Być tatą

Kiedyś to był zwyczajny dom. Prawie zwyczajny, bo już wtedy czworo dzieci w domu zdarzało się rzadko. Potem dzieci dorosły i zrobiło się jeszcze ciekawiej.

Dom w Gnieźnie zaczął się rozrastać, wydzielano z niego kolejne małe mieszkanka. Dziś mieszkają tu nie tylko rodzice, Magdalena i Roman Kaźmierscy, ale również ich najmłodszy syn Mateusz, student, córka Karolina z mężem Bartkiem i dziećmi, siedmioletnim Tymkiem i czteroletnią Otylką, oraz córka Dobrawa z mężem Arturem i małym Karolkiem. Tylko jedna z córek, Ania, wyjechała w świat i mieszka teraz w Dubaju, ale i tak codziennie piszą do niej e-maile, żeby nie była zbyt daleko. Być ojcem w takim domu - to dopiero sztuka!

Jaki będzie

Reklama

Artur Gaca, 33 lata, jest młodym ojcem - dopiero osiem miesięcy minęło od dnia, kiedy po raz pierwszy wziął Karolka na ręce. Nie zastanawiał się wcześniej, jak to będzie. I przyznaje rację teorii, że ojcem mężczyzna staje się właśnie wtedy, kiedy może się swoim dzieckiem zaopiekować, kiedy może je zobaczyć i dotknąć. Wcześniej to było niewyobrażalne. Teraz jest radość - radość większa niż ciężar i zmęczenie. Ale Artur przyznaje, że wraz z ojcostwem pojawia się też ciężar odpowiedzialności: bo przecież trudno nie myśleć odpowiedzialnie, mając obok siebie taką kruszynkę.

- Po dzieciach bardzo widać, jak szybko zmienia się rzeczywistość - mówi Artur. - Mam 16-letniego brata i widzę przepaść między jego światem a światem, w jakim ja żyłem, będąc w jego wieku. Nie wiem, czy można się jakoś przygotować albo zabezpieczyć przed tym, co będzie, kiedy Karolek będzie miał 14 lat. Ważne jest, żeby wychować go jak najlepiej, niezależnie od tego, jak będzie wyglądało jego życie. Czasem, kiedy spotykam jakichś młodych ludzi, zastanawiam się, jaki będzie mój syn. Albo myślę, żeby taki nie był, żeby nie postępował w ten sposób, nie myślał w takich kategoriach. Zastanawiam się, co zrobić, żeby nie popełnić takich błędów jak inni. Albo co robić, żeby było tak fajnie, jak czasem widzę u innych.

Samodzielnie

- Kiedy dzieci dorastają, ojciec zaczyna myśleć inaczej - tłumaczy pan Roman, ojciec czworga dorosłych już dzieci i dziadek trójki wnucząt, teść Artura. - Zastanawiam się, co kto potrafi robić, co lubi, a czego jeszcze nie umie i co może mu się w życiu przydać. W czym jeszcze mogę mu pomóc? Przychodzi taki moment, kiedy trzeba dziecku pozwolić iść we własnym kierunku. Kiedy były małe, trzeba je było trzymać mocno za rękę. Teraz mogą już dużo więcej. Nie wszystko musi nam się podobać, ale nie uzdrowimy całego świata i nie przeżyjemy życia za dzieci. Muszą pobłądzić, muszą się sparzyć - byle w granicach pewnych zasad. Ojciec powinien stać nieco z boku i asekurować dziecko, ale pozwolić mu iść samodzielnie. Żadnemu z naszych dzieci nigdy niczego nie "załatwialiśmy", żadnych studiów czy etatów po znajomości. Wszystko, co robią w życiu, jest ich decyzją, a nie przypadkiem czy realizowaniem naszych ambicji.

Mama czy tata

- Czy mama i tata kochają inaczej? Oczywiście! Mama jest od rzeczy złych, a ja jestem od dobrych - śmieje się Artur. - Magda (w domu: żona i mama, poza domem pielęgniarka) wykonuje brudną robotę, a ja jestem od przytulania i zabawy. Tylko do zdjęć ustawiam się nad wanienką!

To oczywiście żarty, którym cała rodzina głośno zaprzecza, ale Artur już serio przyznaje, że choć się stara, to rzeczywiście więcej pracy przy małym dziecku spada na jego żonę. Ale to tylko kwestia techniczna: niczego nie robi się na siłę, życiowe okoliczności ustawiają ich w takich akurat rolach, tak jest łatwiej. Pan Roman z uśmiechem wspomina czasy, kiedy to Dobrawa była małą dziewczynką. - Przedszkola były drogie i nie było w nich miejsca. Żona jest nauczycielką, musiała wrócić do pracy. Ja już wtedy prowadziłem nasz rodzinny zakład meblowy, więc Dobrawa była ze mną. Byliśmy nierozłączni. Coś z tej relacji zostało nam do dziś, rozumiemy się w pół zdania, czasem wystarczy gest. Później, kiedy urodził się Mateusz, znów zdarzyło się tak, że musiałem się nim zająć, to ja jeździłem z nim na szczepienia. Pielęgniarka nie chciała wierzyć, że jesteśmy sami, bez żony, i z wrażenia nie potrafiła go nawet ubrać. A jak to jest być dziadkiem? Pan Roman uśmiecha się od ucha do ucha. - Kiedy przychodzi Otylka, frunie prosto do dziadka, jak księżniczka, obowiązkowo musi dziadkowi wąsa poprawić, a potem razem oglądamy wiszące na ścianie małe, olejne obrazki z drzewami na horyzoncie.

Drzewa są maleńkie, ale tych dwoje, dziadek i wnuczka, potrafią dojrzeć na nich swoje ulubione gruszki. A potem dziadek obowiązkowo musi przynieść gruszkowy kompot. To taki mały rytuał, taki ich mały świat.

Ze skarbca starego i nowego

- Od zmieniającego się świata nie uciekniemy. Ważne, żeby kręgosłup i zasady pozostały te same. Żeby dzieci żyły, jak Pan Bóg przykazał. Żeby nie obraziły się na księdza i przestały do kościoła chodzić. Jak wychodzi się z domu, mówi się "z Bogiem", a wracając, chwali się Jezusa Chrystusa. Z synem Matuszem pracujemy razem - opowiada pan Roman.

- Kiedy jedziemy na giełdę, ludzie robią wielkie oczy, słysząc, jak syn mówi do mnie: "Tatusiu, proszę zapisać". Dzieci nie mówią do nas "ty": "mamo, daj", "tato, chodź". To dużo zmienia. Uczy szacunku, ustawia nas na różnych pozycjach. A czasem też nie pozwala, nawet w emocjach, powiedzieć słów, których potem dziecko by żałowało. Może się w złości wymknąć "jesteś głupi!". Ale nie da się wykrzyczeć do ojca: "tatuś jest głupi!". To brzmi zbyt śmiesznie, żeby przeszło przez gardło.

Dobrawa i Artur pytani, czy przeniosą to do swojego domu, odpowiadają bez wahania: - Oczywiście! Już teraz tak do niego mówimy. To trudne, forma "ty" jest dla dzieci naturalna. Trzeba się namęczyć, przestawiać szyk wypowiedzi. Ale warto, bo nie zmienia to miłości, a ustawia rodzinę w prawidłowych odniesieniach.

Pan Roman opowiada o tym, jak w niedzielę jeździli z dziećmi do lasu. Jak w domu nigdy nie jadano przy włączonym telewizorze. Jak w kuchni, przy stole, omawiano najważniejsze sprawy rodzinne. Jak dzieci miały wspólne pokoje, żeby nie żyły każde w swoim własnym świecie. - To były kwestie stałe i utrwalone. Do tego życie przynosi wiele rzeczy nowych, które przyjmujemy i których się uczymy. Kiedy mamy fundament, możemy wybierać, co nam służy, a co niekoniecznie.

Wydanie dziesiąte

Na pytanie o to, czy zawsze chcieli mieć dużą rodzinę, pan Roman się śmieje: - Ja jestem wydanie dziesiąte, uzupełnione i poprawione! Żona jest czwartym dzieckiem. Jak mogło być inaczej? Najmłodszy syn, Mateusz, urodził się po ludzku w najmniej odpowiednim momencie, kiedy byliśmy bez środków do życia i wszystko się waliło. Trzeba wszystko dobrze planować, ale dzieci dają siłę, ze wszystkim można sobie poradzić!

Czy Karolek również będzie dzieckiem z wielodzietnej rodziny? - Pan Bóg się śmieje, kiedy ludzie planują - odpowiada Artur z Dobrawą. On sam ma dwoje rodzeństwa. Oboje chcieliby, żeby Karol nie był sam. Na razie budują swój dom.

- Niech na początek pościągają do niego stare ciotki i mamy, żeby ten dom pozapełniać, a potem, jak starsi będą umierać, dzieci będą wchodziły na ich miejsce - podpowiada pan Roman.

Najważniejsze

Nasza rozmowa kończy się, kiedy do mieszkania dziadków przez balkon wchodzą kolejne dzieci, Tymek i Otylka. Otylka, z biało-czerwonymi flagami wymalowanymi na policzkach, natychmiast siada dziadkowi na kolanach. Tymek z przejęciem opowiada babci o tacie, który w przedstawieniu grał gajowego. Mecze, przedstawienie, puzzle, teraz to staje się najważniejsze.

Na początku rozmowy martwiliśmy się, czy zdołam odsłuchać z nagrania małego Karolka. Rzeczywiście, niewiele dało się zrozumieć z jego gaworzenia. Ale on nie musiał nic mówić. Kiedy słuchałam jego taty i dziadka, kiedy patrzyłam na domowe zamieszanie, byłam spokojna, że i z niego wyrośnie prawdziwy mężczyzna i świetny ojciec. W takim domu musi się to udać.

Monika Białkowska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje