, jak sądzę, dotkliwy paradoks naszych czasów. Z jednej strony Kościół może się poszczycić wielkimi osiągnięciami posoborowej odnowy biblijnej: mamy doskonałe tłumaczenia, wiele komentarzy, kapłani znają dziś Biblię lepiej niż kiedykolwiek w przeszłości... Z drugiej strony w krajach, w których biblijna wiosna Kościoła powiodła się najlepiej, radykalnie zmniejszyła się liczba chrześcijan, czyli tych, do których Słowo Boże rzeczywiście trafia. A zatem coś zawiodło, i to radykalnie. Kościół stał się niekomunikatywny. Słowo, które w rękach egzegetów stało się martwym przedmiotem badań, nie jest już słowem skutecznym. Zaaplikowanie do katolickiej teologii protestanckiego postulatu sola scriptura sprawiło, że Pismo stało się narzędziem nie ewangelizacji, lecz obalania wszystkich po kolei prawd wiary, czego wymownym przykładem jest klasyczny już żart egzegetów: "Nie bój się Maryjo, ja jestem tylko figurą retoryczną".

Okazuje się zatem, że również na polu biblijnym potrzebna jest reforma reformy. Kościół już do tego dojrzał. Na synodzie "czuło się" to wyraźnie. Ojcowie wyrażali to w postulacie zbliżenia egzegezy do duszpasterstwa i podporządkowania jej ewangelizacji. Ojciec Święty, dla którego synod został zwołany i który wyciągnie z niego wnioski w posynodalnej adhortacji, ujął to trafnie w homilii na zakończenie obrad, przywołując dramatyczne ostrzeżenie św. Pawła: "Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii".

Krzysztof Bronk

Dowiedz się więcej na temat: synod | Kościół

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje