Huczne przyjęcie w niebie

Na jednym z portali przeczytałam, że beatyfikacja Jana Pawła II będzie "sprawdzianem" dla Kościoła polskiego. Jeśli pierwszomajowe uroczystości przełożyć na szkolny wynik, to zdaliśmy go bardzo dobrze. I to my wszyscy, świeccy i duchowni.

Według mediów wydarzeniem, które mogłoby konkurować z beatyfikacją miał być ślub Kate Middleton i księcia Williama odbywający się dwa dni przed watykańskimi uroczystościami. A jednak, Polacy, choć zapewne byli zainteresowani londyńskim "ślubem stulecia", jak go okrzyknięto, to jednak w równej mierze, a może nawet bardziej z niecierpliwością oczekiwali na niedzielny poranek.

30, 40, a może 80 tysięcy?

Reklama

Uroczystości beatyfikacyjne miała popsuć także deszczowa pogoda, chłodna noc i informacyjny chaos.

Kiedy wyruszaliśmy do Rzymu, najbardziej irytowały mnie podawane liczby opatrzone słowem Polacco, jak mówią o nas Włosi. Szacowano, że będzie nas od 35 do 80 tys. (nota bene to taki "mały" błąd rachunkowy). Niezależnie od tego, ilu rodaków Jana Pawła II dotarło 1 maja do Wiecznego Miasta, było nas naprawdę dużo. Na rzymskich placach, ulicach, w środkach komunikacji miejskiej dominował język polski i wszędzie było widać polskie flagi.

- Wszędzie tylko Polacy, i tylko oni, nie ma innych narodowości - oburzał się Juan, oczekujący na wejście do Circo Massimo. W tym starożytnym cyrku w sobotni wieczór 30 kwietnia odbywało się czuwanie zorganizowane przez diecezję rzymską.

Ale nie wszyscy słysząc nasz ojczysty język, reagowali z przekąsem na przybywających Polaków. Już na lotnisku Fiumicino ekipa jednej z włoskich stacji telewizyjnych bardzo ucieszyła się na nasz widok, a dziennikarz zapytał, kto zechce udzielić krótkiego wywiadu...

Mieszkańcy stolicy Włoch oczekiwali Polaków i przyjmowali nas z wielką życzliwością i radością.

Minidzień młodzieży

200 tys. ludzi zgromadziło się na Circo Massimo, aby w noc poprzedzającą święto Miłosierdzia Bożego uczestniczyć w wieczornym czuwaniu modlitewnym przed ikoną Maryi - Salus Populi Romani. Nikogo nie zniechęcił nawet siąpiący od czasu do czasu deszcz. Było to tak naprawdę święto młodych, taki miniświatowy dzień młodzieży. Krótkie filmy ze spotkań m.in. z młodymi na jednym z rzymskich uniwersytetów, świadectwa młodzieży, a także pełne wzruszeń wspomnienia byłego rzecznika Watykanu Joaquina Nawarro-Vallsa, kard. Stanisława Dziwisza oraz świadectwo s. Marie Simon-Pierre (uzdrowionej przez wstawiennictwo Jana Pawła II), przeplatały się z modlitwą i śpiewem. Warto dodać, że oprawę muzyczną zapewnił m.in. chór z Konserwatorium Cecylianum pod dyrekcją ks. Marca Frisiny.

Młodsi i starsi, zgromadzeni na całym świecie, a zwłaszcza w sanktuariach w krakowskich Łagiewnikach, w Tanzanii, Libanie i w Indiach, za pomocą łączy satelitarnych w szczególny sposób uczestniczyli w modlitwie różańcowej. Zdrowaś Maryjo, szeptane, śpiewane i wypowiadane z niezwykłym przejęciem, wybrzmiało na Circo Massimo niemal we wszystkich językach świata.

Czuwanie zakończyło pozdrowienie skierowane do jego uczestników przez Benedykta XVI, choć w rzeczywistości trwało ono przez całą noc. W ośmiu kościołach Wiecznego Miasta odbywały się śpiewy, adoracje Najświętszego Sakramentu, można było także skorzystać z sakramentu pokuty.

Wiele osób od razu też, jeszcze w nocy, z Circo Massimo przeszło w kierunku Via della Conciliazione, by zająć dobre miejsce na niedzielne uroczystości. Wielu też na karimatach i w śpiworach, leżąc pod gołym niebem, spędziło w ten sposób noc.

Wszystkie drogi prowadzą do...

- Będziemy tam przez całą noc, bo warto ponieść tę ofiarę, byleby tylko jak najlepiej wszystko widzieć i móc w skupieniu uczestniczyć w uroczystościach - mówiła mi jeszcze na Circo Massimo Ula z Warszawy. Studentka polonistyki nie była odosobniona w swoich postanowieniach.

Ponieważ w okolicach zamku Anioła było tak wiele osób, postanowiono wpuścić pierwsze grupy na Via della Conciliazione i na Plac św. Piotra znacznie wcześniej niż podawano w informacjach.

- Ciekawe, ilu nas jest? - zastanawialiśmy się, jadąc metrem 1 maja do stacji Ottaviano San Pietro o godz. 5:10.

Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać, bo już na najważniejszej stacji Termini (dworzec główny w Rzymie) oczekujący na metro... po prostu nie weszli. Podobnie było na kolejnych przystankach podziemnej kolejki.

Świtało, kiedy niemal cały świat ruszył szturmem wzdłuż Muzeów Watykańskich, by jak najszybciej znaleźć się w okolicach najważniejszego chyba tego dnia włoskiego placu. Dzieci, młodzież, dorośli, chorzy, siostry zakonne, księża, zakonnicy - wszyscy, na ile im tylko siły wystarczało, truchtem, z wyczuwalnym w powietrzu podekscytowaniem kierowali się w stronę Via della Conciliazione. Chyba nikt, kto był w tym czasie w Rzymie, nie pozostał w swoim mieszkaniu czy hotelu. Dziesiątki, a w zasadzie jak się potem okazało, prawie półtora miliona osób, maszerowało na Watykan.

Ruszyłam i ja, wcześniej, już na stacji metra, pozostawiając moją polską grupę.

Można mieć wiele zastrzeżeń do włoskiej organizacji, ale niezależnie od tego, jak bardzo by się oni nie starali, po prostu nie byli w stanie zapanować nad tłumem. Było to po prostu niemożliwe. Niedzielny poranek był doskonałą ilustracją i kwintesencją "filozofii tłumu". To tłum kierował ruchem, tłum dawał sygnał kiedy iść, tłum przepychał się przez poustawiane bramki, tłum wreszcie napierał z każdej strony. Najdonioślej - zresztą jak zwykle w takich sytuacjach - na każdy ruch oczekujących ludzi reagowali Hiszpanie, tak że stojący nawet kilkadziesiąt metrów dalej wiedzieli, iż jest to sygnał, że ruszamy. Parafrazując słynne powiedzenie odnoszące się nieco do innych doświadczeń - "podróże kształcą" - "stanie w tłumie" też mnie czegoś nauczyło.

Warto było czekać

Po pierwsze, najlepiej znaleźć osobę, która tłum "poprowadzi". Na naszym "odcinku" była to pani Basia, ponadpięćdziesięcioletnia Polka w niebieskim kapelusiku, ciągnąca za sobą całym swój dobytek w niewielkiej walizeczce na kółkach. Po pokonaniu choćby tylko kilku kroków przez stojący przed nami tłum z radością oznajmiała, że "już niedaleko i na pewno wejdziemy na plac".

Po drugie, zamiast stać bezczynnie, warto podzielić się swoimi spostrzeżeniami ze współtowarzyszami losu. Znalazłam się w grupie Chorwatów, którzy entuzjastycznie spędzali godziny oczekiwania. Śpiewali, żartowali i dzielili się swoimi spostrzeżeniami. Kiedy usłyszeli, że jestem Polką, uznali, że muszą się mną zaopiekować, i zapewnili, że na pewno wejdziemy na plac, choć przed godz. 7 nie byliśmy nawet w połowie prowadzącej wprost do Watykanu Via della Conciliazione.

Wdałam się w rozmowę z chorwacką siostrą zakonną ze Zgromadzenia Córek Bożej Miłości, która była zachwycona Krakowem. Po drodze spotkałam jeszcze m.in. dziadków z wnuczką z Brzegu, kleryka Marka z Gliwic, Anię i Zosię z Warszawy i Piotra z Gdańska, a to tylko niektórzy z licznej rzeszy naszych rodaków, z którymi zamieniłam kilka słów.

Chyba jeszcze nikt z osób, które kiedykolwiek były na Placu św. Piotra, nie cieszył się tak bardzo z obecności w tym miejscu jak my, kiedy udało nam się przejść przez kontrolną bramkę i zająć strategiczne miejsce przed jednym z telebimów.

Ani palące słońce, ani ścisk, ani nawet powiewające nad głowami flagi i transparenty nie zdołały zakłócić Mszy św. beatyfikacyjnej i atmosfery skupienia i modlitwy. Choć wokół stali ludzie, którzy wcześniej w ogóle się nie znali, nie zawsze mogli się ze sobą porozumieć z uwagi na brak znajomości języka, różniło ich tak naprawdę wszystko, to nie da się opisać panującej na placu atmosfery. Było tak, jak powiedział Gerard z Niemiec: jak podczas wielu spotkań z Janem Pawłem II. Po prostu wyczuwało się obecność polskiego papieża.

Moment wyniesienia do chwały ołtarzy Jana Pawła II przepełniony był wszystkimi ludzkimi emocjami. Entuzjazm, okrzyki radości, łzy spływające po policzkach wielu osób, dławiące głos, zaduma i te niewidoczne okiem ludzkim płynące z ponad miliona serc dziękczynienie za beatyfikację.

- Mamo, patrz balony lecą do góry! - zaszczebiotała 8-letnia Alicja. Polacy stojący wokół w tym samym momencie zadarli głowy do góry i zobaczyli, że unoszący się do tej pory nad placem za pomocą kilku czerwonych baloników napis Deo gratias wzbił się wysoko w niebo. - Na pewno ma tam huczne przyjęcie - dodała po chwili dziewczynka. - Co mówisz? - zapytała córkę jej wzruszona mama. - No mówię, że ma tam, w niebie huczne przyjęcie, w końcu tylu ich tam wysłał - zauważyła rezolutnie mała Polka...

Małgorzata Szewczyk, Rzym

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje