Katyń - zbrodnia założycielska

O tym, co wydarzyło się w Katyniu wiosną 1940 roku, dowiedziałem się od taty. Miałem wtedy może 13-14 lat. Pamiętam, że w czasie tej rozmowy usłyszałem również, czym dla Polski była ta zbrodnia.

Bardzo podobnie ujął to odtwórca jednej z głównych ról - tuż po premierze filmu w wywiadzie dla TVP2 Artur Żmijewski. W Katyniu nam (Polakom) obcięto głowę. Wymordowano elitę, inteligencję. Pozbawiono nas tej grupy społecznej, która nadaje ton, idzie na przedzie, daje przykład, byśmy wiedzieli, co dobre, a co złe - gdzie jest czarne, gdzie białe - powiedział aktor.

Reklama

Przeprowadzone dla "Warto rozmawiać" i dziennika "Rzeczpospolita" badania "Opinia publiczna o Katyniu, zbrodni i kłamstwie" (OBOP 2007) pokazują, że w Polsce istnieje silna świadomość konsekwencji, jakie dla życia narodu miał mord na polskich oficerach. Ponad 70 proc. ankietowanych odpowiada bowiem tak jak Artur Żmijewski. Ale w dramacie Katynia jest coś więcej. Andrzej Wajda podkreśla, że film to nie tylko opis zbrodni i memento dla tych, którzy zginęli, ale także opowieść o tragedii, jaką było kłamstwo katyńskie dla tych, którzy pozostali? "Mojego ojca zabito dwukrotnie - najpierw w Katyniu, a potem drugi raz, kiedy zmuszano moją matkę do kłamstwa?" - miał powiedzieć reżyser podczas prac nad filmem. Tuż po premierze usłyszałem w rozmowie z jednym z twórców: "?częścią dramatu Katynia jest fakt, że ten film powstał dopiero teraz". Czy dziwne fatum, które sprawiło, że rodziny katyńskie i my wszyscy tak długo musieliśmy czekać na upamiętnienie ofiar, nie jest związane z trwającym dziesięciolecia wypieraniem, zakłamywaniem i przemilczaniem tej zbrodni? We wspomnianych badaniach pojawia się jeszcze jedno pytanie: Jaki był wpływ kłamstwa katyńskiego (?) na łamanie zasad moralnych w całym życiu publicznym powojennej Polski? O tym, że duży - mówi 73 proc. Polaków. W tej odpowiedzi słychać potwierdzenie publicysty "Rzeczpospolitej" Piotra Semki. Nazywa on Katyń zbrodnią założycielską PRL.

Ci, którzy chcieli w życiu publicznym w PRL odgrywać znaczącą rolę, musieli liczyć się z tym, że trzeba będzie kłamać. Perwersja tego aktu polegała na wciągnięciu dorosłych, często uczciwych ludzi, w obszar krętactwa, propagandy, zaparcia się prawdy o ofiarach i to często swych najbliższych. Świadoma zgoda na nieobecność ofiar Katynia w pamięci zbiorowej działała jak przetrącenie kręgosłupa.

Dziś prawda o Katyniu, obecna już od dwudziestu lat w oficjalnym obiegu, trafia za pośrednictwem obrazu do kultury masowej. Na ten film pewnie pójdą wycieczki szkolne, rodziny, stowarzyszenia kombatanckie, a także wielu tych, którzy ostatni raz w kinie byli na "Panu Tadeuszu" lub "Pasji". W świecie kultury obrazkowej właśnie film wprowadza bohaterów do zbiorowej wyobraźni o wiele skuteczniej niż szkoła.

Mam nadzieję, że obejrzą go miliony Polaków, również młodych, z pokoleń wychowanych i wykształconych już po '89 roku. A właśnie jak wynika z badań w tej grupie świadomość zbrodni katyńskiej jest coraz mniejsza. Trudno się dziwić, skoro ci młodzi ludzie dorastali w atmosferze haseł "wybierzmy przyszłość" i postulatów, by historię zostawić historykom. Już w wolnej Polsce wszelkie przejawy pamięci o ofiarach diagnozowano jako polską chorobę cierpiętnictwa i narodową obsesję rozpamiętywania klęsk. Tym też należy tłumaczyć, dlaczego pijany Aleksander Kwaśniewski na grobach w Charkowie nie spotkał się z publicznym potępieniem, a jego zachowanie tuszowało osiemnastu dziennikarzy najważniejszych polskich mediów. Jedyną reporterką, która w relacji radiowej dla BBC zwróciła uwagę na skandaliczne zachowanie prezydenta, była współpracująca z "Przewodnikiem" Maria Przełomiec. Czy gdyby ten film powstał piętnaście lat temu tak znikoma reakcja opinii publicznej byłaby możliwa? Sądzę, że nie.

Jan Pospieszalski

Dowiedz się więcej na temat: zbrodnie | film | Katyń

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje