„Coś poszło nie tak”

Stolica Apostolska domaga się moratorium na wykonywanie kary śmierci. Wskazuje, że nie działa ona odstraszająco, a jej nieodwracalność nie pozwala na weryfikację ewentualnych błędów.

Taki apel wystosował przed kilkoma dniami do "wspólnoty międzynarodowej" stały watykański obserwator przy instytucjach ONZ abp Silvano Tomasi. Przypomniał on słowa papieża Franciszka, który w październiku ubiegłego roku stwierdził, że wszyscy chrześcijanie i ludzie dobrej woli "są dziś wezwani" do walki z karą śmierci we wszelkich jej formach, legalnych czy nielegalnych.

Reklama

Tymczasem, jak wynika z raportów Amnesty International, tylko w 2013 r. na świecie wykonano co najmniej 778 egzekucji, z czego w Iranie stracono 369 osób, w Iraku 169, w Arabii Saudyjskiej 79, w Stanach Zjednoczonych 39 i w Somalii 34. Zdecydowanym liderem praktykowania kary śmierci pozostają jednak Chiny, które nie ujawniają żadnych statystyk na ten temat.

Według AI, z zebranych nieoficjalnych informacji wynika, że w Państwie Środka przeprowadzanych jest więcej egzekucji niż łącznie we wszystkich pozostałych krajach na świecie. Stąd właśnie przy wszelkich statystykach pojawia się owo zastrzeżenie: "co najmniej".

Obrona po amerykańsku


Jedynym państwem, które już na pierwszy rzut oka "nie pasuje" do tego zestawu, są oczywiście Stany Zjednoczone - ostatni kraj z kręgu cywilizacji zachodniej, w którym do tej pory najwyższy wymiar kary nie został wykreślony (bądź zawieszony) z kodeksów karnych i nadal jest tam powszechnie stosowany.

Wydaje się więc, że to przede wszystkim właśnie do Stanów kierowany jest najnowszy apel Stolicy Apostolskiej. USA są bowiem w tej chwili jedynym z państw "strefy kary śmierci", gdzie istnieją na tyle demokratyczne procedury, by umożliwić niemal natychmiastowe zawieszenie jej wykonywania.

Jak to jednak w ogóle jest możliwe, że kraj uważany wręcz za uosobienie demokracji i poszanowania praw obywatelskich, w którym Biblia stanowi nadal najważniejsze odniesienie w większości spraw, stosuje tak archaiczną, okrutną, niehumanitarną i głęboko niechrześcijańską karę? Kilka lat temu w jednym z tekstów dotyczących właśnie tematyki kary śmierci wskazywałem, że odpowiada za to w głównej mierze amerykańska tradycja.

Kara śmierci obowiązuje w Stanach Zjednoczonych od roku 1776, czyli od samego zarania amerykańskiej niepodległości (z krótką przerwą na lata 1972-1976, kiedy to Sąd Najwyższy wstrzymał czasowo jej obowiązywanie). Tamtejsza konstytucja kładzie bowiem bardzo silny nacisk na prawo do ochrony własności i życia w specyficznie pojmowanym, "obronnym" wymiarze. Oznacza to zezwolenie na stosowanie dla obrony życia i mienia najbardziej radykalnych środków, na czele z prawem do posiadania oraz użycia prywatnej broni palnej.

Kara śmierci jest właśnie przez prawodawstwo większości amerykańskich stanów uważana za taki środek uzasadnionej "jednostronnej ochrony". I choć w ostatnich latach ubyło miejsc na amerykańskiej ziemi, gdzie egzekwowany jest najwyższy wymiar kary, to jednak nadal obowiązuje on w 32 z 50 stanów USA.

Tak umiera człowiek

W ostatnich miesiącach debata na ten temat przybrała wśród Amerykanów nowe - i chyba do tej pory niespotykane - rozmiary. Stało się tak za sprawą serii głośnych przypadków egzekucji skazańców, którzy - wbrew deklarowanym "humanitarnym" procedurom - zostali wyprawieni na tamten świat w długich męczarniach.

Najgłośniejsza taka historia miała miejsce w kwietniu ubiegłego roku w Oklahomie. Skazany na śmierć morderca Clayton Lockett otrzymał zabójczy zastrzyk, który miał go szybko i "humanitarnie" uśmiercić. Tymczasem  mężczyzna przez kilkadziesiąt minut umierał w mękach, wił się, jęczał z bólu, kopał i zdołał w skurczach wymamrotać słowo "człowiek". I choć egzekucja została wstrzymana, to Lockett zmarł po 43 minutach na atak serca. Ci, którzy oglądali tę scenę, byli nią wstrząśnięci. Jeden ze świadków powiedział potem: "Coś poszło nie tak"...

Wywołane do tablicy władze więzienia próbowały tłumaczyć, że makabryczny przebieg egzekucji był spowodowany występującymi u skazańca problemami z krążeniem. Wkrótce jednak wyszło na jaw, że w składzie śmiercionośnego zastrzyku zaordynowanego Lockettowi znalazła się niestosowana wcześniej substancja uspokajająca: mieszanka psychotropowego midazolamu i innych substancji.

Jednocześnie "New York Times" ujawnił, że amerykańskie stany mają problem z pozyskaniem na wolnym rynku tiopentalu - substancji wywołującej sen narkotyczny i łagodzącej przebieg egzekucji. Wynika to z faktu,  że europejscy producenci nie chcą jej wysyłać do USA, wiedząc, do jakich celów będzie wykorzystywana. I stąd właśnie w amerykańskich więzieniach stosuje się zamienniki i eksperymentuje z  nieużywanymi wcześniej substancjami.

Bez humanitaryzmu

Po egzekucji Locketta na sześć miesięcy wstrzymano w Oklahomie wykonywanie kary śmierci. Z kolei w styczniu tego roku amerykański Sąd Najwyższy wstrzymał egzekucje kolejnych trzech osób w tym stanie, stwierdzając, że  dożylne podanie psychotropowego toksycznego midazolamu jest "zbyt okrutne" dla skazańców. Tak argumentowali prawnicy więźniów, wskazując na niekonstytucyjne ryzyko "bólu i cierpienia". Wyrok w tej sprawie spodziewany jest w czerwcu.

Podobna do śmieci Locketta historia wydarzyła się w lipcu minionego roku w Arizonie. Podczas wykonywania wyroku na podwójnym mordercy Josephie Woodzie znów "coś poszło  nie tak". Według zapewnień, miał on umrzeć w ciągu kilku minut, ale w rzeczywistości trwało to o wiele dłużej.

"Dusił się i walczył o oddech przez około godzinę i czterdzieści minut. Postaramy się zdobyć wszystkie informacje na temat składników i produkcji zastrzyków, a także będziemy starali się dowiedzieć, jak to się stało, że w Arizonie stosowana jest eksperymentalna mieszanka substancji" - powiedział po egzekucji adwokat skazanego. Zaraz potem gubernator Arizony Jan Brewer wyraziła zaniepokojenie z powodu długości egzekucji i zleciła śledztwo w tej sprawie. Zaznaczyła jednak, że stracenie Wooda było zgodne z prawem.

Analogicznych przypadków jest każdego roku w USA co najmniej kilka. I dotyczą one wszystkich rodzajów egzekucji: powieszenia, krzesła elektrycznego, komory gazowej i najczęściej stosowanego zabójczego zastrzyku. Zdaniem wspomnianego "New York Timesa", dowodzi to faktu, że nie istnieją żadne humanitarne sposoby wykonywania najwyższych wyroków.

Apel spod gilotyny

Okazuje się, że mimo tak poważnych wątpliwości Amerykanie nie zmieniają postrzegania kary śmierci. Jak wynika z ostatnich badań Instytutu Gallupa, 61 proc. mieszkańców USA nadal uważa ją za moralnie dopuszczalną. I nie pomagają wieloletnie apele Kościoła, który wskazuje, że dzisiejszy system penitencjarny potrafi w skuteczny sposób chronić społeczeństwo nawet przed okrutnymi zbrodniarzami. W takich warunkach kara śmierci staje się niepotrzebnym okrucieństwem i grozi niebezpieczeństwem błędów sądowych, a w konsekwencji zabijaniem niewinnych skazanych.

"Jako duszpasterze jesteśmy przekonani, że stosowanie kary śmierci w jakichkolwiek okolicznościach pomniejsza nas jako istoty ludzkie. Nie możemy nauczać, że zabójstwo jest złem, sami zabijając innych ludzi" - apelował do wiernych w 2004 r. ówczesny arcybiskup Waszyngtonu, kard. Theodore McCarrick. Wszystkie te argumenty powtórzył także w niedawnym apelu abp Silvano Tomasi,  przypominając fundamentalne nauczanie św. Jana Pawła II zawarte w encyklice "Evangelium vitae".

Włoski duchowny przywołał także niedawne słowa Ojca Świętego Franciszka, który wskazał na wykorzystywanie kary śmierci przez reżimy totalitarne i dyktatury, które eliminują w ten sposób swoich przeciwników politycznych oraz prześladują mniejszości religijne czy kulturowe.

Warto o tym wszystkim pamiętać, słuchając pojawiających się co jakiś czas głosów postulujących przywrócenie kary śmierci w Polsce. I mieć przed oczami obrazy ostatnich chwil takich skazańców, jak Lockett czy Wood.

A jeśli komuś to nadal nie wystarcza, to odsyłam do słów Alberta Camusa z jego "Rozważań o gilotynie": "Mój ojciec wybrał się na egzekucję wyjątkowo odrażającego mordercy dzieci. Kiedy wrócił, nie powiedział ani słowa, położył się na łóżku i nagle zwymiotował. (...) Odkrył rzeczywistość ukrytą za maskującymi ją wielkimi słowami. Zamiast myśleć o zabitych dzieciach, mógł już tylko myśleć o tym ciele bez tchu, które rzucono na deskę, aby mu uciąć głowę"...

Łukasz Kaźmierczak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy