Egzamin dla rodziców?

W majowy krajobraz wpisuje się piękny widok małych dzieci w uroczystych strojach, wędrujących drogami miast i wiosek. To znak, że w parafiach rozpoczęły się uroczystości pierwszokomunijne. Ten widok budzi w nas wiele wspomnień, wiele wzruszeń, przynosi także wiele refleksji.

Wszystko już było?

Reklama

Wydaje się, że o Pierwszej Komunii świętej powiedziano już wszystko - o religijnym przeżyciu, strojach, przyjęciach pierwszokomunijnych i prezentach. Wydaje się, że już nic nowego nie można powiedzieć, nic nie może nas zadziwić. Nie jest to jednak prawdą. Każda grupa komunijna jest inna. Każdy rok przynosi nowe problemy.

Wydaje się, że uroczystość Pierwszej Komunii jest obrazem polskiego katolicyzmu, a ten ciągle się zmienia. Katecheci i księża mówią, że z każdym rokiem przybywa dzieci, które z domu nie wynoszą żadnych podstaw wiary, a rodzice przysyłają je na przygotowanie, "aby dziecko miało swoją uroczystość i nie było gorsze od innych". Zadziwia też postępująca wystawność przyjęć komunijnych i niezwykłość prezentów.

Co jest najważniejsze?

Pierwsza Komunia Święta jest ogromnym krokiem na drodze rozwoju religijności dziecka. Pierwsze pełne uczestnictwo w Eucharystii jest pierwszym spotkaniem z Jezusem przychodzącym pod postacią chleba. Ten dzień wywiera swój niezatarty ślad w psychice dziecka i dalszym rozwoju jego religijności.

Nic dziwnego, że temu wydarzeniu poświęcają tak wiele uwagi rodzice, katecheci i księża, ale także handlowcy, producenci strojów pierwszokomunijnych czy właściciele restauracji. Dzieci czekają niecierpliwie, rodzice, podobnie jak i chrzestni, patrzą często na uroczystość przez pryzmat wydatków. Poświęcają temu wydarzeniu sporo miejsca media świeckie. Z reguły jednak nie znając zupełnie istoty Pierwszej Komunii Świętej, ograniczają się do przesadnego eksponowania strojów, prezentów i przyjęć, przedstawiają uroczystość jako imprezę z prezentami.

Kościół i rodzice idą razem?

Wydawać by się mogło, że przynajmniej dążenia Kościoła i rodziny powinny być zbieżne - aby jak najlepiej przygotować dziecko do radosnego i owocnego spotkania z Panem Jezusem w Komunii św., a później pogłębiać tę więź przez pełne uczestnictwa we Mszach św. Tak dzieje się w rodzinach religijnych, gdzie katecheza jest dopełnieniem tego, co dziecko otrzymuje w domu rodzinnym.

Nie zawsze jednak tak jest. Można powiedzieć, że Kościołowi chodzi o przygotowanie duchowe dziecka na przyjęcie Pana Jezusa, a większości rodziców - o przygotowanie uroczystości pierwszokomunijnej. Odnosi się wrażenie, że rodzice starają się bardziej przygotować na przyjęcie gości niż Pana Jezusa.

Pozwolę sobie postawić tezę, że często właśnie rodzice są przeszkodą w dobrym przygotowaniu dziecka do Pierwszej Komunii Świętej i rozwijaniu jej owoców. Bywa, że nauczanie Kościoła i przykład rodziców stoją w jaskrawej sprzeczności.

Oto kilka przykładów: Dziecko na katechezie i w kościele słyszy o obowiązku uczestnictwa we Mszy św. niedzielnej - rodzice to lekceważą; uczy się, że trzeba być życzliwym i pomagać innym, a w domu słyszy: "nie pożyczaj kolegom pisaków, bo ci zniszczą"; na katechezie jest zachęcane do modlitwy - w domu nikt się nie modli.

Przykłady można mnożyć, ale wniosek jest jeden: kogo posłucha dziecko - katechety czy księdza, z którym ma kontakt 2-3 godziny tygodniowo, czy rodziców, których kocha i z którymi jest prawie zawsze? Dziecko przeżywa nieraz dylematy - komu uwierzyć?

Bywają też inne sytuacje.

Krótko przed uroczystością pierwszokomunijną do księdza proboszcza przyszli młodzi rodzice z prośbą, aby ich syn mógł przystąpić do Komunii. Widząc zdziwioną minę kapłana, który nigdy nie widział ani rodziców, ani dziecka na przygotowaniu, wyjaśniają, że dziecko ochrzcili na wyraźne życzenie dziadków, ale oni sami są niewierzący i w takim duchu wychowują syna.

Nie mieli z synem żadnych problemów aż do czasu, kiedy klasa zaczęła przygotowywać się do Pierwszej Komunii św. Syn oświadczył, że też chce przystąpić i mieć uroczystość. Płacze, buntuje się, dlaczego koledzy będą mieli uroczystość, a on nie. Nie pomogły wizyty u psychologa. I oni, rodzice, proszą, by nie odmawiać tego dziecku i nie robić mu przykrości. Dopilnują, by syn był grzeczny, a nawet może nauczyć się "modlitewek". Na sugestię księdza, by odłożyć uroczystość na następny rok i dobrze przygotować dziecko, wyjaśniają: ksiądz nas nie zrozumiał, my nie chcemy wychowywać dziecka po katolicku, my tylko chcemy, by dziecko miało swoją uroczystość.

Przykład może skrajny, ale czy odosobniony? Czy to jedyni rodzice, którzy mniej troszczą się o wychowanie religijne, a więcej o to, "by dziecko miało uroczystość"?

Młody ksiądz opowiadał, jak bardzo był zbudowany gorliwością rodziców, którzy już na początku pierwszej klasy swoich dzieci pytali o termin Komunii św. I długo by pewnie trwał w szlachetnym podziwie dla ich gorliwości, gdyby ze złudzeń nie wyprowadziła go jedna z matek: "A bo to, proszę księdza - im wcześniej wiadomo, tym można wybrać lepszy lokal na Komunię św.". Ci rodzice nie martwili się, czy dziecko dobrze się przygotuje. Dla nich najważniejsze było zapewnienie miejsca w lokalu. Czy trudno się później dziwić, co jest dla dzieci najważniejsze, kiedy słyszy w domu jedynie o "przyjęciu"?

Na spotkaniu z rodzicami ksiądz proponuje, by dzieci w dniu Pierwszej Komunii św. przyszły na nabożeństwo majowe, aby w tym szczególnym dniu uczcić Matkę Bożą, polecić się Jej opiece. Na twarzach rodziców widać zakłopotanie. Zabiera głos jedna z matek: "To jeszcze za mało będą w kościele? Świętych z nich chce ksiądz od razu zrobić?".

Może żal im było zostawiać suto zastawione stoły, bo nie wypada dziecka wysyłać samego, może i stan wesołości nie bardzo już pasował do kościoła? Smutne w tym jest i to, że w grupie około 50 rodziców nikt nie poparł inicjatywy kapłana. Czy wszyscy myśleli jak ta matka, czy nie mieli odwagi wyłamać się z grupy?

Jacy są rodzice?

Jest w zwyczaju większości parafii, że dzieci przed Pierwszą Komunią św. zdają egzamin z przygotowania do tego sakramentu. Różny w formie, bardziej od funkcji kontrolnej taki egzamin spełnia rolę mobilizującą i wychowawczą. Warto go utrzymać. Ale może warto też wprowadzić dokładniejsze przygotowanie i egzamin dla rodziców tych dzieci ze stopnia ich zaangażowania, a może i wiedzy religijnej? Przecież ci rodzice przy chrzcie swojego dziecka podejmowali zobowiązania wychowania go w wierze. Nikt nie może dać więcej dziecku, niż sam posiada. Zasada ta obowiązuje także, a może przede wszystkim, w dziedzinie religijnej, duchowej. Jaką wiarę mogą przekazać dziecku rodzice, którzy są obojętni religijnie lub praktycznie niewierzący?

Nietrudno sobie wyobrazić lament liberalnych mediów i "oświeconych autorytetów". Pewnie nie wszyscy rodzice podjęliby takie wymagania, ale też mniej byłoby dzieci, których przygoda z Kościołem i katechezą kończy się po Pierwszej Komunii św. Bo cóż pomoże najlepiej zdany przez dziecko egzamin, co da Pierwsza Komunia św., jeżeli dla swojej wiary nie znajdzie oparcia w domu rodzinnym? Czy nie jest tak, jak z owym ewangelicznym ziarnem padającym na skalisty grunt lub między ciernie?

By Komunii stał się cud

Jak sprawić, by Pierwsza Komunia św. była radosnym spotkaniem dziecka z Panem Jezusem a nie paradą strojów i licytacją prezentów? Co zrobić, aby przybyło normalnych rodziców, którzy organizują swym dzieciom normalne uroczystości pierwszokomunijne? W pewnej parafii do księdza proboszcza zgłosiła się grupa rodziców z prośbą o przygotowanie Pierwszej Komunii św. ich dzieci w innym terminie niż wszyscy. Ci rodzice chcieli, aby ich dzieci były wolne od całej zewnętrznej parady, jaka towarzyszy zwykle tej uroczystości. Dzieci miały przyjąć Komunię świętą w liturgicznych strojach, po uroczystości miało być wspólne śniadanie dla nich i ich rodziców w sali katechetycznej, tak jak to kiedyś bywało. A prezenty? Byłyby skromniejsze i o bardziej religijnym charakterze, wręczone kilka dni przed Pierwszą Komunią św.

Szkoda, że tak myślących rodziców jest ciągle mało albo nie mają odwagi przeciwstawić się obłędnej modzie - kosztownych prezentów, udziwnionych strojów, gdzie dziewczynka często wygląda jak lalka Barbie, a ubrani we fraki chłopcy - jak pajacyki.

I jeszcze jeden znak nadziei: w czasie spotkania po uroczystości komunijnej dzieci miały powiedzieć, jaki najważniejszy prezent otrzymały. Dzieci prześcigały się w wykrzykiwaniu nazw komórek, laptopów, iPodów, MP4 i skuterów. Jeden chłopiec nie zgłaszał się do odpowiedzi. A ty, jaki najważniejszy prezent otrzymałeś? - zapytał ksiądz. - Ja otrzymałem Pana Jezusa. Zapadła cisza. Czy była to cisza zawstydzenia? A może zwiastun nowego myślenia?

ks. Tadeusz Miłek

Dowiedz się więcej na temat: egzamin | znak | ksiądz | uroczystości | uroczystość | dziecko | rodzice

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje